,
Obserwuj
Świat

Dlaczego oni dalej siedzą w lesie? "Nie jesteśmy impregnowani na to, co się dzieje"

4 min. czytania
13.06.2024 07:19
- Wiem, że wśród osób migrujących są osoby, które mogą mieć skłonność do przemocy, do tego są w dramatycznej sytuacji życiowej, bo walczą o przetrwanie. Natomiast, w mojej ocenie, to właśnie te osoby są najwiekszymi ofiarami przemocy - mówi w TOK FM Marianna Wartecka z Fundacji Ocalenie.
|
|
fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Rozmawiamy z Marianną Wartecką, członkinią zarządu Fundacji Ocalenie - organizacji, która od początku kryzysu na polsko-białoruskiej granicy jest zaangażowana w pomoc migrantkom i migrantom. Marianna jest na granicy regularnie, uczestniczy w interwencjach w lasach Podlasia. "Nie twierdzę, że wśród osób przekraczających granicę nie ma ludzi skłonnych do przemocy czy agresywnych. Są na pewno - jak w każdej ludzkiej grupie. Są to zresztą osoby w dramatycznej sytuacji, walczące o przetrwanie (...). Ale są to ludzie i są to cywile. Nawet jeśli są wykorzystywani przez Rosję i Białoruś do destabilizowania sytuacji na granicy, to w dalszym ciągu nie czyni ich armią. To oni są ofiarami tych (i innych) reżimów" - napisała kilka dni temu na Facebooku aktywistka.

TOK FM: Ze strony polskich władz słyszymy, że nasze granice muszą być bezpieczne, że mamy presję migracyjną, dlatego wprowadza się strefę zamkniętą. Doszło też do ataku na żołnierza, który potem zmarł.

Marianna Wartecka, Fundacja Ocalenie: Zaskakuje mnie, jak bardzo odwrócona jest przez stronę rządową narracja o tym, co się dzieje na granicy. I w żaden sposób nie chcę negować tego, że przypadki agresji wobec służb się zdarzają. Są nagrania, zmarł żołnierz zaatakowany nożem. Nie próbuję podważać faktów ani dyskutować z rzeczywistością. Wiem, że wśród osób migrujących są ludzie, którzy mogą mieć skłonność do przemocy, do tego są w dramatycznej sytuacji życiowej, bo walczą o przetrwanie, co zwiększa ryzyko wystąpienia zachowań przemocowych. Natomiast w mojej ocenie to właśnie te osoby są największymi ofiarami przemocy - zarówno systemowej, bo Polska wielu z nim odmawia prawa do ochrony międzynarodowej na swoim terytorium, jak i fizycznej. 

Ukrainka miała dość 'szmaty w ręce i dłoni Polaka na tyłku'. Idzie na wojnę

O tym się teraz w ogóle nie mówi: o wyrzucaniu ludzi z powrotem na Białoruś, o ich obrażeniach, wycieńczeniu czy chorobach.

Bardzo bym nie chciała toczyć pojedynku na liczby, bo to niestosowne, natomiast przypomnę, że na polsko-białoruskiej granicy - od początku kryzysu - śmierć poniosło wiele osób w drodze. Żadna z tych śmierci nie była odpowiednio potraktowana i nie była dostatecznie nagłaśniana. Te przypadki nie spotykały się z potępieniem czy chęcią wyjaśnienia ze strony władzy. Dlatego dziwi mnie odwrócenie narracji o sytuacji, która ma tam miejsce. Bo rzeczywistość wygląda tak, że to osoby w drodze mają tam najtrudniej. To są ludzie, którzy wiele dni siedzą w lesie, piją wodę z bagien, później mają ciężkie problemy żołądkowe i inne problemy zdrowotne. 

Zaczyna obowiązywać strefa zamknięta na granicy z Białorusią. Jak ją oceniasz? Byłaś na Podlasiu wielokrotnie, również wtedy, gdy istniała poprzednia strefa, wprowadzona przez rząd PiS. To pomoże zatrzymać migrację?

Nie wiem na ile organizacje społeczne niosące pomoc humanitarną będą mogły to dalej robić. Nie neguję zasadności wprowadzania jakichś nowych środków ochrony na tej granicy. To nie jest tak, że organizacje, które są i pomagają na Podlasiu, są impregnowane na to, z czego ta sytuacja tam wynika, kim są główni "aktorzy", którzy stoją za otwarciem tego szlaku migracyjnego czy jakie jest nastawienie Białorusi i Rosji do Polski w tej chwili. My to wiemy. Natomiast trudno mi odpowiedzieć, czemu ta strefa ma służyć i czy jest zasadna. Mam obawę, że - tak jak przy poprzednich strefach - wprowadzenie także tej strefy ma służyć przede wszystkim temu, aby zminimalizować informacje, które z tego miejsca docierają do społeczeństwa. 

Jak dziś wygląda sytuacja na polsko-białoruskiej granicy, gdyby porównać ją z początkiem kryzysu humanitarnego, prawie trzy lata temu?

Zauważamy zasadniczą różnicę - w tej chwili wiele osób, więcej niż kiedykolwiek, prosi nas o pomoc w wezwaniu służb. To ludzie, którzy nie planują dalszej drogi i chcą starać się w Polsce o ochronę międzynarodową. To jest ogromna różnica. Ona wpływa na naszą pracę w sposób zasadniczy, ponieważ czas oczekiwania na przyjazd funkcjonariuszy - zakładam, że mają bardzo dużo pracy - bardzo się wydłużył. I my kilka czy kilkanaście godzin - a słyszałam nawet o 24 godzinach - spędzamy w lesie z tymi ludźmi, czekając na służby. Wykonujemy wtedy wszystkie swoje czynności - mamy zupę dla osób w drodze, inne jedzenie, suche ubrania do przebrania się. Jeśli potrzeba, pomagamy też medycznie. Podpisujemy z nimi pełnomocnictwa do reprezentowania ich w trakcie procedury ubiegania się o status uchodźcy i czekamy. I to też stoi w ogromnej sprzeczności do tej publicznej narracji, jak wielkim zagrożeniem są ci ludzie na pograniczu. Zakładam, że gdyby rzeczywiście służby zakładały, że te osoby są niebezpieczne, agresywne, przemocowe, że są zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski, to jednak funkcjonariusze pojawialiby się zdecydowanie szybciej. 

A jeśli chodzi o liczbę osób na polsko-białoruskiej granicy, które potrzebują wsparcia?

Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę interwencji podejmowanych na granicy przez większość organizacji, które tu są, to mam poczucie, że dziś osób w drodze jest więcej i więcej z nich potrzebuje pomocy.