,
Obserwuj
Kultura

Po co Izraelowi Eurowizja? "O to w tej grze tak naprawdę chodzi"

6 min. czytania
17.01.2026 14:50

Brak dyskwalifikacji Izraela, a w efekcie rezygnacja rekordowej liczby państw i protesty artystów wywołały największy kryzys Konkursu Piosenki Eurowizji w jego 70-letniej historii. Czy z idei "jednoczenia przez muzykę" coś jeszcze zostało? - Eurowizja jest dziś bardziej areną polityczną niż muzyczną - ocenia w rozmowie z tokfm.pl dziennikarz Szymon Stellmaszyk.

Widz trzyma palestyńską flagę podczas występu Izraela na Eurowizji w 2025 roku
Widz trzyma palestyńską flagę podczas występu Izraela na Eurowizji w 2025 roku
fot. Sander Koning/HOLLANDSE HOOGTE/East News
  • Eurowizja od lat nie wzbudzała tak dużych emocji i kontrowersji jak w tym roku;
  • Kilka krajów zrezygnowało z udziału w konkursie po decyzji o dopuszczeniu Izraela, a wydarzenie bojkotują też sami artyści;
  • Zdaniem dziennikarza Szymona Stellmaszyka konkurs przeżywa bezprecedensowy kryzys, a zmiany wprowadzane przez organizatora są niewystarczające.

Przez kilka miesięcy społeczność fanów Konkursu Piosenki Eurowizji żyła pytaniem, czy Izrael zostanie wykluczony z udziału w tegorocznej edycji w związku z wojną w Strefie Gazy, czy jednak wystąpi. Od grudnia wiadomo, że wystąpi. Organizator konkursu Europejska Unia Nadawców (EBU), zdecydowała się nie przeprowadzać zapowiadanego głosowania w tej sprawie po zawieszeniu broni, tym samym dopuszczając udział przedstawiciela Izraela. Spotkało się to ze zdecydowaną reakcją nadawców z Hiszpanii, Irlandii, Holandii, Słowenii i Islandii, którzy poinformowali o rezygnacji z Eurowizji 2026 w Wiedniu.

Choć Izrael nie leży w Europie, ma prawo startować w Konkursie Piosenki Eurowizji. Jego publiczny nadawca KAN jest członkiem Europejskiej Unii Nadawców, a to właśnie ta przynależność, a nie położenie geograficzne, decyduje o możliwości udziału.

Kontrowersje związane z udziałem Izraela w konkursie nie ograniczają się do działań wojskowych w palestyńskiej półenklawie. Podczas ubiegłorocznej edycji w Bazylei izraelska piosenka po raz kolejny osiągnęła zaskakująco wysoki wynik w tzw. televotingu, czyli głosowaniu publiczności, mimo że nie była wymieniana wśród faworytów. W czasie występu Juwal Rafael w hali słychać było buczenie i gwizdy, które w przekazie telewizyjnym wyciszono. Wokół wyniku pojawiły się pytania o możliwy wpływ zorganizowanego głosowania. Część państw domagała się od organizatora audytu, jednak szczegółowych danych nie przedstawiono. Dodatkowe emocje wzbudziło zaangażowanie izraelskiego rządu w promocję utworu. Finansowanie kampanii informacyjnych w wielu językach oraz obecność instytucji państwowych przy promocji zostały przez krytyków odebrane jako naruszenie zasady apolityczności, jednak EBU nie dopatrzyła się złamania regulaminu.

Do tego dochodzą wydarzenia z Malmö z 2024 roku. Udział Izraela wywołał masowe propalestyńskie demonstracje wokół hali widowiskowej, a - jak relacjonowali przedstawiciele innych ekip - izraelska delegacja za kulisami prowokowała pozostałych uczestników różnymi zachowaniami, na przykład nagrywaniem bez zgody. Tamtą edycję szczególnie zapamiętali polscy fani za sprawą głośnego pytania dziennikarza Szymona Stellmaszyka do izraelskiej reprezentantki na konferencji prasowej. Później spotkała go fala hejtu i problemy z przyznaniem akredytacji na kolejną edycję konkursu. - Nigdy wcześniej na Eurowizji nie widziałem takich zabezpieczeń. Tylu policjantów, żołnierzy, dodatkowych służb. Zapytałem Eden Golan, czy jest świadoma tego, że jej obecność stanowi pewne ryzyko dla innych uczestników i publiki - przypomina w rozmowie z tokfm.pl dziennikarz, który od ponad 20 lat zajmuje się Konkursem Piosenki Eurowizji.

