Usnarz Górny. To nie jest żywa broń. To ludzie

Afgańskie kobiety z Usnarza nie chcą jeść i pić. To nie protest. Funkcjonariusze państwa polskiego, ludzie w mundurach z orłem w koronie, nie zamierzają zapewnić im minimum intymności. I one się nie mają gdzie wysikać.
Zobacz wideo

Problemów w Usnarzu jest więcej. Obozowisko leży na skraju mokrej łąki, w cieniu olchowego zagajnika. Zagajnik jest w Białorusi, od wschodu, więc słońce, które mogłoby ogrzać i wysuszyć, pojawia się dopiero około południa. Ludzie z długą bronią i zasłoniętymi twarzami, za to z orłem w koronie na czapkach i hełmach. Hałasujące ciężarówki, ujadający pies białoruskich służb. Śmigłowce latające tuż nad głową. Jest kaszel, chore nerki, kręgosłup po operacjach i spanie na ziemi, na zmianę, bo wszyscy naraz się przy ognisku nie mieszczą. Są muchy i komary – tych ostatnich najwięcej o świcie i zmierzchu. I tak od kilkunastu dni, z każdym kolejnym jest tylko gorzej, zimniej, bardziej mokro.

Tak z bliska wygląda kryzys humanitarny. I chociaż wyjście wydaje się na wyciągnięcie ręki, to go nie ma.

Spokojna granica

Granica między Polską a Białorusią mierzy około 400 kilometrów. Na południu biegnie po Bugu. Potem krótki, otwarty odcinek pod Puszczą Białowieską. Dalej kilkadziesiąt kilometrów głębokiego lasu i bagien, przechodzących płynnie w dolinę rzeki Świsłoczy; przejść z Białorusi do Polski na piechotę raczej trudno. Sytuacja zmienia się w okolicach Krynek. Tam granicę wytyczono od linijki, prowadzi skrajem pól i zagajników, właściwie aż do Puszczy Augustowskiej i Litwy.

Mimo swojej dostępności nie była wykorzystywana przez osoby szukające w Europie bezpieczeństwa czy lepszego życia. W ostatnich latach łapano na niej rocznie po 100, 150 osób.

W czerwcu zaczęło się to zmieniać. Najpierw zatrzymywano po kilkudziesięciu migrantów w tygodniu, potem, już w sierpniu, tuż po tym, jak Polska udzieliła ochrony międzynarodowej białoruskiej olimpijce Kriscinie Cimanouskiej, kilkaset osób w jeden weekend.

Straż przestała udzielać informacji, ale grupy migrantów widać było na terenach przygranicznych właściwie codziennie.

Migranci na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu GórnymMigranci na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu Górnym Fot. Grzegorz Dabrowski / Agencja Gazeta / / Agencja Gazeta

Jeśli wierzyć statystykom, które opublikowało kilka dni temu MSWiA, tylko w sierpniu zieloną granicę z Białorusią miało próbować przekroczyć 2 tysiące osób, z czego 800 się udało. W jaki sposób pozostałych 1200 nie weszło do Polski, ministerstwo nie wyjaśnia. Innej możliwości, niż fizycznego odepchnięcia od granicy, nie ma. To w myśl prawa międzynarodowego nielegalne.

To są konkretni ludzie

Wróćmy na podmokłą łąkę pod Usnarzem Górnym, kilka kilometrów na północ od Krynek. Czyli tam, gdzie granicę z Białorusią przekroczyć już łatwo. Straż Graniczna nie wyjaśnia, skąd wzięli się obozujący na granicy migranci. Sugeruje, że chcieli tędy wejść do Polski, ale im zabroniono. Białorusini nie pozwolili im się cofnąć i stąd cały problem. Ale w sumie, tu ciąg dalszy oficjalnego przekazu, to nie jest problem Polski, bo obcy są po białoruskiej stronie.

Wersja samych mieszkańców obozowiska jest jednak inna. Otóż mieli się oni, kilkanaście dni temu, przedostać w kilku grupach na teren Polski. Tu, po kilku godzinach i w sporej odległości od granicy, miała ich złapać policja i przekazać straży. Strażnicy mieli ich zapakować w ciężarówki i zapowiedzieć, że pojadą do ośrodka, gdzie będą mogli wnioskować o pomoc. Zamiast tego trafili na łąkę pod Usnarzem, gdzie kolbami przepędzono ich na Białoruś.

Dziennikarze próbują zweryfikować tę opowieść, na razie bezskutecznie. Jest więc słowo uchodźców przeciw sugestii władzy. Ale jest też konsekwentne, bezduszne i – zdaniem specjalistów - bezprawne zachowanie państwa, które opowieść obozujących migrantów uprawdopodobnia. Łatwo się mówi „migranci". Z bliska widać ich inaczej. To konkretne osoby, ze swoimi historiami, strachem, chorobami.

