Pomagał uchodźcom na granicy, może pójść do więzienia. "To mnie nie zniechęciło"
- Bartek jest jednym z wolontariuszy, którzy pomagają uchodźcom na polsko-białoruskiej granicy;
- Mężczyzna został pełnomocnikiem Somalijczyka, który chciał się ubiegać o ochronę międzynarodową w naszym kraju;
- Finalnie cudzoziemiec został cofnięty do Białorusi a pan Bartek - oskarżony o 'wywieranie wpływu na działania funkcjonariuszy SG'.
Pan Bartek mieszka w Warszawie, pracuje w jednej z fundacji. We wrześniu 2022 roku włączył się - w ramach wolontariatu - w pomoc na polsko-białoruskiej granicy. Wielokrotnie brał urlop i jechał na Podlasie, gdzie razem z innymi pomagał w lasach wycieńczonym, głodnym i często rannym cudzoziemcom.
Chcieli ubiegać się o azyl
W październiku 2024 roku musiał się zająć trójką cudzoziemców: dwójką Etiopczyków i Somalijczykiem. - Miałem wtedy dyżur na granicy, otrzymaliśmy zgłoszenie na telefon alarmowy, że jest grupa osób, które potrzebują wsparcia. Razem z dwiema wolontariuszkami udaliśmy się we wskazane miejsce. Udzieliliśmy pomocy w postaci dostarczenia suchych i ciepłych ubrań, ciepłego jedzenia, herbaty, wody, ale też podstawowej pomocy przedmedycznej, ponieważ jeden z mężczyzn miał mocno poranione golenie - mówi gość TOK FM.
Wszyscy cudzoziemcy przekazali wolontariuszom swoje pełnomocnictwa i powiedzieli, że chcą się ubiegać o ochronę międzynarodową w Polsce. - To my wezwaliśmy Straż Graniczną, by dopełnić całej procedury - mówi nasz rozmówca. Społecznicy wszystko rejestrowali (za wiedzą pograniczników), nagrało się również stwierdzenie cudzoziemców, że chcą azylu. Straż Graniczna zabrała całą trójkę do placówki w Michałowie.
- Dzwoniłem tam kilkukrotnie, jedna z funkcjonariuszek przekazała mi, bym stawił się następnego dnia rano, bo wtedy miały się odbywać czynności z udziałem m.in. mojego mocodawcy z Somalii. Przyjechałem o umówionej godzinie, powiedziałem, w jakiej jestem sprawie - mówi pan Bartek. W międzyczasie okazało się, że Somalijczyk zostawił w brudnym ubraniu które zabrali aktywiści swój dokument tożsamości. - Przebierał się z mokrych ciuchów, daliśmy mu suche i ciepłe rzeczy i zapomniał zabrać dokumentów. Powiedziałem funkcjonariuszce przez telefon, że mogę je dowieźć, ale stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby - opowiada.
Nagła zmiana planów
Gdy pan Bartek przybył do placówki SG okazało się, że studenta z Somalii już tam nie ma. Został push-backowany, czyli wyrzucony z powrotem na Białoruś. - Usłyszałem, że chłopak na placówce powiedział Straży Granicznej, że jednak nie chce składać wniosku o ochronę międzynarodową, że z tego zrezygnował. Powiedziałem, że to niemożliwe. Postanowiłem, że stamtąd nie wyjdę, dopóki nie zobaczę dokumentów lub nie spotkam się ze swoim mocodawcą, bo wciąż wierzyłem, że tam jest. Funkcjonariusze kazali mi opuścić placówkę. Doszło do przepychanki słownej. Nie chcieli mi podać swoich nazwisk. Usiadłem na krześle i powiedziałem, że nie wyjdę dopóki czegoś się nie dowiem. Powiedzieli, że w tej sytuacji użyją środków przymusu bezpośredniego. I użyli. Wzięli mnie pod pachy i dość stanowczo wyprowadzili - opowiada wolontariusz w rozmowie z TOK FM.
Próba wywarcia efektu mrożącego
- Prokuratura oskarżyła mężczyznę o to, że wywierał wpływ na działania funkcjonariuszy SG, usiłując na nich wymusić przyjęcie wniosku o udzielenie ochrony międzynarodowej. Prokuratura uważa, że było to przestępstwo z art. 224 § 2 Kodeksu karnego - mówi w rozmowie z nami mecenas Jarosław Jagura z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który reprezentuje wolontariusza. Przepis mówi o tym, że 'kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego (...) do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech'.
- Sprawę musimy wpisać w kontekst kryminalizowania pomagania na polsko-białoruskiej granicy. W mojej ocenie chodzi o próbę wywarcia efektu mrożącego i zniechęcania do tego, by angażować się w pomoc humanitarną na Podlasiu - dodaje mecenas Jagura.
Prokuratura uznała, że wolontariusz miał stosować groźby bezprawne w postaci słów ''macie prze***ane", ''łamiecie prawo", ''zostaną wobec was wyciągnięte konsekwencje". Pan Bartek nie kryje, że sytuacja w placówce Straży Granicznej była trudna i jego wypowiedzi były emocjonalne. Ale...
- Cała ta historia jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Bo to, że udzielając pomocy humanitarnej na granicy aktywiści i wolontariusze mogą się spotkać z jakimś rodzajem represji, to było wiadome. Ale zarzuty karne z zagrożeniem trzech lat więzienia? Nie, tego się absolutnie nie spodziewałem. Dlatego uważam, że zarzuty w tej sprawie są kuriozalne, totalnie oderwane od rzeczywistości. Co więcej, mam wrażenie, że nie ma tu specjalnie złudzeń co do tego, że się utrzymają. Jestem przekonany, że celem takiego oskarżenia jest wywarcie na mnie presji, uprzykrzenie mi życia - bo jest to obciążające emocjonalnie, finansowo, fizycznie, angażuje mnóstwo czasu. Ale mnie nie zniechęciło do pomagania. I nie zniechęci. Wręcz przeciwnie - czuję się jeszcze bardziej zdeterminowany do tego, aby udzielać pomocy humanitarnej - dodaje gość TOK FM.
Proces w tej sprawie miał ruszyć w środę, 28 maja, ale we wtorek sąd przekazał pełnomocnikowi pana Bartka, że termin zostaje przełożony na lipiec.
Push-back to łamanie prawa
Helsińska Fundacja Praw Człowieka przypomina, że stosowanie push-backów na polsko-białoruskiej granicy jest łamaniem prawa krajowego i międzynarodowego. Mówią o tym organizacje pozarządowe, Rzecznik Praw Obywatelskich, organizacje międzynarodowe takie jak UNHCR oraz OBWE, a także polskie sądy. 'Pushbacki naruszają Konstytucję RP, prawo UE, Europejską Konwencję Praw Człowieka, a także zasady prawa międzynarodowego takie jak zakaz zbiorowego wydalania cudzoziemców i zasadę non-refoulement' - czytamy w stanowisku Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Wolontariusze udzielający pomocy humanitarnej, którzy są pełnomocnikami osób przekraczających granicę, są niejednokrotnie jedynymi gwarantami tego, że będą przestrzegane prawa osób migrujących. 'Jednak Straż Granicza regularnie utrudnia pracę pełnomocnikom, nie pozwalając im na wykonywanie swoich zadań. Alarmował o tym Rzecznik Praw Obywatelskich' - wskazuje HFPCz.