Transpłciowej Joannie szef kazał nosić męski uniform. Nie chciała, poszła do sądu. Właśnie zapadł historyczny wyrok

Pani Joanna, osoba transpłciowa, chciała pracować w jednym z hoteli w Warszawie w ochronie. Miała być zatrudniona przez zewnętrzną firmę ochroniarską. Problem w tym, że w papierach Joanny wciąż była wpisana płeć męska. I zaczęły się schody.
Zobacz wideo

W sprawie pani Joanny zapadł historyczny wyrok. Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając w drugiej instancji, uznał, że polskie prawo zakazuje dyskryminacji w miejscu zatrudnienia ze względu na tożsamość płciową. To wyrok prawomocny - tym bardziej istotny, że w pierwszej instancji sąd miał zupełnie inne zdanie.

Wszystko zaczęło się od tego, że Joanna Żelek odpowiedziała na ogłoszenie jednej z agencji ochroniarskich. Pomyślnie przeszła proces rekrutacji i podpisała umowę o pracę. Co ważne - jako kobieta.

Gdy miała podjąć zatrudnienie, dostała żeńskie umundurowanie. Dość nieoczekiwanie, wbrew wcześniejszym ustaleniom, jeden z szefów próbował zmusić ją do wymiany żeńskiego uniformu na męski. Kobieta odmówiła. - Rozbiłam się o ścianę, o którą nie spodziewałam się rozbić. Myślałam, że będę miała środki na życie, które były mi bardzo potrzebne. A spotkałam się z przeszkodą w postaci umundurowania - opowiada nasza rozmówczyni.

Sprzeciw pracodawcy

W efekcie pani Joanna nie została dopuszczona do pracy. Pracodawca jako powód swojej decyzji podał rozbieżność pomiędzy wyglądem zewnętrznym pani Joanny a oznaczeniem jej płci metrykalnej w posiadanych przez pracodawcę dokumentach. Kobieta rzeczywiście jeszcze wtedy miała w dokumentach dane męskie.

Pani Joanna pracy więc nie podjęła, ale postanowiła, że sprawy nie odpuści. Złożyła więc pozew przeciwko agencji - uznała, że doszło do dyskryminacji. Przed sądem kobietę wsparli prawnicy Kampanii Przeciw Homofobii.

Walka nie była łatwa. - Pierwsza instancja była przez nas przegrana. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa oddalił powództwo, twierdząc, że w tej sprawie absolutnie nie doszło do naruszenia zasady równego traktowania, nie doszło do dyskryminacji bezpośredniej i molestowania pani Joanny - wspomina mecenas Karolina Gierdal z KPH.

Jak tłumaczy, sąd uznał, że Joanna wysyłając swoje CV podała się za kobietę, a w tym momencie jeszcze nie przeszła formalnie przez proces uzgodnienia płci. - Sąd orzekł, że gdyby to już na wstępie ujawniła, to na pewno uniknęłaby wszystkich tych zdarzeń. Sąd uznał nawet zachowanie pani Joanny za naganne, mimo tego, że nie ma żadnego prawnego obowiązku, by wpisywać w CV imię zgodne z dowodem osobistym - mówi prawniczka.

Zmiana umundurowania? Sąd: Przecież kobiety już w XIX wieku nosiły spodnie

- Sąd doszedł do wniosku, że zmiana umundurowania na męskie nie może upokarzać pani Joanny, ponieważ kobiety od XIX wieku noszą spodnie, a więc nic się nie wydarzyło. Sąd stwierdził przy tym, że pani Joanna może podkreślać swoją kobiecość, nosząc makijaż albo apaszkę - relacjonuje mec. Gierdal.

Kobieta razem ze swoimi prawnikami odwołała się od wyroku. - Sąd drugiej instancji podzielił wszystkie zastrzeżenia, które mieliśmy do pierwszego orzeczenia. Padło przy tym wiele istotnych słów, które sprawiają, że ta sprawa jest przełomowa i historyczna - ocenia adwokatka.

Prawniczka dodaje, że orzeczenie sądu okręgowego zostało wydane na podstawie ustawy, którą stosuje się niezwykle rzadko. Chodzi o Ustawę o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania. Prawnicy mówią o niej Ustawa Równościowa albo Ustawa Antydyskryminacyjna.

- Jest ona wykorzystywana rzadko, bo nie chroni wszystkich osób przed dyskryminacją. Wydziela jedynie pewne obszary, w których tej dyskryminacji zakazuje, ale nie w każdym z tych obszarów w taki sam sposób przyznaje ochronę - tłumaczy prawniczka.

- Sąd powiedział, że takie potraktowanie pani Joanny i zmuszanie jej do noszenia męskiego umundurowania stanowiło o jej dyskryminacji bezpośredniej, ale też o jej molestowaniu, ponieważ to upokorzyło kobietę - mówi Karolina Gierdal. Zwraca uwagę na to, że sąd wyraźnie podkreślił, iż pracodawca zupełnie niesłusznie skupił się na tym, co pani Joanna miała wpisane w dokumentach. - Sąd stwierdził, że nie powinno tak być. Uznał, że ważniejsza jest tożsamość płciowa pani Joanny, czyli to, kim jest i kim się czuje, a nie to, co ma w papierach - wyjaśnia.

Radość z wyroku? Nie do końca

- Ten wyrok na gruncie prawnym jest naszym wielkim sukcesem. I cieszę się, że sąd uwierzył, że byłam dyskryminowana, a powodem tej dyskryminacji była moja transpłciowość. Ale z drugiej strony, to upokarzające, że finansowo była to walka o odszkodowanie w wysokości niecałych 1500 zł. Czuję się podwójnie upokorzona: po raz pierwszy przez to, co w ogóle się wydarzyło, a po raz drugi przez to, jak firma do tego podeszła i z czym musiałam się zmierzyć. Gdyby nie fakt, że mam w sobie wolę walki i wiedziałam, że muszę poprosić o pomoc Kampanię Przeciw Homofobii, to naprawdę zostałabym pożarta przez tą firmę, gdybym sama podjęła się walki na drodze sądowej - mówi nam pani Joanna.

- Mam nadzieję, że ten wyrok doda odwagi wielu innym osobom i zachęci je do walki o własne prawa. Uświadomi, że mają nie tylko teoretyczne prawo, ale również realną możliwość obrony – dodaje.

DOSTĘP PREMIUM