Ratownicy przez cały dzień szukali dwóch turystów w Tatrach. Teraz Słowacy wystawią im słony rachunek

Nawet kilka tysięcy euro może kosztować wycieczka w Tatry Wysokie dwóch turystów, którzy zgubili szlak i nikogo nie powiadomili, że nie wrócą do schroniska. Zeszli na słowacką stronę. Mężczyzn przez cały dzień szukali ratownicy z Polski i Słowacji.

Od rana ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego poszukiwali dwóch taterników, którzy nie wrócili na noc ze wspinaczki. Wychodząc ze schroniska w Morskim Oku, wpisali do książki wyjść, że wybierają się na Mięguszowiecki Szczyt Wielki. W miejsce godziny powrotu wpisali, że wrócą po zmroku.

Szukał ich śmigłowiec

Kiedy nie wrócili, ratownicy rozpoczęli poszukiwania z użyciem śmigłowca. Niski poziom chmur nie pozwolił dotrzeć do kopuły szczytu. W tej sytuacji o pomoc poproszona została Horska Zahranna Služba, której ratownicy wyszli z Popradzkiego Plesa do Doliny Hlinskiej, przez którą prowadzą drogi zejściowe ze szczytu.

Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Kiedy po południu poprawiła się pogoda, ponownie na poszukiwania wyruszył śmigłowiec z dwoma grupami ratowników, którzy mieli patrolować drogi zejściowe.

W międzyczasie ze schroniska w Morskim Oku przyszła wiadomość, że poszukiwani taternicy cali i zdrowi zameldowali się w schronisku.

Jeśli nie ma wpisu o powrocie, będzie poszukiwanie

Okazało się, że po zakończeniu wędrówki po godz. 18 mieli problemy z zejściem ze szczytu. Jest to teren stromy, skomplikowany; może być pułapką dla osób nieprzygotowanych topograficznie. Taternicy zeszli przez Dolinę Hlińską do Strbskego Plesa.

- A stamtąd samochodem dotarli do Polski - mówi ratownik dyżurny TOPR Witold Cikowski. - My żałujemy, że na swojej drodze nie spotkali nikogo z telefonem, że nie zadzwonili do rodziców lub służb ratunkowych z informacją, że wszystko jest w porządku; jest to przykład braku odpowiedzialności - dodaje ratownik.

Każdy wpis do książki wyjść jest weryfikowany; jeżeli nie ma adnotacji, że z danej wycieczki wrócono, ratownicy TOPR w takiej sytuacji na pewno rozpoczną wyprawę poszukiwawczą.

- Za poszukiwania prowadzone przez Słowaków zostanie wystawiona faktura. Na razie nie wiemy, jaką kwotą obciąży taterników HZS, natomiast za działania TOPR-u nie zapłacą - informuje ratownik dyżurny.

Warto kupić ubezpieczenie

- Wybierając się na górskie wycieczki, a szczególnie kiedy drogi turystyczne prowadzą na szczyty będące na granicy, zaleca się wykupienie ubezpieczenia za udzielenie pomocy przez ratowników słowackich - radzi Zdzisław Chmiel, przewodnik tatrzański.

Takie ubezpieczenie można wykupić w większości zakopiańskich biur podróży; kosztuje mniej więcej 1,5 euro za dzień. - Można też wykupić je w punktach informacji turystycznej lub bramkach wejściowych na górskie trasy - dodaje Sławomir Jankowski, przewodnik górski. Koszt ubezpieczenia na Słowacji wynosi od 40 eurocentów w Słowackim Raju do 1 euro w Tatrach Wysokich.

Ubezpieczenie pokrywa koszt akcji ratunkowej, który na Słowacji jest wysoki i może dojść do kilku tysięcy euro. Zależy od liczby ratowników i ilości wykorzystanego sprzętu.

W Polsce od wielu lat toczy się dyskusja, czy takie ubezpieczenie powinno być wprowadzone. Obecnie działalność służb ratowniczych, w tym górskich, finansowana jest z budżetu MSWiA, sponsorów i datków.

DOSTĘP PREMIUM