,
Obserwuj
Polska

Polska seniorka na Kanarach. "A czego mam się bać, plaży i słońca?"

Damian Nowicki
8 min. czytania
01.06.2024 08:01
74-letnia Paulina Kożuchowska po śmierci męża sprzedała mieszkanie w Pile i przeprowadziła się na Wyspy Kanaryjskie. Kupiła tam na spółkę z synem mieszkanie. - Siedziałam w domu tyle lat, więc stwierdziłam, że trzeba coś zmienić. Nie było tak, że przyjechałam na gotowe, do raju. Sama musiałam sobie ten raj urządzić - podkreśla w rozmowie z tokfm.pl.
|
|
fot. Hubert Kożuchowski, archiwum prywatne

Januariusz Kożuchowski nigdy nie był na Wyspach Kanaryjskich. Nie przeszkadzało to jego inżynieryjnemu umysłowi opanować wyspiarską naturę i cechy charakterystyczne klimatu jak siła wiatru, wilgotność czy wysokie amplitudy temperatury. Głównie zwracał uwagę na technikalia i nie skupiał się na ludziach, kuchni czy kulturze. Najgorsze dla niego były deszcz, wiatr i zimno, dlatego przez większość życia w Pile powtarzał, że chciałby mieszkać na Kanarach.

- Chociaż temat wyprowadzki nigdy nie był traktowany poważnie, to od kiedy pamiętam, tata gadał o wyspach. Zawsze mnie to irytowało. On twardo stał przy swoim, powtarzał, że tam żyłoby się najlepiej - wspomina Hubert, jego syn. W maju 2021 roku Januariusz Kożuchowski zmarł i swojego wyspiarskiego marzenia nigdy nie zrealizował.

Wyspy Kanaryjskie i odziedziczone marzenia

Jego żona nie podzielała marzeń męża, ale nie miała nic przeciwko lepszej aurze do życia. Pani Paulinie zimą doskwiera reumatyzm, znika ochota widywania się z ludźmi. Bolące stawy ograniczają ruch i wychodzenie z domu, co z kolei źle wpływa na jej cukrzycę. Hubert obiecał więc mamie, że zimą zabierze ją do ciepłych krajów. Obojętne im było, dokąd pojadą, dlatego w biurze podróży poprosił o znalezienie wycieczki do dowolnego miejsca na południu. Gdy pośredniczka zaproponowała Gran Canarię, Hubert nie myślał o symbolicznym aspekcie sytuacji tylko o praktycznym: dobry hotel, basen, słońce.

- Zimą z mamą nie wiemy, co ze sobą zrobić. Lubimy czytać i coś obejrzeć, ale ile można siedzieć nad książką, przed ekranem? Z wycieczką wyszło bardzo spontanicznie, wybraliśmy ośrodek w Maspalomas. Po ponad tygodniu kąpania się w oceanie i chodzenia po wydmach wróciliśmy do grudniowej Warszawy. Akurat trafiliśmy na moment, gdy śnieg zamieniał się w szarą chlapę. Po dwóch dniach czuliśmy duże obniżenie nastroju i w ogóle chęci do czegokolwiek - wspomina.

Polacy w Hiszpanii. 'Ostatnie dni mają być piękne, słodkie i słoneczne'

Krótko po powrocie Hubert zaczął rozmawiać z mamą o przyszłości. Pani Paulina nie chciała być obciążeniem, zakładała, że kiedy nie będzie już samodzielna, przeniesie się do domu opieki w Pile. Hubert z kolei nie chciał, aby mama sama siedziała w mieszkaniu. Przede wszystkim pragnął spędzać z nią jak najwięcej czasu.

Oto kulisy 'Życia w bazie F-16. Gdy pilot usłyszy to słowo, w Polsce zacznie się wojna'

- Tata nie zmarł z powodu koronawirusa, ale pandemiczne okoliczności sprawiły, że nasz kontakt był ograniczony głównie do telefonów. Nie byłem przy nim, kiedy umierał. Nie widziałem nawet jego ciała, obostrzenia na to nie pozwoliły. Długo miałem poczucie winy, że coś mi umknęło i nie chcę popełnić tego samego błędu z mamą - twierdzi. - To może zabrzmi naiwnie i romantycznie, ale chcę, aby nasze ostatnie wspólne dni były piękne i słoneczne - dodaje.

