Po wojnie ruszyli tropem swoich oprawców. "Bękarty wojny" w Polsce
"Nie chciałem wstępować do Ha-Szomer Ha-Cair, nie interesował mnie syjonizm. Po tym, co usłyszałem, jeszcze bardziej pragnąłem zemsty na Niemcach. Chciałem do nich strzelać". Prezentujemy fragment książki Marka Łuszczyny pt. "Bękarty Polski", opartej na wspomnieniach "łowcy nazistów" Tuwii Friedmana.
Poniższy fragment pochodzi z fabularyzowanego reportażu Marka Łuszczyny pt. "Bękarty Polski. Opowieść o żydowskich łowcach nazistów". Książka ukaże się 25 lutego 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova.
(...) Kilka dni później, kiedy byliśmy już nakarmieni i w miarę wypoczęci, przyszło do nas dwóch polskich Żydów z RGO. Usiedli ciężko, zapalili papierosy i dłuższą chwilę nic nie mówili. Później stwierdzili, że żaden spośród znanych im ocalałych nie jest w stanie skontaktować się ze swoimi krewnymi. Zniknęły całe rodziny, dzielnice, miasta. Nikt nie wie, gdzie ci ludzie są. Owszem, odradzają się organizacje syjonistyczne, powstają kibuce, ale ilu Żydów tak naprawdę zamordowali hitlerowcy wraz ze swoimi pomagierami? "Wstępne szacunki mówią nawet o kilkuset tysiącach w skali całego kraju", usłyszeliśmy. Z trudem mieściło nam się to w głowach.
Nie chciałem wstępować do Ha-Szomer Ha-Cair, nie interesował mnie syjonizm. Po tym, co usłyszałem, jeszcze bardziej pragnąłem zemsty na Niemcach. Chciałem do nich strzelać. Potrzebowałem broni i ochrony, było to dla mnie jasne. Pierwszy krok ku przemianie z łownej zwierzyny w myśliwego nie był trudny. Do milicji przyjmowali wszystkich jak leci. Tuwia Friedman czy Tadeusz Jasiński, Yankiel Boiman czy Jakub Rauch, Rafael Boreinstein czy Rafał Borowski, Towia Rotstein czy Janek Bartodziej - porucznika Adamskiego to nie interesowało, potrzebował ludzi. (...)
Do Radomia przyjechaliśmy więc już jako funkcjonariusze. W niekompletnych i niedopasowanych mundurach, bez czapek i ze zdobyczną bronią - tyle nowa władza była w stanie zaoferować milicji w styczniu 1945 roku. Tydzień po ucieczce Niemców z miasta trwało tam wielkie szabrowanie dobytku, który po sobie zostawili. Mieliśmy tę sytuację opanować.(...) W domach moich żydowskich znajomych mieszkali już ich polscy sąsiedzi. Zwróciłem uwagę porucznikowi, że może warto by było coś z tą sprawą zrobić i zabezpieczyć te posesje do czasu ewentualnego powrotu prawowitych właścicieli. Kiedy to usłyszał, jego wielka blizna drgnęła w nerwowym grymasie. Odrzekł, że być może przydalibyśmy się w bezpieczeństwie, a nie w milicji, i że jak chcemy, to załatwi nam wszystkim, mojżeszowym, przeniesienie do Gdańska.
Mimo wypitego bimbru nie spałem. Drzemałem lekko, ale wyślizgnąłem się z tego letargu, gdy tylko usłyszałem odgłosy kroków. Dobiegały z zewnątrz. Nie spanikowałem. Możliwe, że po prostu nie miałem siły. Zanim padły strzały, trąciłem Skarżyńskiego i wyszeptałem, że jest ich trzech lub czterech, a potem rykoszet od jakiegoś metalowego elementu rozświetlił na ułamek sekundy wnętrze stodoły. Koń stanął dęba i z każdym kolejnym rozbłyskiem rżał coraz przeraźliwiej. Walili w kłódkę, na którą zamknięte były wrota od strony pola. Nie weszli na podwórze, nie widzieli samochodu, myśleli, że rodzina śpi w domu. Zakradli się od tyłu, sądzili, że to najłatwiejsza, najkrótsza droga po zwierzę.