Nastoletnia dziewczyna w żółtej bluzie z szarym kotem. I pytania, przez tłumacza, czy będzie można zabrać kota ze sobą, bo przywędrował tu aż z Afganistanu. Albo młoda kobieta w czarnej kurtce, o pięknie śmiejących się oczach. I starsza, która często i długo szlocha.

To Muhammad, rzecznik grupy, drobny dwudziestolatek w długiej kurtce. Kiedy stoi, z podniesionym do góry rękami, bez żadnych wątpliwości już w Polsce, opierając się prawie o rosłych chłopów w mundurach, i prosi ich, raz za razem, po angielsku, o ochronę międzynarodową. Prosi ich, ale tak naprawdę prosi państwo, które tu reprezentują, to trudno o większą odwagę.

Dwa oblicza państwa

Obozowisko z Usnarza długo umykało uwadze opinii publicznej. We wtorek trafił na nie mieszkający w sąsiedniej wsi filozof, pisarz, pszczelarz i ogrodnik Mirosław Miniszewski. On pierwszy ściągnął na miejsce media. W tym czasie obozowisko istniało już od ponad tygodnia. Przez ten czas Straż Graniczna co prawda odmawiała jego mieszkańcom prawa do ochrony, ale też pomagała. Strażnicy i żołnierze z własnych pieniędzy, kupowali mieszkańcom obozu jedzenie i wodę. Słyszałem nawet o historii, że szczególnie zimnej nocy, pozwolili się ogrzać kobiecie z dzieckiem w jednym ze swoich samochodów. To wszystko kończy się w środę, kiedy w mediach pojawia się pierwsze relacje z Usnarza. Wtedy nagle państwo polskie postanawia, z pomocą tych mediów, pokazać światu nieludzką twarz.

To jednak też nie do końca prawda. Rzeczywiście, funkcjonariusze przestali dostarczać jedzenie i wodę, ogłuchli i zamilkli. Ale Polska nie.

Starsze panie z Usnarza przynoszą reklamówkę ziemniaków, dwa bochenki chleba i margarynę, głośno uciszając swojego sąsiada, który uchodźców chciałby spychać do Białorusi buldożerem. Pani Hanna z Łapicz, przywozi gar gorącego lecza. Małżeństwo z Gdańska torbę jedzenia. Posłowie Michał Szczerba i Dariusz Joński – śpiwór.

W środę po południu pojawia się też ekipa Fundacji Ocalenie z posłem Maciejem Koniecznym. I konkretny plan działań. Prosty i opierający się na założeniu, że Polska jest państwem prawa, przestrzegającym międzynarodowych umów.

Siła immunitetu

Najpierw więc próba przekazania pomocy, jeszcze w środę wieczorem – śpiworów, karimat, namiotów, power banków, żywności. Za pierwszym razem nieskuteczna. Za drugim razem, już w czwartek, w świetle dnia, dzięki wykorzystaniu immunitetu posła Koniecznego, do koczujących w obozie Afgańczyków dociera w końcu realna pomoc. Nie jest łatwo. Straż graniczna cały czas mówi, że się nie da, że nie można, że nie wolno, że granica.

Piotr Bystrianin, prezes Ocalenia, oaza spokoju, na wszystkie „nie da się", odpowiada krótko: To co robicie, jest niezgodne z prawem. My i tak tym ludziom pomożemy. Mówicie, że chcecie tu spokoju, że nie chcecie, by ktokolwiek się zdenerwował i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Więc zachowujmy się wszyscy spokojnie i wtedy będzie dobrze.

Uchodźcy z Afganistanu na granicy polsko-białoruskiejUchodźcy z Afganistanu na granicy polsko-białoruskiej Fot. Grzegorz Dabrowski / Agencja Gazeta / / Agencja Gazeta

I to działa. Poseł Konieczny wpierw śpiwory przerzuca, potem przenosi. Równocześnie kontakt z mieszkańcami obozu nawiązuje Tahmina Radżabowa z Ocalenia, tu w roli tłumaczki z dari.

Grupa 32 dwóch osób przestaje być anonimowa. Odzyskuje imiona, media dowiadują się o trwającej 28 dni podróży lądowej z Afganistanu do Białorusi, o przekroczeniu polskiej granicy i wyrzuceniu poza nią, o 10 dniach koczowania w błocie.

Poseł przenosi też do obozu pełnomocnictwa, dla polskich prawników. Dzięki nim każda z 32 osób uwięzionych w Usnarzu ma w Polsce swojego adwokata, który ją reprezentuje.

Pytam Koniecznego o słowa polityków rządu, o tym, że uchodźcy na granicy to wojna hybrydowa Łukaszenki, że nie można ulegać. Odpowiedź jest jednoznaczna. - No dobra, jest wojna hybrydowa ze strony Łukaszenki. I co? Co my w związku z tym zamierzamy? Zamierzamy podobnie jak Łukaszenka traktować ludzi jako narzędzia w tej wojnie? - pyta. 

Poseł dodaje, że cywilizowane państwo nie może zachowywać się jak dyktatura. I że jeśli na jego granicy jest ktoś, kto potrzebuje i domaga się pomocy, to zgodnie z prawem należy mu pomóc.