Poza zaangażowaniem w uniwersytet trzeciego wieku i kilkoma znajomymi, po śmierci męża pani Paulina nie miała zbyt wiele spraw, które trzymały ją w Pile. Od słowa do słowa Hubert przekonywał ją do zmiany planów. Gdy zgodziła się na życiową rewolucję, jaką byłaby wyprowadzka z miasta, zaczął proponować coś bardziej egzotycznego. Wspomnienia z Kanarów skierowały ich na stronę największego hiszpańskiego portalu nieruchomości Idealista. - Razem do tego dojrzewaliśmy. Musiałem ją uspokajać, że tam nie jest drogo, zwykłe mieszkania nie kosztują milionów, jak w Polsce i będzie nas stać na znalezienie czegoś przytulnego - mówi mój rozmówca.

Strach przed wojną zrobił swoje. Polacy ruszyli do Hiszpanii

Pilskie mieszkanie pani Pauliny po kilkunastu miesiącach i odpowiedniej liczbie perypetii sprzedażowych znalazło nowego właściciela. Opóźnienia okazały się szczęściem w nieszczęściu, ponieważ Hubert zdążył w tym czasie opanować język hiszpański. Poszukiwanie "nowego domu w raju" też okazało się niełatwym zadaniem. Za pierwsze mieszkanie, które upatrzył, zaproponował za małą zaliczkę i właściciele wybrali innego kupca. Było to ważne doświadczenie. Bo na wyspach obowiązuje niepisana zasada robienia interesów tylko z ludźmi budzącymi zaufanie, a oszczędność tego nie gwarantuje. Gdy Hubert to zrozumiał, atmosfera pertraktacji była znacznie przyjemniejsza.

Na początku kwietnia 2024 roku, czyli blisko dwa lata od podjęcia decyzji o przeprowadzce, pani Paulina wylądowała na Aeropuerto de Gran Canaria, skąd wyruszyła do swojego nowego domu w Las Palmas.

Emerytura w Hiszpanii. Instrukcja, jak zrobić sobie raj

Las Palmas, a dokładnie Las Palmas de Gran Canaria (lokalsi nazywają ją po prostu "Las Palmas", bo tak też nazywa się prowincja, której miasto jest stolicą) ma ponad 400 tys. mieszkańców i zdaniem Huberta wszystko, co jest potrzebne do funkcjonowania: szpitale, urzędu, kina, restauracje itp. Ich 70-metrowe mieszkanie mieści się na drugim piętrze, ale ponieważ stoi na wzgórzu, z balkonu widać Atlantyk. Osiedle zostało wybudowane na początku lat 70. jeszcze za rządów generała Franco.

Początek był ciężki i pełen wyzwań, nie tylko dlatego, że życiowe rewolucje nie przychodzą łatwo. Przez ponad trzy tygodnie nie mogły dojść z Polski paczki z ubraniami. Nowe mieszkanie było opróżnione, ale niekoniecznie wyczyszczone, to kosztowało ich kilka dni dodatkowej pracy. Umówili się z agentką, że starzy właściciele zostawią sporo rzeczy, ale część była zmurszała albo zepsuta. - Nie było tak, że przyjechaliśmy na gotowe, do raju. Sami musieliśmy sobie ten raj urządzić - podkreśla pani Paulina.

Póki co oboje nie mają statusu rezydentów, bo to wiąże się ze sporą biurokracją. Żeby załatwić podstawowe rzeczy - konto w banku, umowę na prąd, sfinalizować kupno mieszkania - musieli załatwić numery identyfikacji podatkowej, które są odrębne dla obcokrajowców. NIE, czyli Número de Identificación Extranjeros jest kanaryjskim ekwiwalentem peselu. Co z opieką medyczną? Można wybrać wizytę prywatną albo skorzystać z Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego.