Nie chcą występować na jednej scenie z Izraelem

Klimat towarzyszący Eurowizji zniechęca nie tylko nadawców, ale także samych artystów. W środę Telewizja Polska, która zdecydowała się wysłać swojego reprezentanta do stolicy Austrii, ogłosiła listę ośmiu kandydatów, choć pierwotnie miało być ich więcej. Tuż przed ogłoszeniem preselekcyjnej stawki o rezygnacji poinformowała Karolina Czarnecka, znana z viralowego coveru "Hera, Koka, Hasz, LSD", która znalazła się w finałowej dziesiątce i była typowana do wygranej krajowych eliminacji. Jak napisała w mediach społecznościowych, jej "wartości dopominają się o powrót do kodeksu artysty i artystki", w którym - jak podkreśliła - istnieje punkt mówiący o niewyrażaniu zgody na cierpienie drugiego człowieka. "Choć na moim podwórku tymczasowo kwitną kwiaty pozornego dobrobytu, to inny ogród zalany jest krwią" - dodała.

Na wcześniejszym etapie rywalizacji wycofała się również Mery Spolsky, która ogłosiła to podczas jednego z koncertów, wyrażając poparcie dla Palestyny. Według medialnych doniesień z tych samych powodów miało zrezygnować również kilkoro innych wokalistów. Podobne decyzje podejmują wykonawcy w innych krajach.

Protest przeciwko udziałowi Izraela wyraziło w grudniu Nemo. Szwajcarska osoba niebinarna, która w 2024 roku triumfowała z utworem "The Code", poinformowała o zrzeczeniu się statuetki i odesłaniu jej do siedziby EBU. "Eurowizja mówi, że oznacza jedność, integrację i godność dla wszystkich. Te wartości sprawiły, że ten konkurs miał dla mnie znaczenie. Ale dalszy udział Izraela w konkursie, podczas gdy Niezależna Międzynarodowa Komisja Śledcza ONZ uznała to (działania Izraela - red.) za ludobójstwo, pokazuje wyraźny konflikt między tymi ideałami a decyzjami podejmowanymi przez EBU" - czytamy w oświadczeniu Nemo. To odniesienie do raportu ONZ opublikowanego we wrześniu.

"Eurowizja dzieli i to widać wyraźnie"

- To wydarzenie nadawców publicznych, ale rzeczywiście u zarania miało łączyć narody po bardzo trudnym okresie wojny i biedy - podkreśla Szymon Stellmaszyk. Jego zdaniem dziś idea jednoczenia poprzez muzykę, promowana od lat hasłem "United by Music", przestała obowiązywać. - Eurowizja dzieli i widać to wyraźnie - ocenia członek OGAE Polska, Stowarzyszenia Miłośników Konkursu Piosenki Eurowizji. Jak dodaje, mit neutralności politycznej imprezy zawsze był zresztą w pewnym stopniu fikcją. - Przez lata starałem się bronić tej apolityczności, bo siłą Eurowizji zawsze były piosenki. Ale towarzyszyły jej również głosowania sąsiedzkie, głosowania diaspor i stronnicze decyzje jurorów. Jeśli pada nazwa państwa w kontekście głosowania, to staje się to sprawą polityczną - mówi rozmówca tokfm.pl.

W jego ocenie obecność Izraela w obecnej sytuacji "zakłóca jedność" konkursu, dlatego kraj ten nie powinien brać w nim udziału. - Niepokoi mnie skala przenoszenia konfliktu na scenę. To powoduje, że Eurowizja jest dziś bardziej areną polityczną niż muzyczną - komentuje dziennikarz. Jak dodaje, Europejska Unia Nadawców "ma jednak interes w podtrzymywaniu narracji o apolityczności, bo Konkurs Piosenki Eurowizji jest jej największym przedsięwzięciem", oglądanym przez dziesiątki milionów widzów na całym świecie i będącym źródłem dużych pieniędzy. - Widzimy wyraźnie, że EBU jest przede wszystkim korporacją, która dba w różnym stopniu o interesy własne i kluczowych nadawców - mówi. W tym kontekście zwraca uwagę fakt, że jednym z głównych sponsorów konkursu jest izraelska firma kosmetyczna Moroccanoil.