- W tym momencie Polska się ściga z Białorusią na okrucieństwo wobec tych ludzi. I to jest jakaś chora gra, my się na nią nie godzimy. Musimy pomóc tym ludziom, bo oni oczekują od nas pomocy i mamy taki obowiązek. Również ze względu na konwencje – podsumowuje Konieczny.

Klienci polskich prawników

Kolejnego dnia na podmokłej łące przybywa wojska a ubywa strażników. Wojsko lekceważy poselski immunitet, od pewnego momentu nie da się już dotrzeć do obozu. W Usnarzu pojawiają się prawnicy Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Przyjeżdżają do swoich klientów. Dojść do nich nie mogą. Udaje im się jednak przeprowadzić całą procedurę złożenia wniosku o ochronę międzynarodową. Po kolei, każdy z 32 mieszkańców obozu, wywołany po nazwisku, wstaje. Wyraźnie, po angielsku, prosi o ochronę. Do wniosku dołącza się, przez megafon, jego przedstawiciel prawny. Niesłychanie mocna scena.

W praktyce nie zmienia się nic. Straż i wojsko nadal zachowują się, jakby były głuche. Ale zdaniem Piotra Bystianina zmieniło się wiele. - Do tej pory ze strony Państwa słyszeliśmy, że nie można nic zrobić, bo oni są w Białorusi. Spór o to, czy są w Polsce czy nie są w Polsce nie ma już znaczenia, ponieważ się stawili na polskiej granicy - mówi. 

Bystrianin podkreśla, że skoro wojsko i straż próbowały ich nie wpuścić, to znaczy, że uchodźcy byli na granicy, dokładnie tak samo, jak gdyby było to przejście, gdzie prosi się o azyl.

- I koniec, kropka. Na tej granicy złożyli oświadczenie, że chcą ubiegać się o ochronę międzynarodową. Teraz te wnioski trzeba wreszcie rozpatrzyć i udzielić tym osobom pomocy. Żeby ten koszmar się skończył – dodaje Bystianin.

Migranci od kilkunastu dni przetrzymywani na granicy polsko-białoruskiej. Straż Graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im się cofnąć. Usnarz Górny, 19 sierpnia 2021Migranci od kilkunastu dni przetrzymywani na granicy polsko-białoruskiej. Straż Graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im się cofnąć. Usnarz Górny, 19 sierpnia 2021 Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

Ale koszmar nie chce się skończyć. Na miejsce docierają posłanki Urszula Zielińska i Klaudia Jachira. Znów próbują pomóc, tym bardziej, że dzięki wywiadowi Tahminy wiadomo, że nie wszyscy w obozie są zdrowi. Do Usnarza przyjeżdża pracująca z uchodźcami Paulina Bownik, lekarka z Białegostoku. Ma leki, chce pomóc, nikt nie chce jej dopuścić.

- Myślę, że byłabym wstanie pomóc zdalnie, przecież pacjentom w Polsce też udzielamy teleporad – mówi.

Posłanki walczą o to, by przynajmniej kobietom zapewnić trochę intymności.

- I nie ma pan problemu z tym, że nie sikają od wczoraj, bo nie mają gdzie, bo panowie patrzą? Wie pan, że to są tortury? Też by pan chciał sikać przy ludziach? - pyta oficera Straży Granicznej posłanka Jachira.

- Ja przepisów nie pisałem, mam takie wytyczne.

Na pytanie o to, jak się z tym czuje jako człowiek, odmawia odpowiedzi i wraca do kordonu ludzi w mundurach. Nie pozwala też przekazać pełnomocnictw Afgańczykom, każe jechać na Białoruś. Tymczasem po białoruskiej stronie granicy, poza obecnymi tam wciąż żołnierzami, pojawiają się reżimowe media.

- Oho, nasz rząd postanowił wziąć udział w spektaklu Łukaszanki – komentuje kąśliwie któryś z dziennikarzy.

***

Kończę pisać ten tekst w sobotę. Dramat 32 obywateli Afganistanu na podmokłej łące pod Usnarzem trwa 13 dzień. Jest coraz gorzej nie tylko dlatego, że przez pół nocy lało. Wojsko odepchnęło wszystkich – dziennikarzy, mieszkańców, wolontariuszy, Ocalenie, 300 metrów od granicy. Pod Usnarzem nie obowiązuje już nie tylko Konwencja Genewska, ale również konstytucyjne prawo do informacji. Do mieszkańców obozu nie są dopuszczani ich prawnicy, nie została wezwana, mimo wyraźnych próśb, karetka. Nie pozwolono nawet przekazać kobietom podpasek. Wojsko przepędziło też wicemarszalek Gabrielę Morawską-Stanecką.

Za to do podmokłej łąki zbliżają się powoli żołnierze rozciągający zwoje concentriny – drutu z żyletkami. Zostało im jeszcze kilkaset metrów. Państwo polskie pokazuje swoją siłę

DOSTĘP PREMIUM