"Chcemy karać sprawców, a nie chronić dzieci". Ekspertka o rytualnym tańcu wokół śmierci 8-letniego Kamila
Po śmierci 8-letniego Kamila z Częstochowy, skatowanego przez ojczyma , wiele osób skupia się na szukaniu winnych, a nie na analizie, co zmienić, by takich tragedii uniknąć - zwróciły uwagę ekspertki w audycji "OFF Czarek" w TOK FM.
Jak mówiła w rozmowie z Cezarym Łasiczką Anna Krawczak z interdyscyplinarnego zespołu badań nad dzieciństwem przy Uniwersytecie Warszawskim, związana z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę, w Polsce nie ma aktów prawnych ani instytucji, które mają na celu chronić konkretnie dzieci. Dotyczą one ogółu wszystkich obywateli. Tymczasem dziecko w naszym kraju znajduje się pod władzą rodzicielską.
- To jest dosyć unikatowe w skali Europy, bo od bardzo wielu lat legislacje europejskie rezygnują z pojęcia władzy rodzicielskiej na rzecz "odpowiedzialności rodzicielskiej" czy "wychowawczej". W Polsce to określenie władzy rodzicielskiej funkcjonuje od 59 lat, bo wtedy powstał kodeks rodzinny i opiekuńczy - wskazała.
Jak wyjaśniła, powoduje to, że jeśli skrzywdzonym jest dziecko, ta sprawa się dużo bardziej komplikuje, tym bardziej, jeśli sprawcą lub sprawczynią jest rodzic. - Wtedy musimy uwzględnić też to, że ta pozycja rodzica tam jest, że on musi być wysłuchany, on dostanie swojego obrońcę z urzędu, jeśli o niego zawnioskuje. Dla dziecka takiego mechanizmu nie przewidzieliśmy, szczególnie tam, gdzie rozstrzygane jest, czy rodzice powinni zostać pozbawieni władzy lub ta władza powinna być ograniczona. Dzieci nie mają takiego bufora prawnego - podkreśliła Krawczak.
Ekspertka alarmowała, że nie mamy także systemu, który zapobiegałby przemocy wobec dzieci. - Od wielu lat walczymy z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę, żeby w Polsce przyjęto Serious Case Reviews, czyli procedurę analizy przypadków krzywdzenia dzieci ze skutkiem śmiertelnym, ale też narodową strategię ochrony dzieci. Ani jedno ani drugie nie stało się ciałem, pomimo wysiłków i nacisków społecznych. Petycję o przyjęcie Serious Case Reviews podpisało 22 tys. osób. Ona oczywiście przepadła w mrokach dziejów, pomimo tego Rzecznik Praw Dziecka i Kancelaria Prezydenta zadeklarowały podjęcie tego tematu - relacjonowała.
"Chcemy karać sprawców, a nie chronić dzieci"
Tymczasem po śmierci 8-letniego Kamila premier i minister sprawiedliwości chcą zaostrzenia kar za znęcanie się nad dziećmi. Premier zlecił ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze pilne przygotowanie takich przepisów. Wskazał także, że - wbrew międzynarodowym konwencjom - jest za wprowadzeniem kary śmierci.
Według Anny Krawczak proponowane przez rządzących zmiany nie są jednak sposobem na to, aby zapobiec podobnym tragediom w przyszłości. - My cały czas w Polsce jesteśmy w punkcie, w którym chcemy karać sprawców, a nie chcemy chronić dzieci. A to nie jest jedno i to samo. Ścieżka ochrony dzieci, wprowadzenie odpowiednich procedur, uszczelnienie przepisów, to nie jest ta sama ścieżka, która wiedzie do podnoszenia kar za krzywdzenie, za przemoc dla sprawców dorosłych - podkreśliła ekspertka z UW.
