"Zniknij bez śladu". Jak walczyć z groźnym trendem? "To krytycznie ważne"
Tragiczne zdarzenie związane ze śmiercią dwojga nastolatków z terenu województwa podkarpackiego nie miało nic wspólnego z trendem nazywanym "48 Hours Challange" - poinformowała TOK FM Komenda Główna Policji. Czym jest dokładnie nowe zjawisko? I jak w ogóle o nim rozmawiać, by nie stawało się coraz popularniejsze?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie są ustalenia policji w sprawie trendu "48 Hours Challenge" w Polsce;
- Co wykazały badania NASK dotyczące internetowych wyzwań i młodzieży;
- Jakie podejście do problemu internetowych wyzwań zaleca dr Konrad Ciesiołkiewicz.
Podkarpacka policja poinformowała, że zakończyła poszukiwania 14-letniej mieszkanki Rzeszowa i 15-letniego mieszkańca powiatu sanockiego. Ciała obojga nastolatków znaleziono "na terenach zielonych w Rzeszowie". W sieci pojawiły się spekulacje, że ich zaginięcie mogło mieć związek z wyzwaniem "48 Hours Challenge", w Polsce nazywanym "Zniknij bez śladu".
To internetowy trend popularny wśród nastolatków, które polega na upozorowaniu własnego zaginięcia; na dwie doby. Co do zasady: im więcej osób będzie zaangażowanych w poszukiwania danej osoby, tym więcej zdobytych punktów. W "grze" chodzi o to, by w sieci pojawiło się jak najwięcej informacji. Ukrywający się, oprócz samego faktu, że się ukrył, ma za zadanie zrobić wszystko, aby jak najbardziej utrudnić poszukiwania.
Jak poinformowała TOK FM, Komenda Główna Policji tragiczne zdarzenie związane ze śmiercią dwójki zaginionych nastolatków z Podkarpacia nie miało z tym trendem nic wspólnego. Jednocześnie podkreślono, że Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości nie odnotowuje w sieci wzrostu zainteresowania trendem "48 Hours Challenge".
"Dane dotyczące liczby zaginięć osób, w tym także osób małoletnich, w ostatnim czasie utrzymują się na podobnym poziomie", podkreślono.
"Gigantyczny rozjazd między świadomością opiekunów a młodych"
Dr Konrad Ciesiołkiewicz zwrócił z kolei w TOK FM uwagę, że Badania Państwowego Instytutu Badawczego NASK pokazują cały czas wzrost zainteresowania młodych ludzi "challenge'ami". Jak od razu dodał, uczestniczy w nich już jedna trzecia chłopców. - Można też powiedzieć, że około jedna czwarta młodych ludzi zna to zjawisko, uczestniczy w "wyzwaniach". Część z nich oczywiście jest niegroźna dla zdrowia i życia, ale duża część jest już niebezpieczna - dodał psycholog i politolog z Uczelni Korczaka oraz członek państwowej komisji ds. wyjaśniania przypadków pedofilii.
Jak dopowiedział od razu, "to rzeczywistość, która często umyka rodzicom i opiekunom", a badania pokazują wręcz "gigantyczny rozjazd między świadomością opiekunów i rodziców a młodymi ludźmi". - Rodzice zasadniczo nie wiedzą, co ich dzieci robią w sieci. To jest z jednej strony naturalne, a z drugiej to czynnik, który zwiększa zagrożenie - podkreślił w rozmowie z Filipem Kekuszem.
Rozmowa zamiast zakazu
A jak rozmawiać o tym problemie, by nie powodować, że niebezpieczne internetowe wyzwania będą stawać się popularniejsze? Gość TOK FM wskazał na potrzebę "dialogu o tym, co młody człowiek w ogóle robi w środowisku cyfrowym". Tym bardziej - jak zaznaczył - że wielu nastolatków w badaniach przyznaje też wprost: "W szkole nikt nigdy nie rozmawiał ze mną na ten temat".
Ekspert przytoczył w tym kontekście szkolny zakaz korzystania przez uczniów ze smartfonów. - Lubimy zakazywać, ale w tle leży brak rozwiązań i przerażenie środowiska dorosłych tym, co młodzi ludzie robią w sieci - ocenił. Zamiast tego, jego zdaniem, "powinniśmy zacząć z dziećmi poważną rozmowę, która będzie krocząca i ustawiczna".
- To nie powinna być załatwione raz dwa, bo liczą się zasady funkcjonowania, słyszenia się. Jeżeli podejmujemy jakieś wyzwania, to co robić, żeby było bezpiecznie? O co powinniśmy zadbać? Jak dystansować się do tego, co do nas przychodzi? Przecież nie zawsze musimy ulegać presji rówieśniczej - tłumaczył.
Podkreślił też, że liczyć powinny się przede wszystkim asertywności, w tym zdolności powiedzenia "nie" także w grupie rówieśniczej. - To jest krytycznie ważne, bo nie ma skuteczniejszych narzędzi do radzenia sobie z zagrożeniami w sieci niż rozwój umiejętności społecznych i emocjonalnych - podkreślił.
Zastrzegł przy tym, że choć nie jest to odkrywcze, to jednak "bardzo trudne do zrealizowania". - Szkołom, które pędzą, które są nastawione na przedmioty, na wyniki, na testy brakuje całościowego spojrzenia na ten stan rzeczy. Łatwiej jest wychodzić z propozycją: "Zakażmy i w ogóle nie rozmawiajmy" - podsumował w TOK FM.
Źródło: TOK FM, PAP