Dla Huberta kwestię rezydencji będzie najprościej rozwiązać przez znalezienie pracy, która bardzo pomaga we wniosku. Pani Paulina, jako emerytka, będzie musiała swój przychód udokumentować prawnie, ale na szczęście są tutaj prawnicy, którzy specjalizują się w kwestii rezydencji obcokrajowców. - Z tego, co się orientuję to oprócz ubezpieczenia rezydencja zapewnia też taryfikację kluczowych usług jak choćby przemieszczanie się po wyspie i transport do kontynentalnej Hiszpanii. Ponieważ raz w miesiącu będę musiał przylecieć do Polski, to zniżki rzędu 70-80 proc. będą dla mnie dużym ułatwieniem. Jako obcokrajowiec bez pracy na wyspie, żeby zacząć ubiegać się o rezydenturę, musiałbym mieć na koncie minimum 8500 euro zabezpieczenia - wyjaśnia.

Generał o czarnym scenariuszu wojny na Ukrainie. 'Rozżłoszczę Rosję'

3 tys. złotych emerytury starcza pani Paulinie na samodzielne funkcjonowanie, a większe wydatki ma pokrywać syn. Decydując się na kanaryjską przygodę, zwracali uwagę na koszty życia. - Czynsz, czyli opłacenie administratora, ubezpieczenia budynku oraz światła na przestrzeniach wspólnych wynosi ok. 15 euro. Doliczając do tego gaz, prąd i wodę wychodzi, że mama będzie płaciła ponad połowę mniej niż w Pile - wylicza Hubert.

Życie na Wyspach Kanaryjskich. 'Ludzie są chaotyczni, ale mili i otwarci'

Największym zaskoczeniem dla pani Pauliny jest to, że ludzie są "po prostu" dla siebie mili. Szybkie nawiązywanie kontaktu jest czymś naturalnym. - "Hola" nie jest zagajaniem turystów, aby coś kupili. To powitanie zapraszające do kontaktu. Bo skoro się spotykamy w lokalnym sklepie czy na przystanku to znaczy, że razem tu żyjemy i powinniśmy być dla siebie dobrzy. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest obcokrajowcem, czy ma inny odcień skóry, wszyscy są dla siebie życzliwi - tłumaczy pani Paulina. - To działa na moją niekorzyść, bo ludzie czasem mnie zagadują, a ja jeszcze nie potrafię im odpowiedzieć - dodaje ze śmiechem.

Przez pierwszy miesiąc Hubert i jego mama dużo podróżowali. Kupili mapę, na której rozrysowali kluczowe punkty oraz listę, jak się poruszać komunikacją miejską. Hubert zrobił, co mógł, aby pani Paulina jak najlepiej poznała okolicę i jak najszybciej poczuła się pewniej. Dopiero kiedy poleciał do Polski, dowiedział się, że zalewając mamę informacjami, osiągał efekt odwrotny od zamierzonego. Pani Paulina podczas samotnych spacerów sprawdzała, czy podczas zakupów hiszpańska karta piknie, jak w Polsce, czy pralka działa tak samo, a słońce wschodzi i zachodzi tak jak w Pile.

- Ludzie tutaj są trochę chaotyczni, bardzo głośni i gestykulujący, ale jednocześnie uprzejmi. Nikt się nie spieszy. Ogólnie to kolorowy świat, dużo tu osób czarnoskórych, Azjatów, Hindusów, a wszyscy mili! Szybko się przyzwyczaiłam, bo nikt nikogo nie wytyka palcem, nie patrzy krzywo. Czuję się jak z innego świata, a przywitano mnie z otwartością - wylicza pani Paulina.

Koniec eldorado dla programistów? Ekspert ma dla nich radę

Polska seniorka w Hiszpanii. 'Chcę nadrobić stracony czas'

Niemal każdego dnia moja rozmówczyni zachwyca się drobnymi różnicami między Piłą a Las Palmas. - Słońce musi mnie chyba też kochać, ponieważ ani razu jeszcze mnie nie spaliło. Widziałam na plaży inne osoby, które po takim samym czasie wracały z różową skórką, a ja delikatnie śniada (śmiech). W ostatniej dekadzie, jak chorował mąż, to prawie w ogóle nie bywałam na plaży, bo nie było jak. Teraz chcę to nadrobić - podkreśla.