Jak mówiła, może to być nawet szkodliwe dla ochrony dzieci. - Nie wiem, czy pan minister to wie, czy jest cyniczny, ale w krajach, w których podniesiono kary dla sprawców i sprawczyń za stosowanie przemocy momentalnie skoczyły wskaźniki krzywdzenia ze skutkiem śmiertelnym. Bo sprawcom i sprawczyniom nie kalkulowało się pozostawienie żyjących świadków, woleli sprawę zakończyć - zaznaczyła.
Gościni TOK FM tłumaczyła, że obecnie często zaś jest tak, że sprawca sam przerażony tym, do czego doszło, wzywa odpowiednie służby, pogotowie, próbuje udzielić pomocy. - Ale to się po zaostrzeniu przepisów zaczęło kończyć, bo sprawcy byli zbyt przerażeni skalą możliwych konsekwencji karnych, które zostaną wyciągnięte. Także również z tego powodu ta ścieżka zaostrzenia kar jest niezwykle niebezpieczną ścieżką dla systemu - oceniła Krawczak.
Ekspertka nazwała żądanie zaostrzenia kar rytualnym tańcem. - To nie poprawia ochrony dzieci, nie poprawia ich bezpieczeństwa. To ma służyć zaspokojeniu emocji, które są w społeczeństwie, po każdej takiej sytuacji zakończonej tragedią. I jest to w zasadzie cały czas ten rytualny taniec, który odbywamy i ciągle jesteśmy do niego zapraszani - mówiła.
Cezary Łasiczka dopytywał, czy sprawa 8-letniego Kamila zakończy się kolejnym rytualnym tańcem, w którym politycy wszystkich stron ocenią kto jest winny, zastanowią się czy musiało do tego dojść i nic się nie zmieni.
- Wrócimy do oczekiwania na kolejną śmierć dziecka i ten rytualny taniec już się rozpoczął - podsumowała smutno Krawczak.
Sędziowie rodzinni obłożeni tysiącem spraw. "Ta praca jest jak siedzenie na beczce prochu"
Dyrektorka Ośrodka Pomocy Społecznej w Olkuszu Magdalena Jajkiewicz poinformowała, że w sprawie Kamila wysłano pięć wniosków do sądu o zabezpieczenie chłopca. - W naszej opinii dochodziło do zagrożenia zdrowia i życia dziecka, chociażby przez niekontrolowane ucieczki chłopca z domu bez zupełnego nadzoru rodziców - zaznaczyła w rozmowie z TVN24. Także na tym poziomie system nie zadziałał.
- Sądownictwo rodzinne, sędziowie rodzinni też są dziś wywołani do tablicy. Jesteśmy ostatnim ogniwem w tej całej tragicznej historii, ale z naszej perspektywy, z perspektywy sędziego rodzinnego są to bardzo często dramatyczne sytuacje. Praca w tym zawodzie, którą wykonuję już ponad 10 lat jest trochę jak siedzenie na beczce prochu - mówiła w rozmowie z Cezarym Łasiczką Katarzyna Piotrowska, sędzia Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku i wiceprezeska Zarządu Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce.
Jak tłumaczyła, sędzia liniowy w sądzie rejonowym jest niezwykle obłożony pracą. - Ma w referacie około 900 spraw. Z czego 300-400 to sprawy czynne, w których trzeba podjąć decyzję czasem w ciągu 1-2 dni. I ponad 400-500 spraw, w których nadzoruje się np. nadzór kuratora nad rodziną - wskazała sędzia. - Proszę sobie wyobrazić, że mam te 900-1000 spraw. Dwa razy w tygodniu od godziny 8 do 15 jestem na sali sądowej. Zostają mi trzy dni, kiedy mogę wziąć tę sprawę, do tego dochodzą dyżury. W gąszczu tych wszystkich spraw czasem ciężko jest wybrać, co jest bardziej pilne, bo tak naprawdę wszystko jest pilne - wyjaśniła Piotrowska.
Wiceprezeska Zarządu Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce podkreśliła, że "to oczywiście nie usprawiedliwia braku reakcji". - Ale to czasem nie jest taka prosta sytuacja. Często też do sądu rodzinnego docierają rozbieżne informacje dotyczące sprawy - przekonywała gościni TOK FM.