,
Obserwuj
Śląskie

11-letni Olek zmarł, rodzice winią lekarzy. "Krzyczał: mamusieńko, pomóż"

Małgorzata Waszkiewicz, TOK FM, Grzegorz Kozieł, TOK FM
4 min. czytania
20.02.2024 06:20

Olek zmarł 4 lutego. Z nowotworem walczył kilka lat. Jak mówią nam bliscy chłopca, zachorował, kiedy miał dwa latka. Kilka miesięcy temu, w wakacje, nastąpiła wznowa. Dziecko - jak słyszymy - nagle przestało chodzić.

- Był taki pomocny w domu, taki radosny, takie miał dobre stopnie. Mój promyczek, mój skarb - płacze matka, patrząc na fotografię zmarłego dziecka.

Oleksandr Taran leczony był w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach z siedzibą w Zabrzu. - My wiemy, że białaczka to poważna choroba, ale leczenie przynosiło efekty. Po kilku pierwszych cyklach chemii była piękna remisja, wyniki były obiecujące - mówi Valeriia Korczak, dorosła już siostra Olka. Zaznacza, że chłopiec miał też wirusowe zapalenie wątroby (HBV i HCV), ale - jak mówi - wszystko było pod kontrolą. - Leczenie szło zgodnie z protokołem - twierdzi. - Był taki pomocny w domu, taki radosny, takie miał dobre stopnie. Mój promyczek, mój skarb - płacze matka, patrząc na fotografię zmarłego dziecka.

Czy były zaniedbania?

- Problemy zaczęły się po podaniu nowego leku. Po świętach Bożego Narodzenia [28 grudnia 2023] rozpoczęto kolejny kurs chemioterapii, do której włączono - zgodnie z protokołem leczenia - nowy lek: cytarabinę. I nagle dziecko bardzo źle się poczuło - wspomina siostra.

- Po drugiej dawce było jeszcze gorzej - relacjonują rodzice. Chłopiec miał mówić, że mu duszno i zgłaszać problemy z zaburzeniami świadomości. - Wiedział, że coś jest nie tak. To przecież nie była jego pierwsza chemia w życiu. Błagał, żebym mu pomogła. Krzyczał: 'mamusieńko, pomóż'. A ja nie pomogłam, bo nie mogłam - szlocha matka.

Rodzice opowiadają, że w ciągu kilku dni stan dziecka bardzo się pogorszył. Na własną rękę próbowali sprawdzać, co mogło się stać. Matka dziecka z wykształcenia jest farmaceutką, zaczęła analizować dokumentację.

W zawiadomieniu do prokuratury rodzice napiszą później tak: "Po pewnym czasie odkryliśmy, że cytarabina podawana Oleksandrowi w dniach 28 i 29 grudnia 2023 r. oraz 4 i 5 stycznia 2024 r. została przedawkowana; jej dawkę wyliczono bowiem przy założeniu, że syn waży 43 kg, podczas gdy w rzeczywistości ważył 10 kg mniej, tj. 33 kg".

- Oluś i tak miał przepisaną już maksymalną dawkę leku - mówi siostra chłopca. - Miał dostawać 3 gramy na metr kwadratowy powierzchni ciała. Z Charakterystyki Produktu Leczniczego wynika, że leczenie dawką wynoszącą od 1 do 3 gramów na metr kwadratowy powierzchni ciała uważa się za 'leczenie dużymi dawkami'. A on dostał więcej niż maksymalną dawkę. Dostawał ją również, gdy wyniki mu się pogorszyły, choć wtedy nie powinien jej dostać wcale. 4 stycznia doszło do gwałtownego pogorszenia stanu hematologicznego: poziom białych krwinek i płytek się obniżał. Nie zwrócono na to uwagi, choć - według zaleceń - [lekarze] powinni natychmiast przerwać lub zmodyfikować leczenie - przekonuje Valeriia Korczak.

