Funkcjonariusz SOP zabił córkę. Ekspert ostrzega przed "polowaniem na czarownice"
Funkcjonariusz SOP zaatakował swoją rodzinę, zabijając 4-letnią córkę. Zdaniem Pawła Moczydłowskiego winna może być... nasza kultura. - Chodzenie do psychiatry czy psychologa jest podejrzane, negatywnie oceniane przez opinię publiczną. A nie powinno być. To wskaźnik w naszej kulturze, że nie bardzo umiemy się otwierać ze swoimi problemami, rozmawiać szczerze o tym, co nas boli - przekonuje.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co mogło być przyczyną ataku funkcjonariusza SOP na rodzinę?
- Jakie kroki można by, zdaniem prof. Pawła Moczydłowskiego, podjąć?
- Dlaczego winna może być nasza kultura?
Funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa Piotr K. zaatakował nożem swoją rodzinę. Zranił pięć osób, w tym siebie. Jego czteroletnia córka mimo reanimacji nie przeżyła, dwie kobiety (żona i teściowa) przebywają w szpitalu w stanie ciężkim. Bez szwanku wyszli teść i syn napastnika. Sprawca został zatrzymany, ma zostać wydalony ze służby. Rzecznik SOP podkreślił, że Piotr K. miał ważne badania psychologiczne (okresowe przeszedł w październiku ub.r.).
- Tego typu ekstremalne zachowanie nie urodziło się nagle. Musiały być wcześniej sygnały - ocenia w rozmowie z Tokfm.pl prof. Paweł Moczydłowski, socjolog, kryminolog, pułkownik Służby Więziennej, były dyrektor Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.
- To jak z chorobą: zaczyna się od kasłania, zanim wyjdzie z tego porządna grypa. Gdyby się wcześniej zareagowało gorącą herbatą z miodem i czosnkiem czy wizytą u lekarza, do takiego rozwinięcia grypy by nie doszło - twierdzi ekspert.
Kulturowe korzenie
W rozmowie z "Faktem" Moczydłowski podkreślał, że w służbach "użyteczność testów psychologicznych jest ograniczona". Służą one jako wstępny filtr, ale "konieczna jest dalsza, systematyczna obserwacja funkcjonariuszy, bez względu na ich staż". I ten element mógł zawieść.
- W Polsce brak jest kultury korzystania z pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Pójścia ze słabością do innych ludzi. To sprawa, która ma kulturowe korzenie - przekonuje w rozmowie z Tokfm.pl Moczydłowski.
Tego zaś nie zmieni się jedną ustawą. - Chodzenie do psychiatry czy psychologa jest podejrzane, negatywnie oceniane przez opinię publiczną. A nie powinno być. To wskaźnik w naszej kulturze, że nie bardzo umiemy się otwierać ze swoimi problemami, rozmawiać szczerze o tym, co nas boli. Płacą za to relacje z innymi ludźmi, w tym rodzinne - dodaje socjolog.
Stygmatyzacja korzystania z pomocy specjalistów w przypadku problemów psychicznych utrudnia również możliwość ich dostrzeżenia przez otoczenie. - Często wystarczy zobaczyć, że ktoś ma poważny problem i zachęcić go do skorzystania z leczenia - przekonuje Moczydłowski. Jednak kultura sprawia, że "nie jesteśmy trenowani, żeby wyłapać problem u innych ludzi. Czasem go też lekceważymy". - Tutaj na pewno to było do dostrzeżenia, ale nie zostało dostrzeżone - zaznacza.
Co można byłoby zrobić? Zdaniem Moczydłowskiego, przeciwstawiać się publicznie reakcjom niezezwalającym na poszukiwanie profesjonalnej pomocy. - To poglądy, że ktoś rozbebeszył, rozpruł, flaki wyciąga. Że nie ma na to przyzwolenia. Być może Piotr K. wstydził się ujawnić swój problem - zastanawia się nasz rozmówca.
Moczydłowski przytacza rozmowę z policjantem z jednej z komend wojewódzkich. Ten poprosił go o jedno. - Zaalarmował, że w służbach, w których stosuje się przemoc, istnieje olbrzymi problem z radzeniem sobie z własną agresją. Szczególnie kiedy ludzie odchodzą z tych służb. Nikt się tym nie zajmuje. I nie wiem, czy to nie wystąpiło u tego człowieka w którejś fazie - mówi.
- Być może to jest pochodną zaniedbań w tym względzie. Może trzeba iść do ludzi z treningiem na to, żeby nauczyli się wyrażać swoje emocje. Bez agresji - twierdzi ekspert.
- Dobrze wytresowane służby to te, które stosują tyle przemocy, ile trzeba. Ważna jest "precyzyjność" przemocy - podkreśla.
Inną kwestią, na którą zwraca uwagę Moczydłowski, jest polaryzacja polityczna. - Nie ma klimatu społecznego w Polsce. Ta wojna domowa źle wpływa na stan więzi społecznych - tłumaczy.
"Rzeczpospolita" ustaliła, że Piotr K. nie pracował w ochronie bezpośredniej (potwierdziło to MSWiA), był pirotechnikiem - sprawdzał miejsca, w których miały przebywać zagraniczne delegacje. W służbie był od 23 lat (wcześniej w Biurze Ochrony Rządu, poprzedniku SOP), uczestniczył w misjach w Iraku i Afganistanie.
- Być może ta praca w pirotechnice była sposobem sublimacji problemu, radzenia sobie z przemocą - zastanawia się Moczydłowski.
Nasz rozmówca na koniec apeluje, żeby atak nożownika nie stał się "polowaniem na czarownice". - Czyli nagonką na służby. Rozliczenie nic nie daje. Potrzebne jest poszukiwanie, próba zrozumienia, dlaczego tak się stało. Żeby z tego zrozumienia ewentualnie wyszły racjonalne działania - podsumowuje Moczydłowski.
Źródło: Tokfm.pl