,
Obserwuj
Polska

"Nie jęcz, tylko działaj". Przejechał na bicyklu 2700 km. Miał konkretny cel

6 min. czytania
30.11.2025 09:00

Na zabytkowym bicyklu sprzed 150 lat przejechał całą Polskę. Prawie 2700 kilometrów pod wiatr, w deszczu, w samotności i wśród tysięcy ludzkich uśmiechów. Jechał dla swojej córki Emilki, zamieniając archaiczny pojazd w symbol determinacji i ojcowskiej miłości. Ta wyprawa stała się czymś więcej niż sportowym wyzwaniem. Stała się opowieścią o człowieku, który udowodnił, że kiedy walczy się o najbliższych, nie istnieją rzeczy niemożliwe.

Łukasz Jęcz z córką po zakończeniu wyprawy
  • Celem Pana Łukasza było uzbieranie pieniędzy na turnus rehabilitacyjny dla jego córki, zmagającej się z niezwykle rzadką chorobą genetyczną;
  • Cel udało się osiągnąć i to z nawiązką. Zbiórkę wsparło prawie dwa tysiące osób, a na koncie widnieje imponujące 131 091 złotych. Potrzebne było 106 000 złotych; 
  • - Trzeba się otworzyć. Jest tyle osób, które chcą pomóc. Jeżeli ktoś jest zamknięty i się boi, to niech się nie boi - mówi Łukasz Jęcz. 

Łukasz Jęcz - strażak z Zielonej Góry i tata czteroletniej Emilki - wyruszył w podróż na pojeździe bardziej pasującym do muzealnej gabloty niż na asfalt. Monumentalne przednie koło, brak przerzutek, brak amortyzacji, cięższa rama niż w niejednym motorowerze. A jednak właśnie to archaiczne cudo techniki stało się narzędziem jego misji. - Bicykl trudno przeoczyć. Chciałem pokazać coś, czego nikt jeszcze nie zrobił. I przede wszystkim opowiedzieć historię o mojej córce, o całej akcji charytatywnej. Ten pojazd był symbolem - wyjaśnia nasz rozmówca.

Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się na długo przed pierwszym kilometrem. Zielona Góra okazała się sprzymierzeńcem. Pagórkowaty teren przypominał to, co czekało go w trasie. - Pół roku jeździłem, trenowałem, przygotowywałem się do tej podróży życia. Nie jestem ultrakolarzem ani nawet kolarzem. Jestem tatą, który chciał pokazać światu i samemu sobie, że można. Że się da, jeśli naprawdę się chce. Zawsze powtarzam: nie jęcz, tylko działaj - śmieje się dzisiaj Łukasz Jęcz.

Treningi były regularne, konsekwentne, dopasowane do trudności, jakie miał napotkać w terenie. Każdy podjazd w Zielonej Górze stawał się próbą przed tymi, które czekały na południu i północy kraju. Z każdym kolejnym tygodniem ciało uczyło się nowego rytmu, w którym bicykl stawał się przedłużeniem nóg, a wysiłek codziennością.

Screenshot_20250918-200704
fot.

Wyprawę zaczął od starcia z najbardziej wymagającymi terenami. Droga w stronę Krakowa okazała się próbą sił. Dosłownie i w przenośni. - Górki i pagórki przerosły mnie bardziej, niż się spodziewałem. Każdy podjazd to była walka - wspomina Łukasz Jęcz. Później też nie było łatwiej. - To był rollercoaster. Zjazd, podjazd, znów w dół, znów pod górę. Wyżyny, niziny, wszystko po kolei. Bardzo dało w kość - opowiada strażak.

Cała wyprawa od początku miała jeden cel. Każdy kilometr, każdy podjazd, każdy ból mięśni miał imię. - Wszystko robiłem dla Emilki. Choruje na bardzo rzadką chorobę genetyczną, RNU4ATAC. Dwa lata temu przeszła rozległy udar. Każdy obrót koła był dla niej - podkreśla.

Pod górę bez przerzutek

Podróż na zabytkowym bicyklu okazała się nie tylko fizycznym wyzwaniem, ale też testem siły charakteru. Pogoda raz sprzyjała, raz wystawiała na próbę. - Słońce towarzyszyło mi przez większość trasy, tylko trzy razy trafiłem na naprawdę ulewne dni - opowiada tata Emilki. - Najgorszy był wiatr. Na bicyklu siedzę ponad dwa metry nad ziemią, więc gdy wiało prosto w twarz, czułem się jak żagiel - wspomina. Dzień w dzień sto kilometrów, bez możliwości głębszej regeneracji.

Jak przyznaje nasz rozmówca, chwile zwątpienia pojawiały się regularnie. Zwłaszcza wtedy, gdy wyrastał przed nim kolejny podjazd, a rower bez przerzutek wymagał pełnej siły na każdym metrze. - Na kierownicy miałem zdjęcie mojej Emilki. Kiedy na nie patrzyłem, wiedziałem, po co jadę. Jej codzienny wysiłek jest większy niż wszystkie moje podjazdy razem wzięte. Ta kropla potu była niczym przy tym, z czym ona zmaga się na co dzień - opowiada ze wzruszeniem nasz rozmówca.

To właśnie zdjęcie córki, przypięte do rowerowej kierownicy, stało się jego wewnętrznym kompasem. Dodawało energii tam, gdzie ciała już nie starczało. Pchało w górę wtedy, gdy logika podpowiadała, żeby się zatrzymać. - Ona była moją siłą. Każdy kilometr był dla niej - zaznacza pan Łukasz.

