Kilka tysięcy złotych za wywiezienie bezdomnego psa? Zdarza się. A co dalej ze zwierzakiem?
Nie jest ważne, czy zwierzę zobaczy weterynarza, zostanie zaczipowane, a nawet czy w ogóle będzie żyło - najważniejsze, by przestało stwarzać problemy. Kiedy rok temu wprowadzano nowelizację ustawy politycy przekonywali, że nałożenie na gminy corocznego obowiązku uchwalania programu zapobiegania bezdomności zwierząt sprawi, że wałęsające się czworonogi będą trafiały pod opiekę w dobrze prowadzonych przez organizacje pozarządowe schroniskach i wreszcie znajdą nowe domy.
Jednak z danych zbieranych przez Biuro Ochrony Zwierząt wynika, że na nowym prawie skorzystali m.in. hycle, którzy mogą zarobić po kilka tysięcy złotych za odłowienie zwierzęcia i dostarczenie do schroniska. Jakie to będzie schronisko? Jakie zwierzę będzie tam miało warunki? Czy przeżyje? To kwestie pozostają dla wielu gmin zupełnie drugoplanowe.
Tadeusz Wypych z Fundacji Argos, który prowadzi Biuro, co roku wysyła gminom z całej Polski pytania: czy gmina zajmuje się bezdomnymi zwierzętami, iloma, z kim zawiera w tej sprawie umowy oraz ile to kosztuje. Z odpowiedzi wyłania się obraz systemu, który wciąż przypomina raczej gospodarkę odpadami, a nie rozwiązanie, które ma komukolwiek pomóc. Jedyne co się poprawia - to wynagrodzenia za odłów.
Było 600 zł, a teraz...
- W 2006 roku średnia w Polsce wynosiła około 600 zł, tyle wójt gminy musiał zapłacić za pozbycie się bezdomnego psa - mówi Wypych. - Obecnie ta średnia to już kilka tysięcy, a największa suma, z jaką dotąd się spotkałem, to aż pięć tysięcy złotych za jednego psa.
Za co płacą gminy? Bardzo często same nie wiedzą. Podpisują umowy z firmą odławiającą, która deklaruje, że po złapaniu odwiezie zwierzę do schroniska. Gmina nie sprawdza, jakiego, ani tego, czy rzeczywiście zwierzę w ogóle tam dotrze. Płaci, by pozbyć się problemu, jakim jest bezdomne zwierzę. - Gminy mają rozbudowane obowiązki biurokratyczne, ale to tylko mnożenie pozorów - dodaje Wypych. - Faktyczna odpowiedzialność za zwierzęta i pieniądze się zmniejszyła. Coraz trudniej ustalić jest, za co tak naprawdę jest płacone.
Schroniska celowo się zapełniają
Gminy, zawierając umowy ze schroniskami, mogą rozliczać się z nimi na dwa sposoby - albo za przyjęcie każdego kolejnego psa/kota, albo opłatą na utrzymanie lokatorów schroniska, czyli konkretną kwotę na dane zwierzę za każdy dzień. Niestety, obie te formy rozliczania mogą i generują patologie.
- Schronisko, które ma potencjalnie 100 miejsc, podpisuje umowy np. z pięcioma gminami i z każdą z nich na sto miejsc - podaje przykład Jacek Łukaszewicz, prezes krajowej rady lekarsko-weterynaryjnej. Pojawia się zatem pytanie: w jakich warunkach przebywają zwierzęta?
W przypadku rozliczania się za każde przyjęte zwierzę wiele schronisk przyjmuje więcej, niż jest w stanie utrzymać. W ten sposób rozpoczyna się dramat wielu placówek w Polsce, które zakładane były często z jak najlepszymi intencjami. Ale, by się utrzymać, muszą przyjmować coraz to nowe zwierzęta. A tych liczba się niestety wcale nie zmniejsza. Drugi system rozliczania też nie załatwia sprawy, odnotowywano w Polsce przypadki, gdy w przepełnionym schronisku trzymano setki zwierząt w tragicznych warunkach tylko dlatego, że gmina na każde z nich przeznaczała okrągłą sumę.
Te zwierzęta powinny mieszkać w złotych klatkach
- Za takie pieniądze te zwierzęta powinny mieszkać w złotych klatkach i jeść najlepszą karmę - ironizuje Beata Krupianik z fundacji Karuna - Ludzie dla Zwierząt. - Najwięcej pewnie zgarnął hycel, a psy, jeśli jeszcze żyją, siedzą w złych warunkach - dodaje.
