"To nie my będziemy cierpieć w pierwszej kolejności". Naukowiec bez ogródek o zmianach klimatu
Klimatolodzy stracili resztki optymizmu - o ile jeszcze je mieli. Tak wynika przynajmniej z bezprecedensowej ankiety, którą rozesłał do naukowców dziennik "The Guardian". Gazeta skontaktowała się ze wszystkimi autorami i autorkami raportów Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu. Spośród 843 naukowców odpowiedziało 380. Dostali oni między innymi pytanie: czy uważasz, że ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5°C względem ery przedprzemysłowej będzie możliwe do utrzymania?
Prawie 80 proc. respondentów odpowiedziało, że nie. Przewidują oni, że średnia temperatura na Ziemi wzrośnie o co najmniej 2,5°C - co oznacza niedające się przewidzieć anomalie pogodowe, fale gorąca i braki wody oraz żywności. Poproszeni o dodatkowe komentarze, naukowcy stwierdzili, że szykuje nam się przyszłość 'półdystopijna': pełna głodu, konfliktów i masowych migracji, napędzanych pożarami, powodziami i burzami o niespotykanej dotąd intensywności. Wielu ekspertów stwierdziło, że czują beznadzieję, wściekłość i strach z powodu braku działań rządów.
Redaktor "The Guardian" widział w ich odpowiedziach "przytłaczające uczucie frustracji, rozpaczy i bezsilności". Spowodowane głównie tym, że ich apele są ignorowane przez decydentów. Ale też tym, że muszą jakoś żyć z wizją tego, co czeka ludzkość. - Myślę, że dojdzie do poważnych zakłóceń społecznych w ciągu najbliższych pięciu lat - powiedziała Gretta Pecl z Uniwersytetu Tasmańskiego. - Rządy będą przytłoczone kolejnymi ekstremalnymi zdarzeniami, produkcja żywności zostanie zakłócona. Nie mogłabym czuć większej rozpaczy w obliczu przyszłości - dodała.
Napięcia, które odczujemy wszyscy
O to, czym jest spowodowana postawa naukowców - i jakie mogą być skutki przewidywanych przez nich zdarzeń - zapytaliśmy hydrologa, dr hab. inż. prof. AGH Mariusza Czopa z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH w Krakowie.
Anna Kiedrzynek, TOK FM: Podziela pan pesymizm ekspertów z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu?
Dr hab. inż., prof. AGH Mariusz Czop: Do pewnego stopnia tak.
Ziemi grozi zagłada?
Ziemi? Nie. Planeta sobie poradzi, nie rozpadnie się przecież. Nawet najbardziej niszczycielskie decyzje ludzi nie sprawią, że dojdzie do katastrofy, która zrujnuje całą przyrodę. Ona wcześniej czy później się odbuduje. Rzecz w tym, że my niszczymy siebie, naszą cywilizację. Jeśli szybko nie wymyślimy, jak poradzić sobie z globalnym wzrostem temperatury, w tym poprzez zahamowanie tempa jej wzrostu, to komfort życia, który znamy, będzie nie do utrzymania.
Może to jest metoda, którą powinni posługiwać się aktywiści? Zamiast apelować do sumień ludzi, to przekonywać, że nasze życie zmieni się na gorsze i to temu trzeba przede wszystkim przeciwdziałać.
Dokładnie tak. Często środowiska proekologiczne popełniają taki błąd, że nie pokazują fundamentalnego interesu człowieka w ochronie przyrody i środowiska. Ludziom mówią jedynie: musicie ponosić koszty i zdobyć się na wyrzeczenia. Dla zwykłego człowieka, zwłaszcza tu, na północy Europy, to może brzmieć jak herezja. On nie chce, żeby jego życie zmieniło się na gorsze w imię zachowania bioróżnorodności Amazonii, bo dla niego lasy deszczowe to abstrakcja. Konkretem jest jego własny styl życia, który w wyniku zmian klimatycznych może się dramatycznie zmienić.
Sceptyk pewnie by odpowiedział: "a co jest złego w tym, że w moim ogrodzie wyrosną pomarańcze"?
Pomarańcze, palmy i winnice - trudno się oprzeć takiej wizji dla Polski. Podobnej retoryki użył nawet ostatnio jeden z profesorów, który w Radiu Wnet przekonywał, że historia pokazuje następującą zależność: kiedy w średniowiecznej Europie było cieplej, następował rozwój cywilizacyjny. I faktycznie może stać się tak, że w wybranych miejscach na Ziemi, np. w krajach północnej Europy, pojawią się nowe możliwości rozwoju w związku z ociepleniem. Tylko co z tego, jeśli w większości miejsc na świecie będzie dużo gorzej? To wpłynie na destabilizację całego systemu.
Pogarszająca się dramatycznie sytuacja na globalnym Południu spowoduje wystąpienie napięć, które odczujemy wszyscy. Zresztą i pod naszą, uprzywilejowaną klimatycznie szerokością geograficzną, dotkną nas negatywne konsekwencje zmian klimatu. Weźmy coś tak oczywistego jak brak śniegu. Już teraz jest go mniej, a może być tak, że zniknie niemal zupełnie. To nie oznacza wyłącznie problemów dla górali żyjących z turystyki zimą, ale przede wszystkim może skutkować suszą. Bo opady śniegu znacznie lepiej nawadniają grunty niż ulewne deszcze. Śnieg topnieje powoli i "wsącza się" w glebę najbardziej efektywnie.
