advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Zachodniopomorskie

Dają ratownikom nawet 6 tys. na rękę, ale jest haczyk. "Kiedyś to była świetna opcja zarobku dla młodych ludzi"

Robert Bochenko
4 min. czytania
25.03.2023 07:50
Oferują ponad 6 tys. zł na rękę, ale o chętnych i tak trudno. Nadmorskie kąpieliska szukają ratowników wodnych do pracy na nadchodzący sezon. I skarżą się, że sytuację mocno skomplikowała zmiana przepisów.
|
|
fot. Ratownicy Mielno

Do sezonu wakacyjnego zostało jeszcze kilka miesięcy. Ale już teraz we wszystkich nadmorskich miejscowościach Pomorza Zachodniego ruszyły rekrutacje na ratowników wodnych, którzy w wakacje będą strzec bezpieczeństwa kąpiących się na plażach. Oprócz niezłych stawek sporo ofert zawiera dodatkowe benefity. Mimo to z chętnymi do pracy nie jest najlepiej.

Pracodawca zapewni krem z filtrem

Centrum Sportów Wodnych w Dąbkach potrzebuje na ten sezon 24 ratowników. W ogłoszeniu zamieszcza stawki zarobków netto. Osoba, która posiada uprawnienia, ale nie ma stażu, zarobi na rękę 5850 zł. Do tego może liczyć na darmowy nocleg, kompletny strój, wodę mineralną w czasie pracy i posiłek.

- Z uwagi na to, że to praca przez 8 godzin na słońcu, po naszej stronie są także kremy ochronne z filtrem - zapewnia Marceli Lichacy, dyrektor centrum. Dla osób z większym doświadczeniem stawki przekraczają 6 tys. zł, jest też dodatek 500 zł za funkcję szefa wieży ratowniczej. - Stawiamy na ludzi, którzy mają doświadczenie na kąpieliskach morskich. Cenne są dla nas też dodatkowe umiejętności np. patent motorowodny czy uprawnienia płetwonurka - dodaje Lichacy. - Bazujemy na ludziach, którzy są z nami od lat, ale kilka wakatów jest do obsadzenia i szukamy chętnych dużo wcześniej niż kilka lat temu - informuje dyrektor.

Mieszkańcy Świnoujścia nie będą musieli płacić za oddychanie niemieckim powietrzem

Zbyt wysoki próg wejścia

- Skąd ten brak ratowników? - pytam Leszka Pytla, szefa ratowników w gminie Mielno. Odpowiada, że to przez przepisy dotyczące szkoleń i uprawnień, które zmieniły się w 2011 roku. Kiedyś było tak, że bezpieczeństwa kąpiących się mogli strzec tzw. młodsi ratownicy. - To była świetna opcja zarobku dla młodych ludzi, którzy mieli skończone 16 lat. Kurs kosztował wtedy około 400-500 zł, a uprawnienia zdobywało się dość szybko. Ci, którzy odnaleźli się w tym zawodzie, zdobywali potem kolejne szlify, nabywając też cennego doświadczenia - wyjaśnia Pytel.

Teraz żeby pracować na plaży, trzeba mieć pełne uprawnienia ratownika wodnego. A to już opcja tylko dla pełnoletnich. Takie szkolenie kosztuje też zdecydowanie więcej, bo około 2 tys. zł, do tego konieczne jest ukończenie kursu KPP (kwalifikowanej pierwszej pomocy), a to kolejny koszt - 500 zł. - Efekt jest taki, że mniej osób ryzykuje takie pieniądze, nie wiedząc, czy ta praca w ogóle będzie dla nich - mówi nasz rozmówca. I wskazuje kolejny problem - ratownikiem wodnym można zostać na kursie w dowolnym miejscu kraju, np. na basenie na południu Polski. - A tacy ratownicy nie znają w ogóle specyfiki pracy na plaży. I niekoniecznie się do niej garną. Bo na plaży jest zupełnie inaczej. Powiem wprost: jest trudniej - komentuje Leszek Pytel.

Wczasowicz po dwóch piwach czuje się świetnym pływakiem

Plaża to nie hotelowy basen - podkreśla szef mieleńskiej plaży. I dodaje, że przy ładnej pogodzie ratownicy zmagają się tłumem, brawurą i z wszechobecnym alkoholem wśród kąpiących. - Wciąż największym problemem jest to, że przeceniamy swoje możliwości pływackie. Kiedy dochodzi to tego alkohol, to możemy być pewni, że trzeba będzie interweniować - mówi Leszek Pytel.

Były komendant policji w Drawsku Pomorskim prowadził pod wpływem alkoholu. Stracił prawo jazdy

Niestety na polskich plażach spragnieni słońca i kąpieli turyści w znakomitej większości przypadków mają w nosie zalecenia ratowników - nadal kłócą się z zakazem pływania za boją czy w ogóle zakazem kąpieli podczas złej pogody, kiedy wywieszona jest czerwona flaga. - To nie są niemieckie kąpieliska, gdzie ratownik ma posłuch i jak gwizdnie, to jest porządek. U nas wczasowicz po przysłowiowych dwóch piwach czuje się świetnym pływakiem albo dyrektorem - smutno uśmiecha się Pytel.

Dodaje, że morze oczywiście szybko to dobre samopoczucie weryfikuje, więc ratownicy mają co robić. - Tej pracy trzeba się nauczyć, jest wyjątkowa, ale i szalenie odpowiedzialna - dodaje szef ratowników w Mielnie, który przez wiele lat pracy niejedno widział.

To może ratownicy z Ukrainy?

Juliusz Pierwieniecki z Pogorzelicy prowadzi kursy pływania, jest też instruktorem ratownictwa wodnego. Potwierdza, że ukończenie szkolenia, które pozwala na pracę nad morzem, wymaga sporo czasu i zaangażowania. Przede wszystkim trzeba dobrze pływać i mieć kondycję. Szkolenia podzielone są na trzy moduły: młodszy ratownik WOPR, ratownik WOPR i ratownik wodny. I tylko ten trzeci poziom pozwala na podjęcie pracy w pełnym zakresie. Każdy moduł to 18 godzin szkolenia plus obowiązkowe 66-godzinne szkolenie z kwalifikowanej pierwszej pomocy.

Pytam, czy nadmorskie samorządy nie mogłyby korzystać z usług ratowników z zagranicy np. z Ukrainy? Tutaj toczy się dyskusja, czy takie osoby mogą pracować w Polsce. - Mają uprawnienia ze swoich krajów, ale moim zdaniem powinni zdać polskie egzaminy - tylko wtedy możemy być pewni ich umiejętności - wyjaśnia instruktor.

A co, jak się nie uda?

Nadmorskie kurorty z reguły planują start działania strzeżonych kąpielisk na koniec czerwca. Do tego czasu muszą znaleźć chętnych do pracy. Ich minimalną liczbę określa rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych - np. nad morzem na każde 100 metrów linii brzegowej wymagane są minimum trzy osoby. Jeżeli załóg nie uda się skompletować, kąpielisko nie ruszy. Takie sytuacje miały już miejsce w regionie w latach poprzednich, m.in. na kąpieliskach nad jeziorami w Barlinku i Golczewie.