Zakaz smartfonów w szkołach nic nie da? Ekspertka podaje inne rozwiązanie
- Szymon Hołownia zapowiedział prace nad projektem ustawy zakazującej używania smartfonów przez dzieci w szkołach (tzw. model holenderski);
- Ministra edukacji Barbara Nowacka odpowiada, że ewentualny zakaz powinny wprowadzać poszczególne placówki, podejmując decyzje w porozumieniu z uczniami, rodzicami i nauczycielami;
- Magdalena Bigaj zgadza się, że powinniśmy postawić granice, ale zauważa jednocześnie, że temat jest wykorzystywany politycznie w kampanii prezydenckiej;
- Ekspertka podkreśla, że dyrektorzy mają autonomię w podejmowaniu tego typu decyzji. Jednocześnie szkoły powinny zapewnić dzieciom alternatywne metody spędzania czasu.
- Zakaz używania telefonów komórkowych przez uczniów w szkołach jak na razie może zostać wprowadzony jedynie przez daną szkołę w ramach umowy wewnętrznej - powiedziała pod koniec marca ministra edukacji Barbara Nowacka. Jak dodała, rząd nie zamierza obecnie wprowadzać nowych przepisów w tym obszarze.
W rozmowie z RMF FM Nowacka stwierdziła, że "gdyby ministerstwo wprowadziło takie przepisy, to oznaczałoby to nałożenie na nauczycieli obowiązku egzekwowania tego przepisu wprost, nie dając im realnie odpowiednich narzędzi sankcyjnych". Nie wiadomo bowiem, co nauczyciele mogliby zrobić z telefonami dzieci, które de facto należą do ich rodziców.
"Smartfony precz ze szkół. 16 kwietnia organizuję w Sejmie pierwsze spotkanie przygotowujące ustawę uwalniającą dzieci w podstawówkach od smartfonów" - ogłosił tymczasem marszałek Sejmu Szymon Hołownia. "Zrobiło to już wiele europejskich krajów, a Polska nie może dalej udawać, że problem nie istnieje. Nasze dzieci uzależniają się ekranu, a połowa z nich doświadcza przemocy w internecie. Dosyć zwalania decyzji na dyrektorów. Czas na odpowiedzialność polskiego państwa" - napisał w poniedziałek na X.
Nowacka ripostowała, że decydować o ograniczeniu smartfonów powinno się na poziomie szkół w porozumieniu z rodzicami i uczniami. Głos pod wpisem lidera Polski 2050 zabrała była ministra edukacji narodowej w rządzie PiS Anna Zalewska. Jak zauważyła, prawo oświatowe przewiduje możliwość wprowadzenia zakazu używania smartfonów w szkole.
Model holenderski
W debacie tej często powołuje się na tzw. model holenderski. W Królestwie Niderlandów od września 2024 roku obowiązuje całkowity zakaz używania telefonów komórkowych we wszystkich klasach szkół podstawowych. Wcześniej, od stycznia 2024 roku, podobne przepisy wprowadzono w szkołach średnich. Tamtejsze ministerstwo edukacji określiło smartfony mianem "rozpraszaczy", mających negatywny wpływ na zdolność uczniów do skupienia się i osiągania lepszych wyników w nauce.
Wyjątkiem są sytuacje, w których telefony wykorzystywane są jako narzędzie edukacyjnych oraz dla uczniów, którzy z powodów medycznych lub związanych z niepełnosprawnością muszą mieć do nich dostęp. - Martwi mnie to, że temat smartfonów w szkole został upolityczniony. Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski wnieśli go na agendę, bo temat technologii jest wbrew pozorom bardzo polityczny. To powoduje duży chaos społeczny - przekonuje w rozmowie z tokfm.pl Magdalena Bigaj, medioznawczyni, badaczka i działaczka społeczna, twórczyni i prezeska Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, pomysłodawczyni i współautorka Ogólnopolskiego Badania Higieny Cyfrowej.
Zdaniem naszej rozmówczyni, konieczne jest postawienie granicy w używaniu smartfonów w szkole. - Autonomia dyrektora pozwala na wprowadzenie regulacji. Jako fundacja współpracujemy często ze szkołami i wiemy od dyrektorów, że ze względu na niską świadomość wśród rodziców, czemu taki zakaz miałby służyć, stawiają oni opór we wprowadzaniu zmian - podkreśla.
Inny aspekt to oczywiście pieniądze. - Dzieci, które funkcjonują z telefonem, muszą mieć gdzie go odłożyć. Szkoły mówią, że muszą mieć na szafki, musi być monitoring, woźna, która tego pilnuje. Być może to tańsze, niż laptopy dla czwartoklasistów, ale trzeba do tego podejść systemowo - zaznacza Bigaj. Mimo bowiem autonomii dyrektora, potrzebne są odgórne wytyczne. - Które wesprą dyrektorów w ustalaniu ze społecznością szkolną, dlaczego w ogóle podejmujemy takie działania - mówi.
