Turyści licytują się na zdjęcia z gór, zdobywając je quadami i paralotniami. Naczelnik GOPR: To szukanie guza

Wielu turystów przyciąga do gór głód emocji. Są coraz bardziej pomysłowi w wyszukiwaniu nowych sposobów zaspokajania tego łaknienia: jeżdżą po górach quadami, skuterami śnieżnymi, samochodami terenowymi, latają nad szczytami paralotniami. - Pchanie się w góry bez przygotowania to szukanie guza - mówi naczelnik GOPR Jerzy Siodłak. Jak dodaje, kiedyś ratownicy mieli do czynienia głównie ze złamanymi nogami, teraz spotykają się z bardziej skomplikowanymi urazami, np. wielonarządowymi.

Ratownicy GOPR dostają informację, że w okolicach szczytu Romanki w Beskidzie Żywieckim zaginął mężczyzna. Sprawę zgłasza jego partnerka. Jest przestraszona i spanikowana. Chaotycznie mówi, że chłopak zostawił ją na szlaku. Zanim poszedł w las "za potrzebą", powiedział, by szła dalej, a on ją dogoni. Ruszyła więc w dół, mając nadzieję, że po chwili usłyszy za sobą jego kroki. Jednak mijały kolejne minuty, a jego nie było. Poczuła lęk, że za bardzo się od niego oddala. Zawróciła i dotarła do miejsca, w którym się rozdzielili. Zaczęła go wołać, ale odpowiedziała jej cisza. Szukała go bez skutku.

- Sprawa od początku była dla nas niejasna. Bo dlaczego kazał jej iść dalej, zamiast zaczekać? Dlaczego do niej nie wrócił? Nazwałem tę sytuację "cudownym wniebowstąpieniem", bo człowiek był na szlaku i nagle wyparował. Ale mimo że pytań było więcej niż odpowiedzi, musieliśmy działać - mówi Jerzy Siodłak, ratownik górski i naczelnik GOPR.

Ratownicy pakują sprzęt i zaczynają akcję poszukiwawczą, dowodzenie nią obejmuje Jerzy Siodłak. Docierają do miejsca, gdzie zaginiony mężczyzna zszedł ze szlaku. Nie znajdują jednak jego śladów, bo wiatr zatarł je na śniegu. Szukają go przez dwa dni i noc. W którymś momencie Siodłak myśli, że odnajdą już tylko jego zwłoki, bo zaginiony był za długo na zimnie. Ale następuje zwrot akcji.

- W końcu na niego natrafiliśmy. Siedział w lesie odmrożony, poraniony, a jego ubranie było poszarpane, jakby go jakieś dzikie zwierzę zaatakowało. Wszystko dlatego że spadł z oblodzonego zbocza, ocierając się o drzewa. Gdyby było bardziej strome, pewnie by już nie żył. Znajdował się w hipotermii, więc był otępiały i nie mogliśmy złapać z nim kontaktu. Próbowaliśmy dociec, co się stało, ale wiele żeśmy się nie dowiedzieli. Z niewiadomych przyczyn poszedł w zupełnie inną stronę, niż zapowiedział swojej dziewczynie – wspomina naczelnik GOPR.

Ratownicy transportują go na noszach z gór i przekazują na pogotowie. Dla nich każda akcja, która się tak kończy, to wielki sukces.

Do dzisiaj jednak zagadka zniknięcia mężczyzny na szlaku nie została wyjaśniona. Jerzy Siodłak ma swoją teorię. - Z ratowniczego doświadczenia wiem, że takie dziwne sytuacje często wynikają z zakłóconych relacji między partnerami. Nie dopytujemy więcej, niż musimy wiedzieć, bo nie chcemy nikomu wchodzić z butami w życie prywatne. Jednak pewne informacje musimy mieć, żeby akcja ratownicza była skuteczna. Gdy ich nie dostajemy, robimy za Sherlocków Holmesów, czyli łączymy fakty i domyślamy się, co mogło się stać w górach między ludźmi – opowiada naczelnik GOPR.

Jak dodaje, ratownicy niekiedy przyjmują zgłoszenia, że ktoś poszedł danym szlakiem i nie odzywa się od trzech dni. A później odnajduje się na drugim końcu Polski.

Głód emocji, który zaspokaja się w górach

Polskie góry biją rekordy popularności wśród turystów. Według wyliczeń Tatrzańskiego Parku Narodowego, w lipcu same Tatry odwiedziło ponad 760 tys. ludzi. To o 100 tys. więcej niż w rekordowym do tej pory 2017 roku. - W pandemii ludzi było o wiele mniej w górach, a co za tym idzie mieliśmy mniej interwencji. Wtedy ośrodki narciarskie, schroniska i hotele były zamknięte. Teraz wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Mamy ręce pełne roboty – mówi Jerzy Siodłak.

