Rolnicy szykują się na Marsz Niepodległości. "Sytuacja jest bardzo trudna"
Nie wykluczamy protestu - mówią rolnicy. Ostateczną decyzję podejmą pod koniec miesiąca. Kilka dni temu przedstawiciele organizacji i związków rolniczych spotkali się z ministrem rolnictwa, ale - jak przekonują - niewiele to wniosło. Nadal nie ma pomocy dla tych, którym warzywa gniją na polach, bo nikt ich nie chce.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Na jakie problemy skarżą się rolnicy?
- Co działo się na spotkaniu ministra Stefana Krajewskiego z rolnikami?
- Czy wrócą rolnicze blokady?
- Sytuacja jest bardzo trudna - słyszymy od rolników na Lubelszczyźnie. Składa się na nią kilka czynników. Po pierwsze - warzywa, na które nie ma chętnych. - Chłodnie nie chcą przyjmować, bo mówią, że mają jeszcze zapasy sprzed roku. Dodatkowo jedna z chłodni nie zapłaciła nam za ubiegły rok 80 tysięcy złotych, bo ogłosiła upadłość. Jesteśmy do tyłu - mówi nam pani Anna. Rolniczka - aby nie marnować żywności - ogłosiła samozbiory, o czym pisaliśmy więcej na naszym portalu.
Jeden z rolników zniszczył swój plon na znak protestu przeciwko temu, co się dzieje. Rozjechał traktorem 25 tysięcy główek kalafiorów. - Chłodnie, nawet jak kupują, to oferują po 1 czy 2 zł za kilogram warzyw. To się kompletnie nie opłaca, to kwoty poniżej kosztów produkcji. Żeby dowieźć towar do skupu, to trzeba kogoś zatrudnić i mu zapłacić, stąd te desperackie kroki rolników - mówi nam pan Wojciech, który ma gospodarstwo pod Zamościem.
Jak dodaje, problem jest jednak nie tylko z warzywami, ale też np. z bardzo tanim zbożem. Rolnicy trzymają je w magazynach, licząc na wyższe ceny. Do tego dochodzą klęski żywiołowe - przymrozki, gradobicie czy ulewne deszcze, które miały miejsce wiosną. Przez wiele miesięcy komisje w gminach szacowały straty i choć proces się zakończył, rolnicy dalej czekają na pieniądze. W zależności od skali strat dopłaty mają wynosić od 1,5 do 6 tys. złotych do hektara. Pieniądze dostaną tylko ci, u których komisje oszacowały straty na co najmniej 30 procent.
Minister spotkał się z rolnikami. ''Żadnych konkretów"
Kilka dni temu w Ministerstwie Rolnictwa odbyło się spotkanie ministra Stefana Krajewskiego z kilkudziesięcioma rolnikami z organizacji i izb rolniczych. Trwało około czterech godzin, media nie mogły w nim uczestniczyć. Z naszych informacji wynika, że rozmowa momentami była dość emocjonalna. Rozmawiano choćby o biogazowniach, umowie Mercosur, ale też o rażąco niskich cenach skupu płodów rolnych, w szczególności jeśli chodzi o warzywa i zboża. Każdy z rolników miał na wypowiedź około trzech minut.
Na spotkaniu był m.in. Marcin Wilgos, rolnik spod Hrubieszowa. Jak mówi, minister - owszem - wysłuchał żali, zgłaszanych przez rolników, ale żadne merytoryczne decyzje - jak pomóc czy jak rozwiązać problem - nie zapadły.
- Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie rozmawialiśmy o żadnym problemie pojedynczo, konkretnie. Wylaliśmy swoje żale, minister nas wysłuchał i w jakiś sposób się do tego odniósł. I to tyle. Ale to nie może się tak odbywać, bo my musimy rozwiązywać problemy tu i teraz - mówi Wilgos w rozmowie z TOK FM. Pytany, czy można się spodziewać w najbliższym czasie rolniczych protestów, odpowiada, że to bardzo prawdopodobne.
Wrócą rolnicze blokady?
Pan Marcin był współorganizatorem poprzednich protestów i blokad na Lubelszczyźnie. Jego zdaniem to najwyższa pora, by znów dać o sobie znać, bo problemy rolników się nawarstwiają. - Przyłączę się do każdego, kto będzie walczył o dobro rolników i o dobro Polski - twierdzi. Podkreśla jednak, że protesty powinny być przygotowane "z głową" - wspólnie przez całe środowisko. Tylko wtedy mogłyby przynieść realny skutek.
Sam wybiera się - jako reprezentant rolników - na Marsz Niepodległości 11 listopada do Warszawy. Pojawiają się nieoficjalne głosy, że ma być na nim większa grupa reprezentantów wsi. - Zachęcam też innych, aby się przyłączyć, pokojowo, spokojnie - mówi Wilgus.
Do zapowiedzi protestów - po spotkaniu w Ministerstwie Rolnictwa - odniósł się minister Krajewski. - Każdy ma prawo do strajku, do protestu, do wyjścia na ulicę. Choć ja uważam, że problemy warto i można rozwiązywać w dialogu, w wielu innych miejscach niż na ulicy - powiedział.