"Pobicia, siniaki, pogryzienia przez psy". Na polsko-białoruską granicę wróciła strefa buforowa
Na polsko-białoruskiej granicy znów obowiązuje strefa buforowa. Rząd wprowadził ją ponownie na kolejne 90 dni. Do strefy nie mają wstępu dziennikarze, ale przede wszystkim - aktywiści i wolontariusze, którzy od ponad trzech lat pomagali ludziom w lasach.
"Dalej działamy i dalej pomagamy"
Oficjalnie nie wchodzą, ale nieoficjalnie - cały czas pomagają. - Dla nas wprowadzenie tej strefy jest niezgodne z konstytucją, dlatego dalej działamy i dalej pomagamy osobom w drodze - mówi jedna z aktywistek. Na wątpliwości konstytucyjne zwracał też uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Wskazywał, że strefę wprowadzono rozporządzeniem, a - jeśli już - to powinno być to zrobione na mocy ustawy.
Aktywiści zwracają też uwagę na to, o czym od dawna mówią specjaliści od prawa karnego, czyli że pomaganie jest legalne. - Trudno, by nie odpowiedzieć na apel o pomoc od kogoś, kto jest w lesie, głodny, wycieńczony, chory, ma mokre ubrania. Gdzie byłoby moje człowieczeństwo, gdybym powiedziała: 'Nie, nie przyjdziemy'? - dodaje nasza rozmówczyni (woli pozostać anonimowa).
Do strefy - jako jedyni oficjalnie - wchodzą Lekarze bez Granic. - Strefa buforowa nie może zatrzymać pomagania na granicy. Tam są ludzie, którzy nas potrzebują i naszego wsparcia - mówi Joanna Ładomirska, główna koordynatorka Lekarzy bez Granic. Dodaje też, że nie rozumie działań obecnej władzy. - Nie mogę tego pojąć, że te osoby, które mówiły i mówią, że są za prawami człowieka, w swoim własnym kraju decydują o rzeczach, które są kompletnie temu przeciwne - dodaje gościni TOK FM.
Przy pierwszych 90 dniach obowiązywania strefy, Lekarze bez Granic dostali zgody na wejście z trzech (spośród czterech) placówek Straży Granicznej, które są w strefie. Obecnie, mają zgody tylko z dwóch. - Nie rozumiemy tego podejścia. Dwie placówki od razu odpowiedziały 'tak, proszę się stawić po zezwolenie na wejście do strefy', a dwie pozostałe - nie. To kompletnie niejasne, jak to możliwe, że są tak arbitralne, różne decyzje, na podstawie tych samych przepisów - mówi Joanna Ładomirska.
To, co zauważają aktywiści, to fakt, że coraz więcej interwencji mają poza strefą - m.in. w okolicach Augustowa, czyli ponad 170 km od Białowieży czy Hajnówki. Widać, że cudzoziemcy wiedzą, jak jest i próbują dostać się do Polski przez tereny poza strefą. - Dlatego staramy się przenieść tam naszą bazę, by być bliżej tego miejsca, z którego są obecnie wezwania o pomoc - mówi gościni TOK FM.
Jakie wezwania dostają lekarze?
Problemów, z którymi zgłaszają się cudzoziemcy z lasu, jest wiele. - Pacjenci mają bardzo dużo głębokich ran, które są związane z przekraczaniem concertiny (drut graniczny - przyp. red.). Zimą mamy dużo przypadków hipotermii, a latem - odwodnienia. To są te przypadki, gdy osoby z powodu upałów piją wodę z bagien czy z rzeki i zakażają się nią, mają wymioty, zatrucia. Mamy też bardzo dużo przypadków tzw. stopy okopowej (opuchnięte, często odmrożone stopy, wystawione na wiele godzin na zimno i wilgoć - przyp. red.). Wiele jest też urazów związanych z agresją, czyli pobicia, siniaki, pogryzienia przez psy. Te oznaki po agresji to ponad połowa naszych pacjentów - opowiada Joanna Ładomirska w rozmowie z TOK FM.
W zeszłym roku Lekarze bez Granic pomogli na Podlasiu 232 pacjentom, w tym roku - 160 osobom. Starają się nie chodzić do lasu w nocy, z obawy o swoje życie czy zdrowie. - Mieliśmy jedną bardzo nieprzyjemną sytuację, związaną z agresją w stosunku do nas, z przedstawicielami służb. A uznajemy, że bezpieczeństwo naszych ratowników jest kluczowe. Stąd decyzja, by chodzić wtedy, gdy jest widno - opowiada Ładomirska. Jak dodaje, w lasach Podlasia czasami słychać strzały. - Też nie wiemy, kto strzela, do kogo i czy nam nic w tym momencie nie zagraża - tłumaczy.
Proces za pomaganie
Kryzys humanitarny na polsko-białoruskim pograniczu wciąż trwa. Już wiemy, że w styczniu ruszy proces za pomaganie na granicy. To będzie precedensowa sprawa przed sądem w Hajnówce. Sąd właśnie wyznaczył termin pierwszej rozprawy.
Chodzi o akt oskarżenia, który prokuratura skierowała przeciwko czworgu aktywistów z Podlasia i jednej z mieszkanek tego terenu, o czym pisaliśmy na naszym portalu. Czwórka aktywistów została zatrzymana w marcu 2022 roku. Pomogli wieloosobowej rodzinie z Iraku wydostać się z lasu - w grupie było siedmioro dzieci. Prokuratura postawiła im zarzut organizowania nielegalnego przekraczania granicy i wystąpiła o areszt. Sąd się na to wtedy nie zgodził.
Aktywiści mają odpowiadać z art. art. 264a Kodeksu karnego: 'Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, umożliwia lub ułatwia innej osobie pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej wbrew przepisom, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do lat pięciu'. Obrońca całej piątki mecenas Radosław Baszuk mówił w TOK FM, że nie może być tak, że kryminalizuje się pomaganie. Oskarżeni nie przyjęli od migrantów żadnych pieniędzy - nie ma o tym mowy ani w akcie oskarżenia, ani w jego uzasadnieniu. Przekazali potrzebującym jedzenie i ubrania, a także przewieźli ich kilkanaście kilometrów od granicy.