Wielu turystów przyciąga do gór głód wrażeń i emocji. Są coraz bardziej pomysłowi w wyszukiwaniu nowych sposobów zaspokajania tego łaknienia. - Kiedyś zimą były zjazdy na nartach, a wiosną i latem turystyka piesza. Tyle. Nikt nie mówił o jeżdżeniu po górach konno, rowerami, quadami, skuterami śnieżnymi, samochodami terenowymi. Nikt nie myślał o lataniu nad szczytami paralotnią (paragliding). Ani o pływaniu po górskich rzekach na kajakach i pontonach (rafting). Teraz oferują to agencje turystyczne i przyciągają tym ludzi – stwierdza ratownik.

Często ten głód zaczyna się, gdy ktoś do mediów społecznościowych wrzuca swoje zdjęcie z gór, a inni podejmują wyzwanie i ścigają się z nim na te fotografie. Każdy stara się wyjść/wjechać/wlecieć wyżej albo po prostu w bardziej efektowny sposób, żeby mieć się czym pochwalić w Internecie. - Nie jesteśmy od tego, by oceniać, ale przestrzegamy, że pchanie się w góry bez przygotowania to szukanie guza – podkreśla naczelnik GOPR.

Jak dodaje, niektórzy turyści nawet nie wiedzą, dokąd idą czy jadą. Nie spojrzeli na mapę, nie przeczytali nic o danym szczycie czy szlaku, nie myślą o zasadach bezpieczeństwa. - Namawiamy ludzi do korzystania z aplikacji Ratunek, którą ściąga się na smartfon. Jak ktoś się w górach zgubi, potrzebuje pomocy, to może ją uruchomić. Pojawia się wtedy na naszych mapach i wiemy, gdzie się znajduje. Znamy też jego numer telefonu, więc możemy od razu zadzwonić, żeby rozeznać się w jego sytuacji, a gdy trzeba, ruszyć mu na ratunek - wyjaśnia.

Kolejne mody na szukanie emocji w górach są wyzwaniem dla ratowników. Mają oni ok. 8 tys. wezwań rocznie, a ta liczba stale rośnie. - Kiedyś chodziło głównie o złamane nogi, teraz spotykamy się z bardziej skomplikowanymi urazami, np. wielonarządowymi, bo ludzie z gór zjeżdżają coraz szybciej na różnych pojazdach. Do tego ostatnio pojawiła się moda zdobywania szczytów w strojach kąpielowych i to zimą, w skrajnych warunkach, więc częściej sprowadzamy poszkodowanych w stanie hipotermii – opisuje.

Mówi, że wielu turystów traktuje wyjścia w góry jak wycieczki do parku. Nie zdają sobie sprawy ze swoich ograniczeń, np. lęków wysokościowych i przestrzennych, dlatego sparaliżowani strachem popełniają błędy, które w górach mogą skończyć się śmiercią. A o zdobywaniu szczytów w klapkach, sandałach czy szpilkach, nawet nie chce wspominać. - To taniec na linie – ucina.

- Dowodem na to, jak potrafi być niebezpiecznie w górach, gdy w jednym miejscu znajdzie się więcej nieprzygotowanych osób, jest sytuacja sprzed dwóch lat. Burza szła, a ludzie pchali się na Giewont, nie mając świadomości, że proszą się o kłopoty. Uderzył piorun i ponad 100 osób zostało rannych, niektórzy poważnie - wspomina.

Gałązka kosodrzewiny oznacza śmierć

Reanimacja czasem trwa koło godziny, a i tak nie udaje się przywrócić poszkodowanemu funkcji życiowych. Niekiedy obrażenia są tak duże, że ratownicy nie mają już żadnego pola do działania. - Docieramy na miejsce i widzimy, że ktoś od dłuższego czasu nie ma funkcji życiowych. Patrzymy na jego rozległy uraz wielonarządowy i na drzewa, po czym już wiemy, że się o nie roztrzaskał. Podejmowanie się jego reanimacji mogłoby być nieetyczne. Bo to jak próba wskrzeszenia na siłę umarłego. Ale jeśli jest tylko cień szansy, że możemy pomóc, to działamy – mówi Jerzy Siodłak.

Jak dodaje, ratownicy mają "smutny obowiązek" zniesienia ciała zmarłego w doliny. Chowają je do specjalnego worka i przypinają pasami do noszy. W te pasy wplatają gałązkę kosodrzewiny. - To tradycja przekazywana przez ratowników z pokolenia na pokolenie. Taki symboliczny gest szacunku dla zmarłego – wyjaśnia naczelnik GOPR.

W takich sytuacjach ratowników dopadają pytania: "Czy jeszcze coś można było zrobić?", "Może dało się dotrzeć do poszkodowanego szybciej?", "Może wybraliśmy nie ten sprzęt?". - To są takie ludzkie wątpliwości. Nie uciekamy po akcji od razu do domu, tylko rozmawiamy ze sobą w bazie, by się wesprzeć. Wyrzucamy z siebie też trudne emocje. To taki detoks psychiki u ludzi, którzy wzięli właśnie udział w dramatycznej sytuacji. Analizujemy również akcję, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość – opowiada.

