Dlaczego członkom Yakuzy czasem brakuje czubka palca? "Ból nie do zniesienia"
"Yubitsume uznawane jest (...) nie tylko za prośbę o przebaczenie, akt pokazujący, że bierze się odpowiedzialność za popełnione czyny i płaci za nie częścią własnego ciała, lecz również za obowiązek człowieka honoru. Między innymi dlatego, że nie wykonuje się go, stosując środki znieczulające czy korzystając z pomocy lekarza: trzeba to zrobić samemu". Publikujemy fragment reportażu autorstwa Martiny Baradel pt. "Yakuza blues. Życie i śmierć w szeregach japońskiej mafii".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Martiny Baradel pt. "Yakuza blues. Życie i śmierć w szeregach japońskiej mafii" w tłumaczeniu Lucyny Rodziewicz-Doktór. Książka ukaże się 25 lutego 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Koncept.
W sytuacji, gdy konieczne jest przyjęcie na siebie odpowiedzialności za niewłaściwe zachowanie albo przeproszenie za popełniony błąd, jak afront wobec sprzymierzonej grupy czy utracony zarobek, wówczas często praktykowane jest yubitsume, czyli samookaleczenie się poprzez odcięcie członu małego palca, w celu uniknięcia o wiele cięższej kary. Ten zwyczaj sięga prawdopodobnie okresu Tokugawa, w którym był on powszechnie stosowany przez prostytutki z okręgu Yoshiwara w dzisiejszym Tokio jako okazanie wierności wobec ulubionego klienta. Z czasem rozpowszechnił się również pośród bakuto, a następnie zakorzenił w środowisku yakuzy.
"Nie każde yubitsume jest takie samo" - wyjaśnia Tanaka. "Amputacja paliczka w celu przyjęcia na siebie odpowiedzialności za drugą osobę, jak w przypadku bossa, który obciąża się przewinieniem popełnionym przez swojego kobuna, warta jest o wiele więcej. Natomiast obcięcie członu bez podjęcia dalszych działań, żeby rozwiązać problem, do którego się doprowadziło, niewiele jest warte. Istotne jest również, jaką pozycję w hierarchii zajmuje ten, kto dokonuje yubitsume: paliczek ofiarowany przez młodzieńca, który jeszcze nie został formalnie przyjęty do grupy i popełnił banalny błąd, nie jest wart tyle, co palec bossa".
Może się zdarzyć, że członek yakuzy będzie zmuszony kajać się wielokrotnie - wówczas kieruje się określoną kolejnością, według której dokonuje amputacji: przy pierwszym wykroczeniu obcina się paliczek małego palca lewej ręki, przy drugim - analogiczny paliczek w prawej ręce, następnie drugi paliczek małego palca lewej ręki i tak dalej, zmieniając dłonie, od małego palca aż do kciuka. W przeszłości do amputacji używano tantō albo wakizashi, broni siecznej będącej w posiadaniu każdego wojownika. W dzisiejszych czasach sięga się po cokolwiek, byle było jak najostrzejsze. I jest to bardzo istotny aspekt. Kiedyś poznałam jedną z nielicznych kobiet oficjalnie przyjętych do yakuzy - w dalszej części opowiem o niej szerzej - u której zauważyłam brak dwóch paliczków jednego małego palca. Jak to się stało, że nie obcięto ich w ustalonej kolejności? Wyjaśniła mi, że to żadne odstępstwo od reguły, lecz nieszczęśliwy wypadek: ciężar jej drobnego ciała okazał się niewystarczający, żeby przyłożyć odpowiedni nacisk i ostrze się obsunęło, rozdzierając jej cały palec. Musiała jakoś dokończyć amputację, więc zdecydowała się na obcięcie dwóch paliczków zamiast jednego.
Podczas gdy Tanaka nadal ciągnie szczegółową opowieść o tym zwyczaju, mnie przychodzi na myśl zdanie pewnego bossa poznanego w Okinawie: "Yubitsume to przede wszystkim przeprosiny składane sobie samemu". Yubitsume uznawane jest więc nie tylko za prośbę o przebaczenie, akt pokazujący, że bierze się odpowiedzialność za popełnione czyny i płaci za nie częścią własnego ciała, lecz również za obowiązek człowieka honoru. Między innymi dlatego, że nie wykonuje się go, stosując środki znieczulające czy korzystając z pomocy lekarza: trzeba to zrobić samemu. Przede wszystkim należy mocno zawiązać palec, żeby zminimalizować upływ krwi, następnie położyć ostrze na stawie i na koniec nacisnąć z odpowiednią siłą.