Ze skutkami susz borykamy się już teraz.
Dane dla Krakowa już pokazują wzrost średniej temperatury powietrza o ponad 1,5°C. Jest coraz mniej śnieżnych zim, a gdy śnieg się pojawia, to jego pokrywa jest cieńsza i szybko się topi. To oznacza problemy z plonowaniem, wyższe koszty uprawy roślin, potrzebę nawadniania upraw rolnych, zmianę całej gospodarki rolnej. I wreszcie - wzrost cen żywności.
A czy nie jest tak, że my z tymi wszystkimi problemami będziemy umieli sobie poradzić za pomocą rozwoju technologii?
Być może część negatywnych skutków globalnego ocieplenia da się w ten sposób zniwelować - ale to będzie kosztowało, i to niemało. Dlatego pojawi się podział: na tych, których będzie stać na zapewnienie sobie komfortu, i całą resztę. Jedni, widząc dramatyczny wzrost cen żywności, wzruszą ramionami i po prostu zapłacą więcej, dla innych to będzie katastrofa. Jedni, nie mogąc wytrzymać zbyt gorącego lata, zamontują sobie klimatyzację, inni nie, co bezpośrednio przełoży się nie tylko na jakość ich życia, ale też jego długość - bo upał zabija, zwłaszcza starszych i słabszych. Teraz balansujemy na krawędzi, gdzie w naszej części Europy jeszcze jakoś sobie w większości radzimy z tym gorącem. Ale za chwilę obawiam się, że radzić sobie będą tylko ci, których będzie na to stać.
Co się stanie z dostępnością do wody pitnej?
Zasoby wodne są rozłożone na Ziemi bardzo nierównomiernie. Obecny stan zmieni się w ten sposób, że ci, którzy już teraz mają mało wody, będą jej mieli jeszcze mniej. To może doprowadzić do ogromnych napięć społecznych, migracji, a nawet wojen. My, na północy, mamy rezerwuary wodne i być może rządy poszczególnych państw będą chcieć ich za wszelką cenę bronić. Natomiast te obszary, na których wody brakuje, staną się praktycznie niezdatne do życia dla ludzi.
Co się z nimi wtedy stanie? Gdzie wyruszą? Jak bardzo będą zdesperowani? Konflikty z wodą w tle to nie jest wcale pieśń przyszłości. Przykładowo, w Chinach występuje ogromny deficyt wody. Na jednego mieszkańca Pekinu przypada mniej wody niż na mieszkańca Arabii Saudyjskiej. W celu zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 2018 roku władze chińskie zabierały wodę rolnikom, żeby wyprodukować sztuczny śnieg. Informacje o protestach z tego powodu przebiły się do mediów pomimo cenzury i kontroli całego społeczeństwa.
W tej dystopijnej wizji przyszłości, którą pan kreśli, pojawia się też na pewno głód. Boi się pan tego?
Osobiście nie, ponieważ - wbrew temu, że lubimy sobie na Polskę ponarzekać - jesteśmy w skali świata krajem bogatym. I ja, i pani, jesteśmy znacznie zamożniejsi od chłopaka czy dziewczyny zatrudnionych w szwalni w Bangladeszu. Powiedzmy sobie wprost: głód będący wynikiem zmian klimatycznych dotknie w pierwszej kolejności ich, nie nas. U nas dotknie co najwyżej tych najsłabszych, bo nawet w najbardziej rozwiniętych krajach są przecież wciąż ludzie żyjący w ubóstwie.
Bogaci dobrze to wiedzą i dlatego nie spieszą się aż tak do tego, by coś zmienić. I pod słowem "bogaci" rozumiem też taką typową klasę średnią. Im ktoś będzie zamożniejszy, tym większa jest szansa, że status quo dla niego pozostanie nienaruszone. Nawet jeśli tysiąc kilometrów dalej na południe będą szalały pożary, powodzie, a na północy wzrosną ceny żywności, bo trzeba będzie zacząć masowo nawadniać uprawy.
Przez to pewnie jeszcze bardziej spada nasza - tu, na bogatej północy - motywacja do tego, by naciskać na polityków w sprawie ograniczenia emisji CO2. To bardzo pesymistyczny wniosek.
Tak, a do tego ludzie zaczynają się burzyć: dlaczego my, mieszkańcy UE, mamy stosować się do restrykcyjnych zasad i ponosić koszty Zielonego Ładu, podczas gdy reszta świata w ogóle się tym nie przyjmuje, a zużycie węgla rośnie? W Europie spada, owszem. Ale świat zużywa węgiel w gigantycznych ilościach - już prawie 9 miliardów ton rocznie. Chiny zużywają 10 razy więcej niż Europa, Indie prawie dwa i pół raza więcej, ale ich zużycie rośnie, i pewnie za parę lat dogonią państwo środka. Ten proces wydaje się nie do zatrzymania. Stąd bierze się pewnie pesymizm tak dużej części naukowców.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>