Ostatnie Pokolenie zatrzymane na wiecu Tuska. Sąd nie miał wątpliwości
Był 4 czerwca 2024 roku, rocznica wolnych wyborów 1989 roku. Na placu Zamkowym w Warszawie odbywał się więc Koalicji Obywatelskiej - na czele z Donaldem Tuskiem, Rafałem Trzaskowskim i innymi politykami obecnej władzy. Na plac przybyli również aktywiści Ostatniego Pokolenia - chcieli wyrazić swój sprzeciw wobec polityki klimatycznej rządu. Na zgromadzeniu rozpoznał ich jeden z policjantów, który już wcześniej - podczas innego protestu - interweniował w ich sprawie.
Działacze klimatyczni podkreślają, że nie mieli wtedy (w chwili, gdy podeszła do nich policja) żadnych transparentów ani nie wykrzykiwali żadnych haseł. Mimo to otoczyła ich grupa funkcjonariuszy. Odprowadzili ich poza plac, na ulicę Świętojańską. Wszystkich wylegitymowano i przeszukano.
Aktywiści mieli pytać, czy są zatrzymani, na co mieli usłyszeć negatywną odpowiedź. Tyle, że nie mogli oddalić się nawet na krok, bo z każdej strony byli otoczeni. Czynności z ich udziałem trwały prawie dwie godziny - puszczono ich wolno, gdy wiec z okazji rocznicy wyborów 4 czerwca dobiegał końca.
Sąd: zatrzymanie było nielegalne i niezasadne
Aktywiści - przy wsparciu mecenasa Jarosława Jagury z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - złożyli zażalenie na zatrzymanie. Sąd przyznał im rację.
- Jako powód zatrzymania aktywistów policja podawała fakt, że osoby z Ostatniego Pokolenia chciały rzekomo zakłócić legalne zgromadzenie publiczne. Tyle tylko, że nie było mowy o żadnym zakłóceniu zgromadzenia, bo te osoby nic jeszcze nie robiły - mówi prawnik.
- Sąd uznał, że działanie policjantów było nielegalne, niezasadne i nieprawidłowe, bo nie było żadnej podstawy prawnej, by te osoby zatrzymywano. Nie zakłócały porządku, nie stworzyły żadnej niebezpiecznej sytuacji. I - co sąd wyraźnie podkreślił - zatrzymano aktywistów wyłącznie dlatego, że zostali rozpoznani przez policjanta i by nie mogli - prewencyjnie - wziąć udziału w zgromadzeniu - dodaje w rozmowie z nami Jagura.
Byłam na blokadzie Ostatniego Pokolenia. Opowiem Wam, jak było
Mecenas przytacza słowa sądu, który 'podkreślił, że swoboda wyrażania poglądów, w tym tych krytycznych względem władzy, ma istotne znaczenie w społeczeństwie demokratycznym, niezależnie od tego, kto w danym momencie tę władzę sprawuje'. - Sąd powiedział też, że nawet gdyby te osoby wyciągnęły swoje transparenty i krzyczały jakieś hasła, to jeszcze nie oznaczałoby, że zakłócają porządek czy usiłują zakłócić zgromadzenie publiczne. Mamy przecież prawo do kontrmanifestacji i do wyrażania swoich poglądów - opowiada rozmówca TOK FM.
Adwokat dodaje, że decyzja sądu jest ostateczna. Teraz otwiera aktywistom Ostatniego Pokolenia drogę do ubiegania się przed sądem o zadośćuczynienie za niezasadne i niewłaściwe zatrzymanie. - Jest to jedna z opcji, którą rozważamy - przyznaje Jagura.
Powtórka z rządów PiS?
Jak wielokrotnie pisaliśmy na naszym portalu, za rządów Prawa i Sprawiedliwości takich zatrzymań były setki, jeśli nie tysiące. Zatrzymywano m.in. uczestników protestów i manifestacji, a często również osoby, które w tych wydarzeniach nie brały udziału, ale przechodziły obok. W bardzo wielu sprawach sądy uznawały, że zatrzymania były nielegalne, a aktywiści otrzymywali zadośćuczynienia.
Opisywaliśmy m.in. historię Dominika Puchały, aktywisty społeczności LGBT, wtedy studenta, dziś doktoranta w Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Był uczestnikiem wydarzeń w czasie tzw. Tęczowej Nocy. Zatrzymano go, przewieziono na komendę przy Wilczej, a potem - na komisariat do Legionowa. Przez wiele godzin nie miał dostępu do prawnika, nie mógł też skontaktować się z bliskimi. Policjanci twierdzili, że chciał zniszczyć samochód, którym miała być przewożona Margot. - To było kompletnie absurdalne, bo ja się do tego samochodu nawet nie zbliżyłem - opowiadał w rozmowie z TOK FM. Sąd potwierdził, że do tego zatrzymania nie powinno dojść. Potem poszedł do sądu o zadośćuczynienie - w pierwszej instancji przyznano mu 10 tysięcy złotych, potem tę kwotę nieznacznie obniżono.