(...) Czekaliśmy z wycelowaną bronią. Było już za późno, aby ustalać taktykę, wszystko rozegrało się w kilka sekund. Przez chwilę pomyślałem, że zapewne chodzi o zwykłą kradzież, więc można by spróbować aresztowania. Gdy tylko ciemna sylwetka weszła do środka, Stefek powiedział: "Stój, Urząd Bezpieczeństwa". Postać zamarła. W tym chwilowym zawieszeniu pomyślałem, że jednak trzeba będzie strzelać, ale wtedy cień cofnął się dwa kroki i zniknął. Po dwóch sekundach usłyszeliśmy szybki bieg kilku osób. Uciekali ile sił. "Aaa, szwabskie ku**y". Gospodarz już wcześniej wygrzebał z siana Mausera, a teraz dał dwa susy i nie zważając na ryzyko, że tamci zostawili kogoś, kto go natychmiast kropnie, otworzył kopniakiem przestrzelone wrota. Trzymał głowę na kolbie, mierzył w jednolitą smołę nocy i rąbał z zemsty za to, że o mało co nie narobił ze strachu w spodnie.
"Dlaczego szwabskie?", zapytałem go rano, kiedy robiliśmy obchód stodoły. Zależało mi na tym spacerze. "To są długie łuski, od karabinu 98k". Podniósł, powąchał i podsunął nam pod oczy. "Co z tego? Wiedzieliście to w nocy? Poza tym: wy macie Mausera", odparł Stanisław Gińko "Czarny". (...)
Gospodarz, który nas przenocował, spojrzał mu w oczy i powiedział: "Wiedziałem i wiem, że jesteśmy otoczeni przez Niemca. Na wschód: Prusy. Na zachód: Stettin. Przecie tutaj jeszcze pół roku temu była Rzesza. Kto to mógł być w nocy, jak nie niemiecka hołota?". "I nie chcielibyście, żeby to się skończyło?", zapytałem pojednawczo. "Bardzo bym chciał". "A swojego udziału byście nie chcieli w tym mieć?" "A co ja mogę? W moim Przywidzu to Szwaba, tak generalnie, nie ma. Może tam w kierunku Kościerzyny bardziej". Przez chwilę szliśmy w ciszy. "Gospodarzu, wy jesteście inteligentny człowiek, nazywacie się Zygfryd Mrozik, prawda?" "No przecież prawda, bimbrem bruderszaft piliśmy wczoraj". "Zygfryd, jak my wrócimy do Gdańska, to musimy sporządzić raport z tego, co się tutaj w nocy stało. Taką mamy pracę. I chcemy w nim napisać, że nam schronienia udzieliłeś i serce okazałeś, a jeszcze na sam koniec powiedziałeś o ukrywających się w okolicy niemieckich maruderach. Przecież nikt nie ma zamiaru do tych papierów pisać, że masz nielegalnie broń po wrogu, której spontanicznie użyłeś w naszej obecności. Za to grozi długoletnie więzienie". Na twarzy Mrozika pojawił się taki sam wyraz pogardy jak wtedy, kiedy z nami pił. "Kto się do nas zakradł nocą, Zygfryd?", kontynuowałem. "Ile tu wśród twoich sąsiadów jest reichsdeutschów, eingedeutschów, członków NSDAP, baltendeutschów, ile Volkssturmu, Hitlerjugend i volksdeutschów drugiej grupy?" "Jest koniec czerwca, tu się jeszcze po lasach mogą ukrywać niedobitki dziesiątego korpusu SS rozbite w walkach o Gdańsk", wtrącił Czarny. "Nic nie musisz teraz podpisywać, Zygfryd. W urzędzie powiatowym w Kościerzynie będziesz się meldował co tydzień lub dwa; my ich już poinformujemy, że jesteś swój chłop".