Rodzina Olka sprawę zgłosiła do prokuratury. W zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa czytamy: "Śmierć naszego syna jest - według naszego przekonania - efektem nieprawidłowego leczenia, w tym w szczególności przedawkowania (...) leku cytarabina (nazwa handlowa: Alexan), a równocześnie jest efektem prowadzenia u Oleksandra intensywnej chemioterapii, mimo istotnych wskazań do jej przerwania".

"Wszystko wskazuje na to, że lekarz, który zaordynował synowi dawkę leku, pomylił się, przyjmując do wyliczeń nieprawidłową wagę dziecka. Uważamy, że to właśnie znaczące przedawkowanie leku cytarabina przyczyniło się do śmierci naszego syna" - czytamy dalej w dokumencie.

W piśmie do prokuratury rodzina zauważa, że w Charakterystyce Produktu Leczniczego dla cytarabiny zaleca się konieczność zachowania szczególnej ostrożności w przypadku pacjentów z zaburzeniami czynności wątroby. A chłopiec - jak wspominała nam siostra - cierpiał na wirusowe zapalenie wątroby. "Mimo wszystkich tych zagrożeń, synowi nie tylko zlecono najwyższą możliwą dawkę leku (…), ale wskutek omyłki przedawkowano lek, faktycznie podając dawkę jeszcze większą, niż maksymalna dawka dopuszczalna (…). Taką zawyżoną dawkę podano Oleksandrowi ośmiokrotnie, co doprowadziło u syna do uszkodzenia wątroby, ostrej niewydolności wątroby i w konsekwencji zgonu".

Szpital nie komentuje sprawy 

Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Regionalna w Katowicach, konkretnie - dział błędów medycznych. - Prokuratorzy będą ustalać, czy lekarze zajmujący się dzieckiem popełnili błąd. Już została przeprowadzona sekcja zwłok nieletniego pokrzywdzonego. Zostały pobrane próbki tkanek do dalszych badań toksykologicznych. Od wyników sekcji zwłok będą zależały dalsze kroki - mówi nam prokurator Agnieszka Wichary z Prokuratury Regionalnej w Katowicach. 

Szpital sprawy nie komentuje. W odpowiedzi na nasze pytania dostaliśmy jedynie krótki komunikat, który publikujemy w całości.

"Uprzejmie informuję, że w związku z toczącym się postępowaniem prokuratury, szpital nie może udzielać informacji w zakresie przez Pana [chodzi o dziennikarza TOK FM - red.] oczekiwanym. Pragnę poinformować, że władze szpitala wdrożyły procedurę sprawdzającą, która ma wyjaśnić wszelkie okoliczności związane ze śmiercią małoletniego pacjenta. Pragnę również zapewnić, że po zakończeniu postępowań szpital wyda stosowane oświadczenie w tym zakresie". Pod odpowiedzią podpisał się dr n. med. Dariusz Budziński, dyrektor Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny Nr 1 im. prof. Stanisława Szyszko Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Rodzice Olka mówią, że czują się "zlekceważeni". Twierdzą, że zależało im na konsultacjach z innym ośrodkiem. - Sugerowali nam to niektórzy lekarze dyżurni, gdy stan dziecka nagle się pogorszył. Jednak zlekceważono nasze prośby, jako rodziny, o podjęcie konsultacji z innymi szpitalami. Chodziło nam o przedyskutowanie, czy i w jaki sposób można jeszcze uratować wątrobę - mówi Oleksii Taran, ojciec dziecka.

Olek - po sekcji zwłok - został pochowany. - Zdecydowaliśmy się powiadomić prokuraturę z myślą o innych dzieciach leczonych na tym oddziale. Żeby osoby, które popełniły błąd, zostały ukarane, poniosły odpowiedzialność. Ja wiem, że dziecka już mi nic nie wróci. Chodzi nam jednak o to, żeby nikt już nie cierpiał tak jak my. Żeby żadne dziecko już nie cierpiało tak jak mój Oluś - mówi matka chłopca.