Oni wchodzą do strefy jako jedyni. Kogo napotykają? "Te spotkania nie są przyjemne"
Na granicy polsko-białoruskiej od 13 czerwca obowiązuje tzw. strefa buforowa. Nie mają do niej wstępu m.in. aktywiści, którzy od początku kryzysu humanitarnego pomagają migrantom i migrantkom w lasach. Zgodnie z zapowiedziami rządzących mieli dostawać zgody od Straży Granicznej na wejście do strefy, ale - jak mówią - nie dostają. Wyjątkiem są Lekarze Bez Granic - międzynarodowa organizacja, która niesie głównie pomoc medyczną.
Jak przekazała nam Joanna Ładomirska, główna koordynatorka z Lekarzy bez Granic, zgoda na wejście do strefy została im udzielona tylko na 30 dni i tylko przez dwóch komendantów - w Narewce i w Dubiczach Cerkiewnych. - Co ciekawe, w tym samym czasie dostaliśmy odmowę z dwóch innych placówek Straży Granicznej - z Białowieży i z Czeremhy. Czyli do części strefy możemy wchodzić, gdy jest taka potrzeba, by nieść pomoc, a do pozostałej części - nie mamy wejścia. Mimo że nasze wnioski do tych czterech placówek były identyczne. Trudno nam to zrozumieć, dlaczego jedni powiedzieli 'tak', a inni 'nie' - rozkłada ręce Ładomirska.
Od początku działania strefy Lekarze Bez Granic pomogli 30 pacjentom. - W tej grupie było siedem kobiet i dwoje dzieci - wylicza.
Jakiej pomocy potrzebują migranci?
Interwencje lekarzy były bardzo różne. - W lecie nie mamy oczywiście hipotermii, ale są inne sytuacje. Mamy osoby całkowicie wycieńczone, przestraszone, które mają urazy fizyczne, ale też psychiczne z powodu przemocy, której doświadczyły. Spotkaliśmy też mężczyznę, który miał podejrzenie złamania palców stopy, ale miał też dziwnie wyglądające siniaki. Powiedział, że było to spowodowane tym, że na granicy strzelano do niego jakimiś plastikowymi czy kauczukowymi kulami. Mieliśmy też osobę z mocno zakażoną raną. Potrzebowała bardziej specjalistycznej pomocy, została przekazana Straży Granicznej. I potem dowiedzieliśmy się, że wywieziono ją ponownie na Białoruś - opowiada Ładomirska.
Jak dodaje, na pograniczu jest trzech ratowników z Lekarzy Bez Granic, którzy chodzą do lasów w strefie. Formalnie zajmują się pomocą medyczną, ale w dzisiejszej sytuacji - gdy jest to konieczne, bo inni do strefy wejść nie mogą - dostarczają też pomoc humanitarną: wodę, leki, jedzenie, ubrania, ładowarki. Podkreślają jednak, że nie są w stanie zaoferować migrantom takiej pomocy, jakiej oni potrzebują. - Nasz ratownik - idąc do lasu na interwencję - jest w stanie wziąć wodę czy jedzenie dla jednej osoby, ale jeśli potrzebujących jest więcej, bo mamy do czynienia z jakąś grupą, to nie ma na to szans - mówi koordynatorka.
Samozwańczy "obrońcy granicy"
Lekarze Bez Granic podjęli decyzję, że wchodzą do strefy wyłącznie wtedy, gdy na dworze jest jasno. Ladomirska podaje, że to ze względów bezpieczeństwa. Nie kryje, że w ostatnim czasie natknęli się już na "ochotników", którzy sieją nienawiść i sprzeciwiają się pomaganiu cudzoziemcom.
- Spotkaliśmy już te samozwańcze grupy, złożone z cywilów, które nazywają się "obrońcami granicy". Spotkania nie są miłe. Padają pytania, kim jesteśmy, co robimy, dlaczego się tym zajmujemy. Agresja - również do nas - wzrasta. W naszym kierunku lecą obelgi, bardzo nieprzyjemne słowa. Dlatego podjęliśmy decyzję, że nie wchodzimy do strefy w nocy. Obawiamy się o bezpieczeństwo naszych medyków. Boimy się, że może się stać coś złego - mówi TOK FM Ładomirska. - W ostatnich tygodniach jest dużo trudniej nieść pomoc. I nie chodzi tylko o wprowadzenie strefy, ale też o słowa, które padają w kontekście sytuacji na granicy. Jest to pogłębiająca się dehumanizacja migrantów i migrantek. Widzimy też dużo większą liczbę żołnierzy i innych służb mundurowych z bronią w ręku, którzy też bardzo różnie w stosunku do nas się zachowują - dodaje gościni TOK FM.
Jako że formalnie tylko Lekarze Bez Granic mogą wejść na teren strefy, to do nich często zwracają się osoby migranckie, które chcą złożyć wniosek o ochronę międzynarodową. Jak słyszymy, takich sytuacji jest teraz o wiele więcej niż wcześniej. - Jeśli osoba mówi, że chce prosić o azyl, informujemy o tym Straż Graniczną. I zawsze czekamy z taką osobą czy osobami na przyjazd straży, by mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Choć wiemy, że nie zawsze te prośby są wzięte pod uwagę - dodaje nasza rozmówczyni.
Raport o sytuacji na granicy
W czwartek Grupa Granica opublikowała raport na temat kryzysu humanitarnego na pograniczu. Dokument został przygotowany przez Stowarzyszenie We Are Monitoring (Grupa Granica) oraz Helsińską Fundację Praw Człowieka pod tytułem "Mamy tu tylko jedną wojnę: imigrację, ciebie. Polityka push backów i przemocy służb na granicy polsko-białoruskiej". Powstał na podstawie analizy świadectw udzielonych badaczom przez osoby, które przekroczyły granicę polsko-białoruską w okresie od stycznia do czerwca 2023 roku.
Z raportu wynika, że polskie władze łamią prawo i postępują niehumanitarnie. "Tak, prosiłem o azyl w Polsce, ale jeden z żołnierzy uderzył mnie i powiedział 'Nie chcemy uchodźców' - opowiada w raporcie pan Nasir z Syrii.
"Jak nas zawrócili do zakazanej strefy, spryskali nas gazem pieprzowym przy płocie granicznym i zepsuli nam telefony. Rozpalili ogień, otworzyli nasze plecaki, wyrzucili ich zawartość i włożyli rzeczy do ognia. Potem oddali nam plecaki po tym, jak ukradli nam jedzenie, wodę i zepsuli telefony" - to z kolei opowieść pana Jamala.
W sumie w raporcie znajdziemy relacje 38 osób, które opowiedziały badaczom i badaczkom o swoich doświadczeniach na granicy polsko-białoruskiej. Cały dokument jest już dostępny w internecie.