advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Polska

Lekarze sprzeciwiają się "punktom od ordynatora" przy przyjmowaniu na specjalizację. "Promowanie kolesiostwa"

3 min. czytania
08.06.2020 14:55
Lekarze z całej Polski sprzeciwiają się prawu, które - ich zdaniem - może prowadzi do patologii, w tym nepotyzmu. Mowa o zapisie, który znalazł się w nowej Ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. W myśl zapisu kandydaci na specjalizację będą mogli otrzymać dodatkowe punkty za tzw. list intencyjny. - Kiedyś były niesprawiedliwe punkty za pochodzenie, a dzisiaj to. Co za absurd! - mówią nam sami lekarze.
|
|
fot. Roman Jocher / Agencja Wyborcza.pl

Jeśli kandydat na specjalizację np. z neurologii, endokrynologii czy kardiologii dostanie od ordynatora lub dyrektora szpitala list intencyjny, będzie miał większe szanse, by dostać się na specjalizację, bo dostanie za to dodatkowe punkty.

- Załóżmy, że procesie rekrutacji dwie osoby będą miały różne punktacje z Lekarskiego Egzaminu Końcowego, czyli LEK-u. I może być tak, że osoba z mniejszą liczbą punktów, która będzie miała ten list intencyjny - będzie miała pierwszeństwo w dostaniu się na rezydenturę, a nie ta, która zdała egzamin lepiej - mówi dr Renata Florek-Szymańska, członkini Porozumienia Chirurgów "Skalpel".

Lekarze zwracają uwagę, że absolwent medycyny z lepszym wynikiem z egzaminu, jeśli nie będzie mieć listu polecającego, może mieć po prostu "pod górkę". - Bo osoba, która Lekarski Egzamin Końcowy zda gorzej, jednak ostatecznie punktami wygra i wysunie się na prowadzenie - słyszymy.

Po co ta uznaniowość?

Lekarze zwracają uwagę, że dawanie dodatkowych punktów za list intencyjny wprowadza pewną uznaniowość w procedurze rekrutacyjnej. Może się bowiem okazać, że żeby otrzymać list, wystarczy mieć w rodzinie lekarzy, którzy są w dobrych stosunkach z ordynatorem lub dyrektorem

- Tego typu zapisy mogą stanowić podłoże do wszelkiego rodzaju potencjalnych epizodów łamania prawa,do nepotyzmu, kumoterstwa, czyli tego wszystkiego, z czym do tej pory Polacy walczyli. I środowisko lekarskie również - mówi dr Florek-Szymańska.

Jak twierdzi, sama dostała się na specjalizację bez żadnych znajomości czy poleceń. Pochodzi z małej miejscowości na Lubelszczyźnie, nie miała w rodzinie lekarzy, ale bycie medykiem było od dziecka jej marzeniem. Pięła się w górę, choć nie było łatwo. Osób takich, jak ona, jest w Polsce wiele. Do tej pory miały szansę na dostanie się na specjalizację dzięki swojej sumiennej pracy, zaangażowaniu, bardzo dobrym wynikom, a nie listom polecającym. A teraz? Może być z tym różnie.

'Prezydencie, błagam o weto'

- Pomysł Ministerstwa Zdrowia jest niezgodny z zasadami, które obowiązują na Zachodzie, choćby w Niemczech. Tam nie ma możliwości, aby syn ordynatora realizował program specjalizacji w jego szpitalu, na jego oddziale. U nas niestety ta praktyka bywa stosowana - mówi z kolei dr Krzysztof Hałabuz, też chirurg. - Doświadczenia od wielu lat pokazują, że są określone personalne preferencje, jeśli chodzi o kandydatów na miejsca specjalizacyjne. Bardzo często było to związane ze zjawiskiem nepotyzmu - dodaje nasz rozmówca.

'Panie Prezydencie, błagam o weto' - napisał z kolei na Twitterze Jakub Kosikowski, lekarz rezydent, który aktualnie pracuje w Puławach.

Nowy przepis znalazł się w ustawie, przegłosowanej już przez Sejm. Lekarze liczą, że Senat go usunie, a w ostateczności - że prezydent nie podpisze ustawy. - Czasy punktów za pochodzenie już były. Czy naprawdę musimy do takich praktyk wracać? Mamy promować kolesiostwo i znajomości? - pyta jeden z lekarzy z Warszawy.

Co na to Ministerstwo Zdrowia?

- To nie jest zapis, który ma uprzywilejowywać kogoś z uwagi na znajomości czy kontakty. To jest zapis, który ma dawać pewien handicap (specjalne warunki stworzone dla pewnej grupy, aby wyrównać szanse - red.) osobom, które sobie sprawnie radziły na stażu w szpitalu. Można rzec, że to jest handicap dla tych osób, które wykazały się umiejętnościami praktycznymi w zakresie medycyny, w zakresie konkretnej pracy lekarza. Jeżeli osoba, pod której nadzorem dany stażysta odbywał staż, widzi, że to będzie dobry lekarz, to taki fakt warto docenić i warto by za to były przyznane punkty - tłumaczy rzecznik ministra zdrowia, Wojciech Andrusiewicz.

Lekarze jednak w te tłumaczenia nie wierzą. Podkreślają, że tego typu "uznaniowe udogodnienia" nie powinny mieć miejsca. Przeciwko punktom za "list intencyjny" protestuje m.in. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy.

"Zarząd Krajowy OZZL zdecydowanie sprzeciwia się wprowadzeniu do ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty przepisu o tzw. „listach intencyjnych" zapewniających dodatkowe punkty w postępowaniu kwalifikacyjnym, dających pierwszeństwo w odbywaniu szkolenia specjalizacyjnego i gwarantujących zatrudnienie w określonej jednostce prowadzącej szkolenie. W ocenie OZZL, podobnie jak praktycznie wszystkich środowisk i organizacji lekarskich, powyższe rozwiązanie przyczyni się do powstania patologicznych zachowań będących wyrazem nepotyzmu i korupcji. Może również podzielić środowisko lekarskie, skutkując brakiem zaufania zarówno do organów nadzorczych, jak i kolegów i koleżanek lekarzy" - czytamy na stronie związku.