Mrozik milczał chwilę, a później chyba zaakceptował swoje położenie, niuchnął dwa razy łuskę, którą obracał w dłoni, i cisnął ją z całej siły przed siebie. "Amunicji potrzebuję". "Dostaniesz w Kościerzynie. Załatwimy to z powiatem, nie powinno być problemu. Ile chcesz: sto sztuk, dwieście?" "Błąkają się po terenie niedobitki Wehrmachtu, sporo ich się nawet ukrywa po lasach i chroni w niemieckich gospodarstwach. Ale w nocy to tutaj napady bandyckie najczęściej organizują żołnierze radzieccy i akowcy, ale czy to prawdziwi londyńczycy, czy tylko zwykli bandyci, zbędni ludzie z demobilu? Bękarty Polski takie? Kradną wszystko jak leci i mówią, że to na potrzebę, bo wojna w kraju będzie znów". "Nie będzie, Mrozik, nie bójcie się", wtrącił Rauch. (...) Mrozik zerknął na mnie z ukosa, a potem ciągnął dalej, jakby to mówienie sprawiało mu ulgę. "Dwa tygodnie temu przyjechał z obozu jenieckiego, z Górnego Śląska, Ellert Karol. Brał czynny udział w mordowaniu i wywożeniu Polaków. Należał do SS, był w stopniu scharführera. Tu niedaleko go teściowie w Lubaniu przyjęli, w pobielonym domu pośrodku wsi". "Polacy?" "Też Niemcy". "Skąd o tym wiesz?" "Listonosz Karol Zięba podobno z ciekawości zajrzał do listu. Ellert co kilka dni do swojej żony pisze. Ona teraz jest w Niemczech, po stronie aliantów. Podobno Ellert podejmuje starania, żeby do niej wyjechać. Ten Zięba to zna niemiecki jeszcze sprzed wojny". "A dziś w nocy, kto chciał ci konia rąbnąć? Jakie szwabskie ku**y?" "Tydzień temu Zdzisiowi Malinowskiemu dwa konie ukradli. Zdążył jednego złodzieja trafić w ramię i przesłuchać. Stanął nad nim, ale gówniarz nawet z przyłożoną do głowy strzelbą nie potrafił słowa po polsku wydusić. Tylko »nicht schiessen«. Dziś w nocy to pewnie te same szczeniaki z Hitlerjugend. W czasie wojny ich tu z Rzeszy zasiedlili, a jak front przechodził, to się schowali pod mamusine spódnice. I teraz dopiero wyłażą. Ile to może mieć lat, czternaście, piętnaście?" "Malinowski dobił tego koniokrada?", zapytałem spokojnie, a Mrozik zapalił papierosa, podrapał się w głowę i widać było, że za dwieście sztuk amunicji to już zeznał wszystko. "Ja bym dobił". Splunąłem, a później kazałem swoim ludziom pakować się do dżipa. (...)
Jechaliśmy do tego Lubania w milczeniu; wiedzieliśmy, jak powinna wyglądać cała procedura dochodzeniowo-śledcza. W sprawie Ellerta należało sporządzić wniosek do powiatowego urzędu w Kościerzynie, który najpierw ustosunkuje się do sprawy i przeprowadzi wstępne dochodzenie, a potem przekaże je nam. Następnie urząd wojewódzki winien wysłać funkcjonariusza na Górny Śląsk. Ten - odnalazłszy świadków - powinien skontaktować się z Rosjanami i zebrać pełen materiał dowodowy, dzięki czemu sprawę będzie można przekazać prokuraturze, jeżeli tylko towarzysze radzieccy nie będą mieli z SS-Scharführerem Ellertem własnych porachunków.
Dom stał zaraz za wjazdem do miasteczka, tak jak go Mrozik opisał. Przejechaliśmy przed nim dwa razy, a później zatrzymaliśmy samochód w małym zagajniku. Mundury, wydobyte z przejętych w kwietniu magazynów Wehrmachtu, woziliśmy pod siedzeniami. SS-Scharführer odpowiadał stopniowi młodszego sierżanta. Podoficerowie i szeregowcy sztafet szturmowych wywodzili się zazwyczaj z niższej klasy średniej: sklepikarzy, księgowych i handlarzy. Byli przeznaczeni do czarnej roboty. Po zmroku weszliśmy na podwórko, zapukaliśmy, przedstawiliśmy się jako maruderzy z 2 Armii Dietricha von Sauckena, rozbitej przez Sowietów na początku lutego, a kiedy potwierdził nam swoje nazwisko i powiedział, że w domu nie ma nikogo więcej, podciąłem go jednym kopnięciem. Jakub Rauch wyjął z kabury bagnet i płynnym ruchem rozciął Ellertowi koszulę, a później, kiedy wszystkim nam mignęło wytatuowane granatowym tuszem "O" pod ramieniem, po prostu cały ten bagnet zanurzył w jego pasze. Esesman kwiknął jak zarzynane prosię, więc Czarny stanął mu na głowie, na wypadek gdyby miało się to przerodzić w darcie mordy. Kiedy ciało hitlerowca przestało dygotać, wciągnęliśmy je w głąb sieni, zamknęliśmy za sobą drzwi i spokojnym krokiem wróciliśmy do samochodu. Jeżeli dla tych, którzy mieli go znaleźć, rana pod pachą nie byłaby czytelną wskazówką, nie otrzymaliby żadnej innej. Nie zamierzaliśmy nikogo zastraszać, przeciwnie - chodziło o skuteczne wyłapanie tak wielu spośród nich, jak tylko się dało.
Po dwóch dniach nieobecności w centrali mogliśmy wracać do Gdańska.
Posłuchaj: