"Jestem wkurzona. Państwo chce zrobić z nas przestępców". To pierwszy taki proces w Polsce
- 28 stycznia przed Sądem Rejonowym w Hajnówce rozpocznie się proces pięciorga aktywistów za pomaganie cudzoziemcom w lesie.
- Wśród oskarżonych jest pani Ewa - mieszkanka Podlasia i cztery inne osoby, które przyjechały na granicę z innych części Polski.
- Aktywiści są zaskoczeni, że za pomoc drugiemu człowiekowi przyszło im odpowiadać przed sądem. - Państwo próbuje zrobić z nas kozły ofiarne - mówi jedna z kobiet. Obawiają się, że proces zadziała odstraszająco na inne osoby, które wciąż pomagają na Podlasiu.
- 28 stycznia o godz. 10.30 przed sądem w Hajnówce odbędzie się demonstracja solidarnościowa z osobami, które niosą pomoc na Podlasiu.
Rodzina Ewy Moroz-Keczyńskiej od pokoleń mieszka na Podlasiu. Kobieta zna tutejsze okolice jak własną kieszeń. - Nigdy się nie spodziewałam, że moja puszcza może brzmieć w tak wielu językach. Gdy zaczęli się pojawiać uchodźcy, dla nas [mieszkańców] była to sytuacja "dziwna", zaskakująca. Nikt nie był na to przygotowany. Wiedziałam jednak, że jeśli ktoś prosi mnie o pomoc, to zawsze pomogę, bo tak trzeba - stwierdza. Wspomina, że przed laty jej dziadkowie - właśnie na Podlasiu - też doświadczyli bieżeństwa - musieli uciekać, tułali się i głodowali, i też ktoś im pomagał. - Wielu z nas w historiach tych cudzoziemców, którzy zaczęli się u nas pojawiać, po prostu widziało swoje rodzinne historie - dodaje w rozmowie z TOK FM mieszkanka.
Pierwszy taki proces w Polsce
Pani Ewa jest jedną z osób, które 28 stycznia mają stanąć przed Sądem Rejonowym w Hajnówce za pomaganie cudzoziemcom w lesie. Cztery pozostałe osoby to aktywiści, którzy przyjechali na Podlasie z różnych części kraju. To będzie pierwszy taki proces w Polsce.
Czwórka aktywistów ma odpowiadać za czyny z art. 264a §1 Kodeksu karnego, które - według prokuratury - miały polegać na tym, że oskarżeni "22 marca 2022 r. wspólnie i w porozumieniu, w celu uzyskania korzyści osobistych dla obywatela Egiptu i obywateli Iraku, ułatwili wskazanym osobom pobyt na terytorium RP wbrew przepisom, przewożąc ich w głąb kraju''. To "w głąb kraju" oznaczało kilkanaście kilometrów od granicy, a pomagano m.in. siódemce dzieci.
Pan Ewa ma nieco inny zarzut związany z tym, że "w okresie od 20 do 22 marca 2022, w celu osiągnięcia korzyści osobistej dla obywatela Egiptu i obywateli Iraku, ułatwiła wskazanym osobom pobyt na terytorium RP wbrew przepisom, poprzez dostarczanie im pożywienia oraz ubrań podczas ich pobytu w lesie, oraz udzieliła im schronienia i odpoczynku, a nadto w dniu 22 marca 2022 przewiozła ich w głąb kraju''. Mówiąc prościej - kobieta ma odpowiadać za to, że dostarczyła 10-osobowej grupie, w tym siedmiorgu dzieciom - pomoc humanitarną. Grupa tych cudzoziemców - jak wspominają aktywiści - spędziła w lesie wiele dni bez jedzenia, wody i ciepłej odzieży, byli w stanie skrajnego wyziębienia i wyczerpania.
Pani Ewa nie kryje, że sprawa, której dotyczy akt oskarżenia, była jedną z wielu interwencji, w jakie się zaangażowała. - Już nawet nie pamiętam ich dokładnie - wzrusza ramionami. - Jestem osobą zadaniową. Trzeba pomóc, to pomagam i odchodzę - kwituje. Z drugiej strony przyznaje, że dla kogoś, kto mieszka w tym rejonie i uchodźców spotyka często, to "trudna codzienność". Nie można wrócić do siebie - innego miasta czy województwa - i zapomnieć. Szczególnie emocjonalnie wymagające, jak mówi pani Ewa, są spotkania z dziećmi, których zwłaszcza w latach 2021 i 2022 było na pograniczu dużo.
'Państwo zrobiło z naszej piątki kozły ofiarne'
Mariusz Chyżyński pochodzi z Zamojszczyny. Przyjechał na Podlasie w 2021 roku, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze informacje o cudzoziemcach w Puszczy Białowieskiej. - Na co dzień mieszkam za granicą, wcześniej byłem zaangażowany w pomoc migrantom na Bałkanach i w Grecji. Pomyślałem, że skoro to się dzieje u nas, w Polsce, w moim kraju, to może się przydam. Chciałem z jednej strony pomóc osobom w lasach, a z drugiej - mieszkańcom Podlasia, choć trochę ich odciążyć - opowiada.
Aktu oskarżenia się nie spodziewał. - Nigdy nie miałem problemów z prawem. Nawet mandatu za przekroczenie prędkości nigdy nie dostałem, a tu nagle zarzuty karne. Nie czuję się żadnym kryminalistą, choć państwo próbuje mnie w tę rolę wtłoczyć. Ja po prostu przyjechałem pomóc - dodaje.
Nie ukrywa, że cała historia wywarła na nim efekt mrożący. - Oczywiście dalej uważam, że ludziom na granicy trzeba pomagać. Natomiast w pewnym sensie władzy udało się mnie zastraszyć. Nie pomagam już bezpośrednio, ale wpłacam pieniądze dla tych, którzy tam są. Staram się pomagać w inny sposób - tłumaczy.
Na ławie oskarżonych zasiądzie też pani Kamila (prosi o niepodawanie nazwiska), która przyjechała na Podlasie z Poznania. - Dostaliśmy sygnał od mieszkańców, że państwo nic nie robi, a potrzeba pomocy, więc się zmobilizowaliśmy i pojechaliśmy. Chcieliśmy pokazać, że są w Polsce ludzie, którzy wiedzą, czym jest człowieczeństwo - wspomina. - Z historią, jakiej doświadczył nasz naród, mamy obowiązek pomóc drugiemu człowiekowi w potrzebie, a nie zostawić go samego na pastwę puszczy - dodaje nasza rozmówczyni.
Nie ukrywa emocji. - Jestem wkurzona i zdenerwowana, bo państwo chce zrobić z nas przestępców, stawiając nam tak abstrakcyjne zarzuty - kręci głową. - To jest tym bardziej absurdalne, że za nieudzielenie pomocy również mogą zostać postawione zarzuty, a przecież my tej pomocy udzieliliśmy. Rodzi się więc pytanie, co by było, gdybyśmy przeszli obojętnie, a cudzoziemcy by w tym lesie umarli, tak jak umierały inne osoby na Podlasiu? - pyta retorycznie nasza rozmówczyni. - Państwo zrobiło z naszej piątki kozły ofiarne i próbuje pokazywać, że pomoc jest nielegalna - dodaje.
W klapkach przez granicę
Nasi rozmówcy podkreślają, że spotkań z migrantami i migrantkami w lasach było wiele. - Widzieliśmy ludzi w klapkach, którzy jesienią czy zimą przechodzili w nich przez granicę. Pamiętamy osoby, którym kłamliwie wmówiono, że zaraz po przejściu granicy z Białorusią będą Niemcy. Pamiętamy też osoby, które były pewne, że wystarczą dwie godziny marszu przez las i już będą "w domu", że Polska im pomoże. Rozmawialiśmy też z osobami, które były przekonane, że jak poproszą w Polsce o ochronę międzynarodową, to od razu ta procedura wobec nich zostanie rozpoczęta - wspomina dalej pani Kamila.
Jak dodaje, wtedy - na początku kryzysu humanitarnego - w ludziach była jeszcze nadzieja. - Bo nie było tylu osób, wobec których stosowano push-backi, nie było takiej przemocy ze strony funkcjonariuszy. Te osoby myślały, że przyjdą do nas, a my się nimi zaopiekujemy. Że dostaną to, na co w swoich krajach liczyć nie mogli: sprawiedliwość, przestrzeganie prawa, procedury, wsparcie, prawa człowieka. Trudno im było uwierzyć, że jest inaczej - tłumaczy aktywistka w rozmowie z TOK FM.
Podkreśla, że osoby uchodźcze przy aktywistach "czuły się bezpiecznie". - Łapały nas za ręce i mówiły ''proszę, nie zostawiaj mnie, ja się boję tutaj zostać sam". To były bardzo ciężkie sytuacje. Wychodziliśmy z założenia, że pomoc jest naszym obowiązkiem, jako ludzi - podkreśla pani Kamila.
'Przeraża mnie, że prawo do życia nazywa się 'korzyścią osobistą''
Jedną z oskarżonych jest też Asia (również prosi o niepodawanie nazwiska). - Przyjechałam na Podlasie z centralnej Polski. To, co tam zastałam, to ogromna ludzka solidarność. Niektórzy nie chodzili do lasu, ale przyjechali, by gotować posiłki, sprzątać przestrzenie, w których mieszkały osoby aktywistyczne. Byli też tacy, którzy zapraszali pomagających na granicy na przykład na masaże - by ci mogli choć chwilę odetchnąć. Wspierali je również pomocą psychologiczną - wspomina nasza rozmówczyni.
Z zarzutami, tak jak inni, się nie zgadza. - Przeraża mnie, że w tym momencie prawo do życia, prawo do godności, prawo do zdrowia, ale też do takich podstawowych rzeczy jak ciepło, posiłek, woda, suche ubranie - to wszystko, w ocenie prokuratora, staje się pewnym rodzajem "korzyści osobistej" a nie podstawowym prawem człowieka - dziwi się Asia. - Przeraża mnie, jak szybko ta tendencja - którą nazwałabym faszyzacją debaty publicznej - w naszym kraju postępuje. Za kilka lat możemy się obudzić w czasach, które postrzegamy jako dawne, czyli lata 30-te XX wieku, gdy nienawiść, dyskryminacja, dehumanizacja były na porządku dziennym. Zapominamy, że nienawiść zaczyna się od języka, ale na języku się nie kończy - zwraca uwagę aktywistka.
'Dla mnie zawsze najważniejszą wartością jest człowiek'
Ewa Moroz-Keczyńska przyznaje, że gdy otrzymała akt oskarżenia, musiała go kilka razy przeczytać. Nie mogła zrozumieć, o co w nim chodzi. - To, że prokurator uznał, że motywem mojego działania i pozostałych osób była "korzyść osobista", którą mieli odnieść cudzoziemcy, w tym dzieci - to jest dla mnie kompletnie absurdalne. Zostałam wychowana tak, że zawsze dla mnie najważniejszą wartością jest człowiek i jego życie. I dlatego - tej rodzinie i wielu innym po prostu pomagałam. A tu ta "korzyść osobista", która potocznie kojarzy się nam z jakąś łapówką - miała polegać na tym, że rodzina otrzymała od nas jedzenie, ubranie czy buty. Wydaje mi się, że każdy by takiej rodzinie pomógł, tak po ludzku, by ci ludzie w tym lesie nie zamarzli - tłumaczy pani Ewa w rozmowie z TOK FM.
Przyznaje, że czuje się przez obecną władzę oszukana. - Politycy, którzy mówili "demokracja", "prawa człowieka", "społeczeństwo obywatelskie", prowadzą teraz działania sprowadzające się do tego, że ściga się ludzi takich jak my za postawę obywatelską. To jest - mówiąc bardzo oględnie - ogromne rozczarowanie - dodaje nasza rozmówczyni.
- Ta sytuacja związana z procesem jest bardzo stresująca. Nigdy się z czymś podobnym nie mierzyłem, ale dzięki wyrazom wsparcia, które dostajemy, czuję się z tym OK. Liczę, że może teraz jest szansa na to, by temat Podlasia znów wrócił do szerokiej debaty publicznej. I by ta debata wróciła na właściwe tory - mówi z kolei Mariusz Chyżyński.
- Wiem, jak ważny jest nasz proces. Na Podlasiu wciąż są ludzie, którzy pomagają. Ich działania będą w dużej mierze uzależnione od wyników naszej sprawy. I boję się, że to może wywołać efekt mrożący i że przez to ludzi, którzy będą chcieli pomagać, a ta pomoc tam ciągle jest potrzebna, może być mniej - zastanawia się Asia. - Nie można się dać zastraszyć - dodaje gościni TOK FM.
Pomoc prawną oskarżonym zapewnia Helsińska Fundacja Praw Człowieka wraz z kolektywem Szpila oraz mecenasem Radosławem Baszukiem. A 28 stycznia o godz. 10.30 przed Sądem Rejonowym w Hajnówce odbędzie się demonstracja solidarnościowa z osobami, które niosą pomoc na Podlasiu.