Każdą taką akcje ratownicy opisują, wrzucają w tabelki i robią z tego statystyki, bo takie mają wymogi. Jednak w tabelkach nie ma tych emocji, które czują ratownicy. Bo dla nich każda akcja jest inna. Inny jest każdy poszkodowany i inne są przeżycia ratowników – zarówno po powrocie do bazy, jak i przy jej opuszczaniu.

- Ruszając z pomocą, zawsze czujemy napięcie. Nie wiemy, w jakim stanie będzie poszkodowany, bo opis zgłoszenia często odbiega od tego, co widzimy na miejscu. Wieloletnie doświadczenie powoduje, że podchodzimy do akcji trochę spokojniej i pewniej, ale zawsze czujemy stres. Ratownik, który niczego się nie boi, powinien być od razu wycofany ze służby, bo staje się zagrożeniem dla innych i dla samego siebie – tłumaczy Jerzy Siodłak.

"Widzieliśmy tysiące zwłok"

Do zawodu przygotowały go doświadczenia, które przywiózł z Armenii w 1988 roku. Doszło tam wtedy do trzęsienia ziemi, w wyniku którego zginęło ponad 25 tys. ludzi, a 15 tys. zostało rannych. Siodłak był wtedy początkującym ratownikiem. - Od razu wpadłem na głęboką wodę. Bo to była wielka katastrofa, ogrom dramatów ludzkich, przytłaczające przeżycie. Wraz z kolegami ratowaliśmy ludzi, widzieliśmy tysiące zwłok. To dramatyczne obrazy, które zostały mi w głowie do dzisiaj. Musiałem je wewnętrznie przetrawić, bo inaczej musiałbym wycofać się ze służby, nie byłbym wstanie poradzić sobie z tym napięciem - opowiada.

Druga wielka akcja ratownicza, która zostawiła w nim ślad, miała miejsce w Raciborzu w 1997 roku. - To była słynna "powódź tysiąclecia". Nie miało to z górami nic wspólnego, ale zostaliśmy wezwani, żeby wykorzystać to, czego uczymy się w ratownictwie górskim, do niesienia pomocy ofiarom klęski żywiołowej. Upięty na linie pod śmigłowcem ewakuowałem ludzi z balkonów i dachów zalanych domów. Innym w ten sposób dostarczałem żywność i wodę, żeby ich ratować. Ta rozpacz ludzi i ich dramaty zostaną już ze mną na zawsze - mówi.

"Polskie argumenty dziękczynne"

Zazwyczaj poszkodowany jest wdzięczny ratownikom, którzy przyszli mu z pomocą, choć szansę na okazanie tej wdzięczności ma dopiero po wielu miesiącach. - Znosimy człowieka z gór i przekazujemy go na pogotowie, skąd często trafia na długie leczenie do szpitala. Potem zachodzi do naszej bazy z bombonierką albo innymi polskimi argumentami dziękczynnymi, np. wódką – śmieje się Jerzy Siodłak.

Dodaje, że tak było z paralotniarzem latającym nad górami, który uderzył w drzewo i stracił przytomność. - Leciał na skrzydle, musiało go wynieść wysoko, a potem strącić w dół. Powiesił się na drzewie, miał bardzo poważny uraz głowy, było z nim źle. Ściągnęliśmy go i udzieliliśmy mu pomocy. Ale gdy przekazywaliśmy go lekarzom, mieliśmy wątpliwości, czy przeżyje. Na szczęście mu się udało. Miał długą rehabilitację, więc dopiero po półtora roku przyszedł do nas i strasznie nam dziękował. To zawsze miły gest, bo przecież robimy to dla ludzi – podkreśla naczelnik GOPR.

Turyści, którzy po przybyciu ratowników są przytomni, zwykle cieszą się na ich widok, ale zdarzają się sytuacje, gdy ktoś ma pretensje, że tak długo musiał czekać. - Niekiedy ludziom się wydaje, że jesteśmy jak taksówka albo karetka, po którą zadzwonią i od razu po nich przyjedzie. A to nie jest asfaltowa droga w mieście, po której dojedziemy do pacjenta na sygnale. Owszem, czasem potrzebujemy kilku minut na dotarcie samochodem terenowym, quadem czy skuterem, ale niekiedy trudne warunki nie pozwalają na użycie pojazdu ani śmigłowca. Potrzebujemy wtedy kilku godzin na dojście do poszkodowanego – wyjaśnia.

- To wszystko jednak głupoty, a nie chciałbym, żeby utonęła w nich istota naszej pracy. A nią jest pomaganie innym. To daje nam ogromną satysfakcję i rekompensuje trudne przeżycia, których w tym fachu doświadczamy – puentuje Jerzy Siodłak.

Przeczytaj historie o ludziach, którzy ratują innym życie:

DOSTĘP PREMIUM