Redakcja poleca

Stellmaszyk jednoznacznie ocenia, że konkurs znalazł się w bezprecedensowym kryzysie. - Wycofanie się aż pięciu uczestników nigdy nie miało miejsca - zaznacza. Podziały widać także wśród fanów. Znaczna część środowisk fanowskich jest przeciwna udziałowi Izraela, ale jednocześnie wielu widzów nadal będzie oglądać Eurowizję, bo dla nich to - jak mówi - "coroczny rytuał, związany z emocjami, rywalizacją i sentymentem".

EBU zapowiedziała, że w najbliższej edycji wprowadzi zmiany mające ograniczyć manipulacje w głosowaniu i nadużycia przy finansowaniu kampanii promocyjnych. Zdaniem Stellmaszyka to jednak za mało. - Kierunek jest słuszny, ale te zmiany nie są wystarczające. Nadal będą patologie i nadużycia, ludzie będą wykorzystywać system w celach politycznych, a nie muzycznych - uważa.

TVP powinna się wycofać?

Szymon Stellmaszyk krytycznie ocenia także decyzję TVP o udziale w 70. edycji Eurowizji. - Jestem zaskoczony brawurą Telewizji Polskiej - mówi. Przyznaje, że nadawca publiczny ma do niej prawo, ale w tak kontrowersyjnych okolicznościach - jego zdaniem - powinien jasno poinformować opinię publiczną o kosztach uczestnictwa, tak jak robi to część nadawców w Europie.

- Nie możemy się zasłaniać tajemnicą handlową. Atrybut uczestnictwa w konkursie nadawców publicznych należy w naszym kraju wyłącznie do TVP, która jest finansowana ze środków publicznych. Tymczasem nie całe społeczeństwo wspiera nasz udział w Eurowizji, nie tylko z powodu krytykowanego poziomu artystycznego, ale przede wszystkim w związku z udziałem Izraela i jego polityki - wskazuje. Dlatego, jak dodaje, z zadowoleniem przyjął fakt, że w polskich preselekcjach nie pojawiły się "duże nazwiska z pierwszej ligi".

Podkreśla również, że TVP ma świadomość organizacyjnych nieprawidłowości w konkursie i licznych zarzutów wobec EBU. Jego zdaniem w tej sytuacji Polska powinna była się wycofać, choć - jak zaznacza - na to jest już za późno bez ponoszenia konsekwencji finansowych. - Eurowizja jest ważna i potrzebna, ale towarzyszący jej bałagan zaszedł za daleko, zarówno w zarządzaniu, jak i w kwestiach etycznych wokół Izraela - uważa. Dodaje też, że słowa z oświadczenia Telewizji Polskiej o "dawaniu szansy tylko muzyce" są jego zdaniem pustosłowiem.

Polscy fani Eurowizji otwarcie apelowali do TVP o rezygnację z konkursu. Jasne stanowisko na temat udziału naszego kraju przedstawiła także ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska.  - Bardzo bym chciała, żeby to nie było wydarzenie, które staje się polityczne. Uważam, że nie powinniśmy brać udziału w Eurowizji, jeśli udział weźmie Izrael - powiedziała  w TOK FM,  pytana o tę kwestię.

"O to chodzi Izraelowi"

Izrael po raz pierwszy wziął udział w Konkursie Piosenki Eurowizji w 1973 roku. Do tej pory wygrał go cztery razy, jednak w innym kontekście międzynarodowym, gdy jego udział nie budził tak głębokich kontrowersji. W 2025 roku otarł się o zwycięstwo. Czy jeżeli wygra teraz, doprowadzi to do trwałego paraliżu konkursu?

- Europejska Unia Nadawców będzie miała twardy orzech do zgryzienia. Teoretycznie będzie musiała zaproponować Izraelowi organizację kolejnej edycji, aby natychmiast się z tego wycofać, ze względu na konflikt zbrojny i świadomość, ilu uczestników mogłoby zrezygnować - przewiduje Szymon Stellmaszyk. Jego zdaniem przygotowanie kolejnej edycji mogłoby wówczas zostać powierzone nadawcy z drugiego miejsca.

- A Izrael będzie dumnie powiewał swoją flagą, mówiąc "wszyscy nas kochają". Bo o to w tej grze mu tak naprawdę chodzi. O pokazanie, że wszyscy są z Izraelem - dodaje.

Źródło: TOK FM, fot. Sander Koning/HOLLANDSE HOOGTE/East News