,
Obserwuj
Polska

Wszedł w życie nowy egzamin na prawo jazdy. Ten przepis wywołał burzę

4 min. czytania
02.07.2025 08:31
We wtorek 1 lipca w życie weszły nowe zasady egzaminowania na prawo jazdy. - To nie jest zmiana, której potrzebujemy w naszym systemie - komentował w TOK FM Łukasz Zboralski, redaktor naczelny brd24.pl.
|
|
fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl
  • Od 1 lipca 2025 r. weszły w życie przepisy nakazujące natychmiastowe przerwanie egzaminu na prawo jazdy w przypadku 18 zdefiniowanych niebezpiecznych zachowań;
  • Jak mówił w TOK FM Łukasz Zboralski z brd24.pl - nowe przepisy nie pozostawiają 'rozsądnym' egzaminatorom pola do interpretacji zachowań przyszłych kierowców. 'Słabi egzaminatorzy zyskali wspaniałe narzędzie' - powiedział;
  • Największe kontrowersje wzbudził zapis o przerwaniu egzaminu w przypadku najechania na linię podwójnie ciągłą. W reakcji resort infrastruktury wyjaśnił, że w praktyce nowy przepis nic nie zmienia. 'Ktoś tu kłamie' - stwierdził Zboralski;

We wtorek (1 lipca 2025 roku) weszły w życie zmiany w egzaminach na prawo jazdy. Najważniejsze z nich dotyczą sposobu oceniania i wprowadzają obowiązek natychmiastowego przerwania egzaminu w przypadku stworzenia przez kandydata sytuacji zagrożenia.

Za co "oblejemy" egzamin na prawo jazdy?

W rozporządzeniu zmieniającym powiązano katalog 18 rodzajów niebezpiecznych zachowań z uzyskaniem negatywnego wyniku egzaminu, z uwagi na ich istotny wpływ na bezpieczeństwo w ruchu drogowym.

Przyczyną negatywnego wyniku egzaminu będzie m.in. spowodowanie kolizji lub wypadku oraz nieustąpienie pierwszeństwa - przejazdu na skrzyżowaniu, pieszemu wchodzącemu lub znajdującemu się na przejściu.

W przestrzeni medialnej nowe przepisy wywołały kontrowersje - do krytyków zalicza się Łukasz Zboralski, redaktor naczelny brd24.pl, który w TOK FM stwierdził, że wprowadzone zmiany cofają nas o dekadę.

- 10 lat temu lekko zliberalizowaliśmy prawo dotyczące egzaminowania. Wtedy - przy popełnieniu jednego z tych 18 błędów egzaminator mógł zakończyć egzamin ze skutkiem negatywnym. Otwierało to drogę dla rozsądnych egzaminatorów, którzy - widząc konkretną sytuację - mogli ocenić, czy to jest błąd, który powinien kończyć egzamin. To wymagało egzaminatorów odważnych, którzy mają głęboką wiedzę i są w stanie ocenić wszystkie aspekty. Teraz to słowo "mógł" znika, a tabela błędów musi kończyć egzamin ze skutkiem negatywnym - wyjaśnił rozmówca Przemysława Iwańczyka.

Łukasz Zboralski podał konkretny przykład, dotyczący przejeżdżania na czerwonym świetle. - Egzaminator dojeżdża z kursantem do skrzyżowania, jest czerwone światło, w prawo jest zielona strzałka warunkowa. Kursant zatrzymuje się jak na "stopie", czyli robi dobrze, lepiej niż 90 proc. polskich kierowców. Rozgląda się w lewo, bo musi się upewnić, czy warunkowo może wjechać w prawo na skrzyżowanie. Widzi, że jest zupełnie pusto, włącza jedynkę i wjeżdża, ale nie zauważył, że zgasła już strzałka. To jest de facto wjechanie na czerwonym świetle, ale czy to jest błąd, który powinien kończyć egzamin? Moim zdaniem nie - tłumaczył gość "Popołudnia TOK FM".

Zgodnie z nowymi przepisami kursant z przykładu opisanego przez Zboralskiego nie zda egzaminu. A to - jak wskazał ekspert - oznacza, że "słabi egzaminatorzy w Polsce, a jest ich trochę, zyskali wspaniałe narzędzie". - Żeby nadzór nie mógł im niczego zarzucić. Zawsze mogą pokazać papierową tabelkę i powiedzieć: "To na egzaminie był błąd z tabelki". I to nie jest zmiana, której potrzebujemy w naszym systemie - mówił naczelny portalu brd24.pl.

Co z przepisem dotyczącym "podwójnej ciągłej"? "Na Boga, nie rozumiem tego"

Największe oburzenie w nowych przepisach wzbudził zapis o zakończenie egzaminu za najechanie na podwójną linię ciągłą. Resort infrastruktury wyjaśniał jednak, że w praktyce nic się nie zmienia - jeśli takie najechanie nie powoduje realnego zagrożenia (np. przy omijaniu źle zaparkowanego pojazdu), egzaminator nie musi go kończyć.

Gość TOK FM nazwał stanowisko resortu "absurdem". - No więc jeśli ministerstwo mówi, że zmieniło prawo, ale nic się nie zmienia, to bym proponował, żeby ujawniono, jacy urzędnicy pracowali nad zmianą prawa i odbierzmy im pensję. Niech oddadzą pensję za te miesiące, w których pracowali, bo jak pracowali nad czymś, co nie ma sensu, to chyba nie powinni otrzymać za to wynagrodzenia. I teraz ktoś tu kłamie. Na Boga, nie rozumiem tego, po co to było? - zastanawiał się Zboralski.

Instruktorzy nauki jazdy. Chamskie teksty i 'obczajanie d**'. A nadzór? 'Fikcyjny'

Ekspert o "kaście" egzaminatorów. "Wszyscy w tym systemie tkwią"

Jak zaznaczył gość Przemysława Iwańczyka, o wdrożone 1 lipca przepisy starało się Krajowe Stowarzyszenie Egzaminatorów na Prawo Jazdy. - To oni wprost lobbowali za tymi zmianami w porozumieniu z częścią dyrektorów wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego. Wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego utrzymują się z opłat za egzaminy. Gdyby przystąpienie do matury kosztowałoby 200 zł, a szkoły utrzymywały się tylko z opłat za matury, to jaka byłaby zdawalność matur? - pytał retorycznie Zboralski.

Jako przykładowy sposób zarabiania na takich, a nie innych przepisach egzaminu prawa jazdy ekspert podał korzystanie przez szkoły jazdy z placu manewrowego, który - jak zwrócił uwagę - utrzymujemy jako jeden z dwóch krajów Unii Europejskiej (drugim jest Łotwa). - Tam najłatwiej i najtaniej jest oblać kursanta, ponieważ auto przejeżdża najmniej, spala najmniej paliwa. Wojewódzki ośrodek ruchu drogowego na zakończeniu egzaminu na placu manewrowym zyskuje najwięcej - powiedział gość popołudniowej audycji.

Redaktor naczelny brd24.pl uważa, że w określeniu środowiska egzaminatorów i dyrektorów wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego mianem "kasty" nie ma przesady. - Oczywiście jest (kastą - red.). Nie wszyscy, ale wszyscy w tym systemie tkwią. Tkwią dyrektorzy WORD-ów, tkwią egzaminatorzy, bo im się ten system finansowo opłaca. Uważam więc, że ten system jest chory - ocenił Łukasz Zboralski w TOK FM.