Wielotysięczne umowy z hyclami czy przepełnione schroniska to jednak nie wszystko, wiele gmin w ogóle nie ma żadnego programu zapobiegania bezdomności zwierząt. W swoich odpowiedziach dla Biura Ochrony Zwierząt często piszą, że nie ma takiej potrzeby, a w związku z brakiem programu zwierząt bezdomnych po prostu nikt nie pilnuje i nie kontroluje ich populacji. Według obecnego prawa schroniska powinny być prowadzone przez organizacje pozarządowe. W założeniu chodziło o to, by fundacje pomagające zwierzętom same organizowały dla nich pomoc, na którą będą płacić gminy w ramach programu walki z bezdomnością.
Komu się to opłaca
W wielu państwach Unii Europejskiej prawa zwierząt reguluje Europejska Konwencja Ochrony Zwierząt Domowych. Polska jak dotąd nie podpisała tego dokumentu. A ustala on ogólnie zasady hodowli i przez to w pewnym stopniu reguluje rynek. Polscy politycy zdecydowali, że znowelizowana ustawa o ochronie praw zwierząt w zupełności wystarczy, by rozwiązać problem pseudohodowli czy handlu na bazarach. Niestety, na popularnych serwisach aukcyjnych nietrudno jest odnaleźć oferty 'smycz+pies gratis' lub inne równie bezczelne, choć nowe prawo miało zaradzić i takim praktykom.
Na samym yorku można zarobić wiele razy
- Na tym samym yorku można zarobić wiele razy - tłumaczy Wypych. - Raz wyhodować go i sprzedać, potem go wyrzucić, przyjąć do schroniska, zbierać na niego pieniądze, pisać o nim w pisemkach i wreszcie kupować mu karmę czy gadżety. Gdyby pieska nie było, nie byłoby i całego tego biznesu. Zarówno szef Fundacji Argos, jak i Beata Krupianik zgodnie przyznają, że jednym z kluczy do wyjścia z tego błędnego koła byłby obowiązek bezwzględnej sterylizacji. I to nie tylko bezdomnych zwierząt. Ograniczenie ilości psów i kotów raczej nie zagrozi istnieniu gatunków, natomiast może sprawić, że osoby, które będą chciały mieć zwierzę, podejmą decyzję świadomie, a rynek się skurczy.
W styczniu trwa sezon odbiorów niechcianych prezentów - do schronisk trafiają znajdywane pod choinkami psy i koty, które szybko przestały być tak atrakcyjne, gdy okazało się, że trzeba je karmić, a czasem i leczyć. Szczególnie w przypadku zwierząt przerasowionych problemy ze zdrowiem pojawiają się szybko, a kuracje nie są tanie. Zdecydowanie taniej jest pozbyć się zwierzaka.
Jacek Łukasiewicz dodaje, że jednocześnie trzeba także wprowadzić obowiązkowe czipowanie zwierząt, także bezdomnych, tak, by móc po pierwsze śledzić ich migrację, a po drugie móc szybko ustalić ich właściciela. Sterylizacja połączona z czipowaniem mogłaby pozwolić na kontrolę urodzeń zwierząt, a obecnie nie ma praktycznie żadnej. Do tego potrzebne jest ustalenie minimum warunków, jakie powinno spełniać schronisko, by móc rozpocząć swoją działalność. A jego kontrola powinna mieć miejsce jeszcze przed otwarciem, a nie dopiero wtedy, gdy ktoś wykryje nieprawidłowości.
Patologia rozwinęła się przez ostatnie 14 lat
Paweł Suski, poseł Platformy Obywatelskiej i przewodniczący parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt, broni nowelizacji, przekonując, że podczas jej opracowywania brano pod uwagę sugestie organizacji pozarządowych oraz lekarzy weterynarii, rozwiązania konsultowano na bieżąco. - Nowelizacja nie wzmocniła patologii - mówi. - Ta patologia rozwinęła się przez ostatnie 14 lat. Wykorzystałem w pracy nad nowelizacją wszystkie sugestie. Odpowiedzialność gmin i organizacji pozarządowych została wzmocniona, mogą oni przecież nadzorować działania każdego programu.
Polityk zgadza się z postulatami prezesa krajowej rady lekarsko-weterynaryjnej. Zapewnia, że jeszcze w tej kadencji uda się znowelizować ustawę ponownie i znajdą się tam wymienione wcześniej sugestie. Pytany o to, czy istnieją plany, by Polska przyjęła europejską konwencję ochrony praw zwierząt, odpowiada: - Nie zastanawialiśmy się nad tym.