Przygotować nauczycieli i rodzicieli
Do pracy z nowymi technologiami powinni być także przygotowani nauczyciele. Tak żeby umieli wykorzystywać je w pracy z uczniami, ale nie na zasadzie prostych rozwiązań. - Słyszałam historie, że nauczyciel mówił uczniom, żeby znaleźli sobie materiały do lekcji na TikToku. Nie o to chodzi w edukacji do życia w świecie, w którym sztuczna inteligencja powoduje natłok dezinformacji, fake newsów. Trzeba uczyć dzieci i młodzież krytycznego myślenia, mądrego korzystania z AI - podkreśla Bigaj.
Wreszcie rolę w tym procesie mają do odegrania również rodzice. - Tutaj ogromne jest znaczenie mediów. Dorosłych nie posadzimy na korepetycjach z higieny cyfrowej, do nich trzeba trafiać poprzez takie rozmowy jak nasza czy poprzez kampanie społeczne. Ale to będzie trwało, to proces - zastrzega medioznawczyni.
University of Birmingham przebadało niedawno ponad 1,2 tys. uczniów - zarówno ze szkół z zakazem używania smartfonów, jak i bez niego. Wnioski? Zakaz używania telefonów jedynie w szkołach nie miał większego wpływu na oceny, zachowanie i dobrostan dzieci. Główna autorka raportu dr Victoria Goodyear stwierdziła, że "powinniśmy zrobić więcej niż tylko zakazywać telefonów w szkołach". W centrum uwagi musi znaleźć się wykorzystanie smartfonów podczas całego dnia (i nocy) dziecka.
Bigaj przytacza dane z publikacji 'Internet dzieci. Raport z monitoringu obecności dzieci i młodzieży w internecie' swojej fundacji, powstałe na bazie zapisów z urządzeń dzieci i młodzieży. - Są nie deklaracją, ale rzeczywistym zapisem tego, jak młodzi używają komputera i smartfona. Te dzieci, które mają smartfona na własność, są praktycznie cały czas podpięte do internetu. Zaczynają dzień z TikTokiem lub YouTube'em i one też kołyszą je do snu. Największa aktywność zazwyczaj jest po szkole - zaznacza.
I dodaje, że chociaż zakaz w szkole rozwiąże "pewne problemy" - rozproszenie podczas lekcji, przemoc rówieśniczą przy pomocy smartfona - trzeba zająć się również tym, co dzieje się po lekcjach.
Model szwedzki
- Musimy się pogodzić z faktem, że nowe technologie, internet, media społecznościowe, stworzyły z nas pokolenia natychmiastowej gratyfikacji: wszystko dzieje się szybko, ma być łatwe, kolorowe i atrakcyjne. Dzieci są także tresowane przez łatwość dostępu do ekranowej rozrywki. Szkoła musi też coś zaproponować dzieciom - mówi Bigaj. To np. otwieranie budynku podczas przerw na dwór, boiska czy wprowadzenie większej liczby dłuższych przerw. - Może powinno być ich więcej, żeby młodzi mogli wyjść na świeże powietrze i dać upust swojej energii? - zastanawia się.
Innym pomysłem jest stworzenie miejsc ciszy, do których uczniowie mogliby się udać między lekcjami. - Wielu młodych mówi, że sięga po telefon, żeby "tunelować" swoją uwagę, odciąć od tego, że wokół wszyscy biegają i krzyczą - wyjaśnia ekspertka.
- To zadanie, które wymaga holistycznego podejścia do tematu. To się już dzieje, ale jest robione cząstkowo, po części przez organizacje pozarządowe, takie jak nasza. Jeszcze trochę czasu upłynie, aż sobie wypracujemy pewne standardy i pod tym względem przydałyby się wytyczne ze strony ministerstwa - mówi Bigaj.
Jako pozytywny wzór podaje Szwecję, gdzie nie ma twardego zakazu używania telefonów w szkołach, ale prowadzone są działania edukacyjne, a szkoły mają autonomię, jakie zasady wprowadzają i egzekwują. - W jednym odcinków "Techstorii" wypowiadała się mama, która mieszka w Szwecji. Opowiadała, że tam również zdarza się, iż dzieci łamią zakaz. Przynoszą do szkoły dwa telefony. Dzieci są tylko dziećmi i zawsze będą testować granice. Ale my te granice gdzieś musimy postawić - podkreśla Bigaj.