Matura z dziewictwa Maryi [FELIETON ŚRODY]

Biskupi polscy, którzy od jakiegoś czasu stanowią bardzo jednolite intelektualnie i wybitnie roszczeniowe ciało, domagają się matury z religii.

Biskupi piszą, że "w ustroju demokratycznym domaganie się prawa do egzaminu maturalnego z religii jest naturalne". W ustroju demokratycznym rzeczywiście jest rzeczą naturalną domaganie się różnych praw. Na przykład prawa do aborcji czy prawa do zapłodnienia in vitro, również prawa do legalizacji związków partnerskich. Demokracja zakłada bowiem różnorodność i równość w podejściu do prawa, wyklucza natomiast fundamentalizm religijny i dyktat jednej ideologii. Zapewne dlatego biskupi na co dzień nie lubią demokracji, bo jej wartości są sprzeczne z monopolem Prawdy, który biskupi - jak sądzą - posiadają. Bywa, że biskupi, przyglądając się demokracji, nazywają ją "cywilizacją śmierci" i w czambuł potępiają. Bo biskupom i demokracji na co dzień nie jest po drodze.

Demokracja, na która powołują się tak niespodziewanie biskupi, wymaga, by każda instytucja życia publicznego miała przejrzysty charakter i to zarówno pod względem ekonomicznym, jak i obyczajowym. Biskupi należą do świata, który się temu opiera; Kościoły nie są bowiem przejrzyste ani pod względem finansowym, ani obyczajowym (podlegają prawu kanonicznemu, co najczęściej znaczy, że np. księża za akty pedofilii są przenoszeni do innej plebani, a nie do więzienia). Dlatego niepomiernie dziwi, dlaczego biskupi nagle powołują się na demokracje i jej prawa. Chcąc wprowadzić maturę z religii, logiczniej byłoby powoływać się na Świętą Rację, na racje Watykanu, na wyjątkową pozycję katolicyzmu, na Jedyną Prawdę lub otwartym tekstem powiedzieć: albo zwiększenie wydatków na Kościół, albo matura z religii, czyli kolejna afera ideologiczna. Biskupi nie lubią jednak otwartych tekstów.

Roszczeniowość biskupów w tym względzie jest wyjątkowo szkodliwa. Młodzi ludzie już dziś tracą kilkaset godzin w ciągu swojej edukacji na lekcje religii, które na nic się nie przekładają: ani na wiarę (w Polsce procesy laicyzacji nabierają niewiarygodnego tempa), ani na postawy moralne (dzięki religii nie zmienił się ani poziom przemocy, ani uczciwości, ani praworządności), ani na wiedzę (licealiści nie mają pojęcia o Biblii). To stracony czas, stracone możliwości i stracone pieniądze, oczywiście dla państwa, bo Kościół, dzięki państwowej katechezie nieźle sobie dorabia.

Domaganie się w tej sytuacji matury z religii jest po pierwsze dziwaczne, po drugie szkodliwe. Dziwaczne, ponieważ trudno sobie wyobrazić egzamin z wiary, miłości bliźniego czy dziewictwa Maryi. Szkodliwe, ponieważ obniżyłoby to rangę szkoły jako miejsca, gdzie - w przeciwieństwie do Kościoła - zdobywa się wiedzę, która podlega obiektywnym kryteriom weryfikacji.

Rozumiem taktykę Kościoła, który jest gotowy straszyć horrorem matury z religii, aby uzyskać od rządu większą składkę niż zakładana w negocjacjach przez ministra Boniego. Nie zrozumiem rządu, który na ten szantaż pójdzie. Z drugiej jednak strony myślę sobie, że dziś nic tak nie przyspiesza procesów laicyzacji w Polsce jak szkolna katecheza, więc - być może - matura z religii procesy te zwielokrotni. A że przy okazji obniży się standard nauczania i kryteria wiedzy, trudno - Polska laicka warta jest tych kosztów.

DOSTĘP PREMIUM