Braterstwo na trasie

Reakcje ludzi na trasie tworzyły osobny rozdział tej wyprawy. Zaskoczenie mieszało się z entuzjazmem, a ciekawość z życzliwością. - Kierowcy machali, pokazywali okejki, nagrywali, zatrzymywali mnie. Rozmawiali ze mną na poboczach, chcieli wiedzieć, dokąd jadę i po co. Wtedy mogłem opowiedzieć im, że robię to dla córki, w ramach akcji charytatywnej. To było piękne - wspomina strażak.

IMG-20250908-WA0019
fot.

Z każdym kolejnym kilometrem przybywało spotkań, krótkich rozmów i spontanicznych gestów wsparcia. - Te setki uśmiechów, które widziałem, zostaną ze mną na zawsze. To nie jest coś, co spotyka się na co dzień. Wracam do tego myślami bardzo często - dodaje tata Emilki.

W czasie swojej niezwykłej wyprawy spotkał nie tylko życzliwych kierowców i zaciekawionych przechodniów. Na trasie pojawiali się też strażacy z różnych stron Polski. - Przyjmowali mnie z otwartymi ramionami. Zapewniali mi bezpieczeństwo na drodze, wyjeżdżali wozami, zabezpieczając przejazd przy ruchliwych odcinkach. To było piękne - opowiada, nie ukrywając emocji.

Bicykl, ciężki i archaiczny, nie nadawał się na leśne ścieżki ani szutry. Wymagał asfaltu, najlepiej równego i stabilnego. Wybór drogi musiał być przemyślany, choć nie zawsze teren spełniał wymagania. Tam, gdzie nawierzchnia była trudniejsza, pojawiali się oni - strażacy. Otwarta dłoń wyciągnięta przez ludzi noszących ten sam mundur stała się jednym z najmocniejszych wspomnień jego wyprawy. - Będę to pamiętał zawsze - zapewnia nasz rozmówca.

Gdy świat odpowiada dobrem

W trakcie wyprawy na zabytkowym bicyklu Łukasz Jęcz spotkał setki ludzi dobrej woli. Każde z tych spotkań zostało w pamięci, ale jedno wraca najczęściej. - Gdy w Mielnie, obok pomnika morsa, nagrywałem filmik na media społecznościowe, podszedł mężczyzna i powiedział: „Proszę Pana, nie mam dużo, ale chciałbym pomóc Pana córce. Słyszałem, jak Pan o niej mówił. Żal mi jej po prostu”. I wrzucił pieniądze do puszki. Na jego twarzy była taka radość. Miał niewiele, a i tak dał. Bezinteresownie. Z serca. Do dziś mam ciarki, kiedy o tym mówię - wspomina Łukasz Jęcz.

IMG-20250916-WA0000 (1)
fot.

Wyprawa była pełna takich chwil: małych, szczerych gestów, które budowały w nim poczucie, że świat wciąż potrafi zaskoczyć dobrocią.

Po 28 dniach w drodze, około 2700 kilometrach i setkach spotkań, wrócił tam, skąd wszystko się zaczęło. Do zielonogórskiej Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 2. Zsiadł z bicykla i po raz pierwszy od wielu dni poczuł pod stopami ziemię, która była jego domem. - To cudowne uczucie wracać do rodziny. Do kochanej córki, do kochanej żony. Tęsknota potrafi boleć i przypomina człowiekowi, że musi wrócić tam, skąd wyruszył. Telefony i media społecznościowe pomagają, ale to nie to samo. Przytulić swoje dziecko, poczuć tę bliskość, nic tego nie zastąpi - mówi dziś tata Emilki.

Droga do samego końca trzymała w napięciu. - Im bliżej granic Zielonej Góry, tym większe emocje, ale i większa świadomość, że nie wolno odpuścić ani na chwilę - wspomina nasz rozmówca. Kiedy w końcu skręcił na teren jednostki, zobaczył coś, czego się nie spodziewał. - Na placu czekał tłum ludzi. Wjeżdżam i nagle zapadła krótka cisza. To był moment, którego nigdy nie zapomnę. To będzie mój wzorzec szczęścia. Kiedy zamknę oczy, będę wracał właśnie do tej chwili. Po sekundzie ciszy wybuchły oklaski. Dopiero wtedy przyszło to rozluźnienie, ta ulga, że wszystko się udało - dodaje pan Łukasz.

061025_PS_LukaszPowrot-24
fot.

Cel wyprawy został osiągnięty. Udało się zebrać środki na rehabilitację córki, a bicykl z 1870 roku wrócił na miejsce startu po wielu kilometrach wysiłku. Łukasz Jęcz swoje doświadczenia kieruje teraz do innych rodziców, również tych z Zielonej Góry, którzy zmagają się z chorobą dziecka i szukają sposobu, by o tym mówić i działać. - Trzeba się otworzyć. Jest tyle osób, które chcą pomóc, tylko nie wiedzą komu. Jeżeli ktoś jest zamknięty i się boi, to niech się nie boi. Po drugiej stronie strachu często jest coś dobrego. Ja też się bałem, bardzo, ale zrobiłem to - podkreśla strażak.

Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w mijającym tygodniu. Tylko najbardziej zorientowani udzielą więcej niż 8 dobrych odpowiedzi...

Quiz: Myślisz, że jesteś na bieżąco? Sprawdź się w quizie o najważniejszych wydarzeniach ostatniego tygodnia!

1/10 Na początku coś prostego. Jaki afrykański kraj odwiedzili w tym tygodniu przywódcy państw Unii Europejskiej, w tym Donald Tusk?

Źródło: TOK FM