"Kiedy ostrze wchodzi w ciało, ból staje się nie do zniesienia i wiele osób nie ma sił, by kontynuować samodzielnie, proszą więc kogoś o pomoc" - mówi Tanaka spokojnym głosem, jakby opowiadał mi, jak się składa origami. "Najszybszym i najmniej bolesnym sposobem jest upuścić jakiś ciężar na ostrze. Odcięty kawałek palca należy zachować i biec od razu do szpitala, żeby zaszyć ranę. Ten etap wcale nie bywa mniej bolesny od poprzedniego, ponieważ w wielu przypadkach lekarz jest zmuszony spiłować kość, żeby naciągnąć na nią skórę. Następnie trzeba zanieść odcięty paliczek zanurzony w alkoholu osobie, której należą się przeprosiny: to ona zadecyduje, czy go eksponować, czy pogrzebać. W każdym razie dziś ta praktyka powoli odchodzi w zapomnienie, coraz częściej preferuje się rekompensatę pieniężną". (...)
"Wybrałeś już tatuaż?" - zapytał go Eiji. Przyjaciel miał już za sobą dwie sesje i ogromny, kolorowy, silny karp - symbol odwagi i wytrwałości - powoli nabierał kształtu na jego plecach.
"Co jest, boisz się, że będzie bolało?" - Eiji dręczył Juna pytaniami prawie codziennie. A kiedy również pozostali młodzieńcy z grupy wzięli go na celownik, nie mógł dłużej zwlekać z wyborem swojego tatuażu. Była to ważna decyzja, symbol, który stanie się jego wizytówką, a jednocześnie wpłynie na całe dalsze życie. Musiał się porządnie zastanowić. Znalazł kilka książek, które pochłonął w rzadkich wolnych chwilach, zwrócił się też z prośbą o radę do bardziej życzliwych członków grupy: pośród ich wyborów był tygrys - ucieleśnienie siły, wąż - symbol uzdrowienia, wiśnia przypominająca o ulotności wszystkiego oraz kami Raijin i Fūjin, czyli bóg grzmotów i bóg wiatrów, żeby zagwarantować sobie ich opiekę. Rozległe tatuaże, choć zasłonięte odzieżą, pokrywały całe plecy, piersi, czasami nawet pośladki i częściowo uda. Nigdy nie wykonywano ich na częściach ciała, które są widoczne dla każdego w codziennym życiu. Pokrycie ciała tatuażami, których nie da się usunąć, zamyka de facto możliwość powrotu na łono społeczeństwa i pokazuje niewzruszoną wolę przynależenia do grupy.
Poprzednicy yakuzy, w szczególności zaś bakuto, posługiwali się tatuażami właśnie ze względu na ich wywrotowy charakter, traktując je jako demonstrację siły i męstwa. W rzeczywistości jednak tatuaże mają w Japonii o wiele starszy rodowód, sięgający aż trzeciego wieku. Początkowo służyły jako znaki wskazujące na status społeczny niektórych osób: piętnowano nimi zwłaszcza tych, którzy dopuścili się szczególnie poważnych przestępstw albo należeli do grup społecznie wykluczonych, jak eta czy hinin (czyli ludzie wykonujący zawody uznawane za nieczyste albo związane ze śmiercią). Z czasem ta praktyka wyszła z użycia, by powrócić ponownie wśród samurajów: w razie śmierci tatuaże ułatwiały odnalezienie i identyfikację ciała na polu bitwy. Jednak po zjednoczeniu Japonii przez ród Tokugawa w 1603 roku i wraz z rozpowszechnieniem się etyki konfucjańskiej również samuraje zrezygnowali z tego zwyczaju. Wówczas tatuażem zainteresowali się rzemieślnicy, którzy zaczęli pokrywać swoje ciała zdobieniami, traktowanymi jako forma artystycznego wyrazu, a nierzadko również jako symbol antyrządowego sprzeciwu. Z biegiem wieków wygląd i treść tatuaży ewoluowały - zaczęły się pojawiać bóstwa, zwierzęta, kwiaty i bohaterowie ludowych podań, a one same stawały się coraz bardziej złożone i bogate w szczegóły. Władze okresu Tokugawa nadaremnie próbowały ich zakazać, podobnie jak rząd Meiji, dążąc do modernizacji kraju i dostosowania się do zachodnich zwyczajów. Nie przyniosło to jednak większego skutku.
W końcu Jun podjął decyzję: na jego plecach miał powstać Ryūōtarō, smoczy król zrodzony z prześladowanych rodziców, zmuszonych do pędzenia życia w ukryciu. (...)
Podeszły wiekiem mężczyzna z długą, rzadką, białą brodą czekał na Juna w skromnym pokoiku z tatami, popijając kawę. Na podłodze leżały porozrzucane książki i wstępne rysunki.
"Co zatem chcesz sobie wytatuować?" - zwrócił się do młodzieńca bez powitania.
"Ryūōtarō" - odpowiedział Jun bez zastanowienia.