Póki co ich największą wspólną przygodą był międzynarodowy festiwal filmowy, którego gala odbyła się w audytorium Alfredo Kraus Auditorium. To najbardziej unikatowy budynek koncertowo-estradowy w Las Palmas. Hubert twierdzi, że jego mama chciała jedynie przyjrzeć się z bliska obiektowi i lokalnej alei gwiazd, gdzie swoje dłonie odcisnęli m.in. Omar Sharif i Catherine Deneuve. - Okazało się, że trafiliśmy na otwarcie festiwalu. Organizatorzy zaczęli zaganiać ludzi do środka, bo zaraz miał się zacząć seans filmu. Gdy podeszli do nas powiedziałem, że niestety nie mamy wejściówek. Wtedy jeden z nich wyciągnął z kieszeni bilety i polecił, byśmy szybko wchodzili, bo muszą zaczynać. Superprzygoda, byliśmy pod ogromnym wrażeniem - opowiada.

Pani Paulina sprzedała mieszkanie w Polsce i razem z synem Hubertem przeprowadziła się na Wyspy Kanaryjskie, gdzie chce spędzić emeryturę.
Pani Paulina sprzedała mieszkanie w Polsce i razem z synem Hubertem przeprowadziła się na Wyspy Kanaryjskie, gdzie chce spędzić emeryturę.
Fot. Hubert Kożuchowski, archiwum prywatne

Emerytura w Hiszpanii. "Czego mam się bać?"

Bliscy i znajomi pani Pauliny nie reagowali entuzjastycznie na informację o wyprowadzce. Najczęściej słyszała, czy sobie poradzi w nieznanym miejscu. Jedna siostrzenica powiedziała wprost, że będzie żałować, ponieważ "starych drzew się nie przesadza".

- Moim zdaniem człowiek tak naprawdę całe życie jest samotny. Znajomi, którzy mają swoje rodziny, bliskich, prace i obowiązki odzywają się czasem i może kilka razy w roku się spotkają. I to wszystko. Siedziałam w domu tyle lat i coraz rzadziej z niego wychodziłam, więc za namową Huberta stwierdziłam, że warto coś zmienić. Poza tym ci prawdziwi przyjaciele kontaktują się ze mną cały czas. Co więc za różnica, czy będę siedziała w Pile, u Huberta w Warszawie, czy w Las Palmas? - pyta z ironią.

Jak wygląda dzień pani Pauliny? Wstaje koło godz. 7 rano, je śniadanie i wypija małą, świeżomieloną kawę na rozruch. O ile nie ma czegoś do załatwienia, przed południem rusza na plażę. Najczęściej wybiera autobus nr 22, który dowozi ją bezpośrednio. Gdy ma ochotę na więcej aktywności, spacerem przechodzi przez wąwozy. Jednego dnia odkryła, że prowadzą do dzikszych plaż z czarnym, wulkanicznym piaskiem.

Dlaczego zetki uciekają od internetu? Winę zrzucają na rodziców

Największym wyzwaniem pani Pauliny jest język. Oprócz uczenia się w domu z Hubertem, rozwiązaniem ma być wniosek do państwowej szkoły językowej, która uczy hiszpańskiego od podstaw. Trafia tam większość obcokrajowców. Z początku protestowała i wstydziła się iść tam sama, ale z czasem poznała panią Elżbietę, która mieszka i pracuje w Las Palmas. Gdy odkryła, że ona również wysłała wniosek, zgodziła się spróbować. Takimi właśnie kroczkami planuje zapuszczać korzenie w Las Palmas.

- Dużo osób pytało, czy się nie boję. Odpowiadałam, że nie, bo co ma się stać, to się stanie. Trzeba żyć tu i teraz, a ja się raczej szybko adaptuję. Kościoły są nieco inne, ale też ładne. Może trochę brakuje mi lasów, jakie mamy w Polsce, bo tutaj zieleni jest nieco mniej. Tu roślinność jest taka tropikalna, ale wszystko kwitnie i jest pięknie. Poza tym, czego mam się bać? Plaży i słońca? - podsumowuje.