"Rozbierz się do majtek i połóż na brzuchu". Tatuażysta wskazał mu zniszczoną matę pośrodku pokoju i zaczął przygotowywać narzędzia: drewnianą, czterdziestocentymetrową pałeczkę zakończoną z jednej strony igłami, słoiczki z różnymi barwnikami, szmatki i wodę. Jun się rozebrał i położył. Dzień był ciepły, a zapach mokrego błota, dobywający się ze starych tatami, przypominał mu dziecięce lata. Poczekał kilka minut, nic się jednak nie wydarzyło, postanowił więc sprawdzić, co się dzieje, i się obrócił.
"Nie ruszaj się!" - wrzasnął starzec, który siedział przy nim i oglądał jego plecy.
Tatuażysta potrzebował czasu i skupienia, żeby dokładnie przestudiować ciało młodzieńca i stworzyć układ, który z mocą wyrazi przedstawianą historię. Jun obrócił się z powrotem na brzuch i czekał. Czekał długo. Nie potrafił na niczym skupić myśli. Nagle poczuł zimne ukłucie igieł wbijających się w jego ciało. Tatuażysta oparł lewą rękę na plecach, żeby przytrzymać tkanki, drugą zaś rytmicznie nakłuwał jego skórę. W zależności od pozycji Jun czuł przeszywający albo głuchy ból, ale ponieważ chciał zrobić wrażenie na Eijim, który chichotał pod nosem, nie poruszył ani jednym mięśniem i nie wydał z siebie żadnego jęku. Sesja miała trwać trzy godziny, a Jun zamierzał dzielnie stawić jej czoła.
Po pewnym czasie, który jemu wydawał się wiecznością, tatuażysta odłożył narzędzie pracy. "To dopiero początek, ale udało mi się naszkicować rysunek" - powiedział starzec i zapalił fajkę. Jun wstał; miał kompletnie zdrętwiałe ciało, z trudem podszedł do lustra. Na zaczerwienionych plecach było wyraźnie widać twarz Ryūōtarō, jego sylwetkę spowitą cielskiem smoka i dwie katany u boku. W ręce skierowanej w stronę pyska bestii znajdowało się lusterko, a w niej kobieca twarz o smutnym wyrazie.
"Pamiętaj, żeby zawsze dawać z siebie wszystko. Jestem przekonany, że czeka cię wspaniała kariera" - powiedział starzec pewnym głosem. I zaciągnął się dymem z fajki.
"Dlaczego pan tak myśli?" - Jun wcale nie był tego pewien. Jego decyzja o związaniu się z yakuzą na całe życie była stosunkowo świeża.
"Wiesz, ilu członków yakuzy przewinęło się przez moje ręce? Setki. Wystarczy mi jeden rzut oka i już wiem, czy ten, z kim mam do czynienia, to zwyczajny dzielnicowy gangster, pierwszy lepszy chinpira, czy ktoś, kto będzie się piął w górę. Jeśli się przyłożysz, bo do tego potrzeba czasu, gwarantuję ci, że nie zostaniesz zwykłym szeregowcem".
Zażenowany tymi słowami Jun zdołał tylko wydusić: "Zrobię wszystko, co w mojej mocy!".
Pierwsza sesja dobiegła końca, ale tatuaż wymagał jeszcze wielu dni męki. (...)
Przemoc - zarówno ta fizyczna, jak i w formie gróźb - to nieuniknione narzędzie stosowane przez yakuzę w celu zachowania kontroli oraz narzucenia swoich decyzji. Ale z ekonomicznego punktu widzenia jest to niezwykle kosztowny instrument, dlatego należy się nim posługiwać z umiarem. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy użycie przemocy wiąże się ze znaczącym nakładem finansowym, wynikającym nie tylko z samego prowadzenia konfliktu, ale również z honorariów dla prawników oraz z obowiązku utrzymania rodzin członków, którzy w jego wyniku trafili za kratki. Abstrahując od faktu, że każdy uwięziony to także utracony dochód. Dlatego tacy wybuchowi i impulsywni młodzieńcy jak Rintarō i Toshiaki - o których dowiedziałam się tamtego wieczoru od Hiderina przy szklance obrzydliwego drinka - nie są dla yakuzy dobrą inwestycją: wybuchowość uniemożliwiła im wstąpienie w jej szeregi, nawet jeśli u jej podłoży leży brak perspektyw oferowanych przez japońskie społeczeństwo. Tkwią w czyśćcu chłopców na posyłki, w którym jedyne, co otrzymują w zamian, to możliwość pokazania gestu naśladującego obcięty palec i pochwalenia się taką czy inną znajomością. Bo grupa nie może wziąć na siebie odpowiedzialności za ich niepohamowany temperament. Yakuza potrzebuje młodych ludzi, którzy, owszem, skłonni są do brutalności, ale potrafią się powstrzymać i uciekają się do niej tylko wtedy, gdy to konieczne.
Posłuchaj: