"Tańczę na dwóch weselach". O jedynej w Polsce kobiecie, która samodzielnie prowadzi dwie parafie

- Pracowałam z parafianami i duchownymi, obserwowałam ich relacje i uświadomiłam sobie, że w niczym nie jestem gorsza od mężczyzn. A skoro tak, to dlaczego nie mogę zostać duchowną? Zaczęłam dążyć do tego, by w naszym Kościele kobiety miały takie same prawa jak mężczyźni - mówi Halina Radacz, jedyna w Polsce kobieta, która samodzielnie prowadzi dwie parafie.
Zobacz wideo

Kobieta, która chce zostać księdzem, zaczynała od sytuacji, jaką trudno nazwać duszpasterską. Była wtedy młodą absolwentką studiów teologicznych i odwiedzała ludzi starszych, żeby im pomagać. Wśród nich znalazł się mężczyzna, który przed wojną skończył ledwie trzy klasy. Został skierowany na urografię, a nie wiedział, co to jest. Więc zapytał.

- No wie pan, muszą zrobić takie zdjęcie, żeby można było zobaczyć, jak tam te przewody moczowe się układają – tłumaczyła zmieszana.

- A jak zrobią to zdjęcie? - dopytywał.

- No... będzie pan musiał... zdjąć spodnie.

Zmarszczył brwi i odszedł na bok. Zapadła cisza, w której jej zakłopotanie mieszało się z rozbawieniem. Po chwili jednak wrócił i rzucił: "Ma pani aparat fotograficzny?".

- Mam, ale po co? - odparła ze zdziwieniem.

- Pani mi to zdjęcie zrobi, bo ja nie będę rozbierał się przed obcymi - stwierdził mężczyzna.

Próbowała powstrzymać śmiech, długo wyjaśniając, że to niemożliwe. Bo po pierwsze: nie o aparat fotograficzny chodziło, tylko o rentgenowski, a po drugie: no nie, przecież nie była lekarzem. - Jak już opanowałam śmiech, to uświadomiłam sobie, że ta prośba była dowodem ogromnego zaufania sędziwego człowieka do młodej siksy. I to była duża sprawa – mówi.

Może właśnie to zaufanie ludzi sprawia, że Halina Radacz jest jedyną w Polsce kobietą, która samodzielnie prowadzi dwie parafie.

Tylko mężczyźni mówili: "Mogę"

Gdy kończyła studia. to w ogóle nie myślała o tym, żeby zostać księdzem. Wydawało jej się, że wystarczy, jeśli zostanie katechetką i będzie mogła działać w Kościele tak, jak chce: rozmawiać z ludźmi, budować z nimi relacje i pomagać. Bo dla niej Kościół to nie kiepski teatr, w którym główni aktorzy tysiące razy odgrywają ten sam spektakl, nie orientując się nawet, że dawno uleciało z niego znaczenie. Kościół Ewangelicko-Augsburski (luterański) - bo do niego należy Halina Radacz – to dla niej np. kobieta dobiegająca setki, którą trzeba regularnie odwiedzać.

- Bywałam u niej co dwa tygodnie, więc nawiązała się między nami więź przyjaźni i wzajemnego zaufania. Chciała przystąpić do spowiedzi i komunii, ale nie mogła o własnych siłach dotrzeć do księdza, bo ten mieszkał kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wiedziała, że jestem katechetką, więc poprosiła, żebym ją wyspowiadała i udzieliła jej komunii. Powiedziałam, że nie mogę. "Jak to nie możesz?" - nie dowierzała. Ja na to, że nie mogę, bo nie jestem księdzem. Była rozczarowana... i ja też. Łączyła nas więź zaufania, a jej zwieńczeniem w relacji człowieka Kościoła z wiernym powinien być sakrament. Nie mogłam jej tego dać, tylko musiałam sprowadzić księdza, z którym nie miała żadnej relacji i którego nawet nie znała. Ale był mężczyzną i tylko on mógł udzielić jej komunii. To bolało! – wspomina.

Nie mogła też udzielać ślubów, mimo że w jej Kościele to nawet nie jest sakrament. - Z niektórymi ludźmi się zżyłam, obserwowałam, jak wchodzą ze sobą w związki, a później jak pięknie je rozwijają. A gdy chcieli, bym udzieliła im ślubu, bo czuli się ze mną związani, to musiałam powiedzieć, że nie mogę. Tylko mężczyźni mówili: "Mogę" – opowiada.

Pomyślała więc, że niewiele może zrobić w swoim Kościele, póki nie jest księdzem. - Pracowałam z parafianami i duchownymi, obserwowałam ich relacje i uświadomiłam sobie, że w niczym nie jestem gorsza od mężczyzn. A skoro tak, to dlaczego nie mogę zostać duchowną? Szukałam na to pytanie odpowiedzi w naszej teologii i okazało się, że nie ma w niej przeszkód. Więc zaczęłam dążyć do tego, by w naszym Kościele kobiety miały takie same prawa jak mężczyźni – tłumaczy.

Rozpad patriarchatu na raty

Dziś – jak mówi – tańczy na dwóch weselach. Czyli prowadzi parafie w Żyrardowie i w Rawie Mazowieckiej. Śmieje się, że robi to nielegalnie. Bo jest to niezgodnie z prawem jej Kościoła.

- To prawo mówi, że tylko pastor, czyli ksiądz może być proboszczem, a ja nadal jestem o szczebel niżej. Jestem diakonem. Ale że życie jest o wiele bardziej kolorowe niż przepisy prawa, to prowadzę dwie parafie. Taka po prostu jest konieczność. Oficjalnie administruje nimi biskup diecezji warszawskiej Jan Cieślar, tylko że on mieszka 100 km dalej, a ja na miejscu. Poza tym nie sposób, żeby na co dzień zajmował się pracą w parafii, gdy ma na głowie całą diecezję. Sam mnie poprosił, bym się tym zajęła, ale prawdą jest, że mam w nim duże oparcie – wyjaśnia Halina Radacz.

Diakonką jest od 1999 roku, kiedy synod jej Kościoła w Polsce wyniósł na ten urząd dotychczasowe katechetki. - Byłyśmy nimi, mimo że miałyśmy wyższe wykształcenie teologiczne. Co prawda, mogłyśmy więcej niż katechetki katolickie, bo oprócz prowadzenia lekcji religii, miałyśmy jeszcze swój strój liturgiczny (czarną togę), mogłyśmy odprawiać nabożeństwa, pogrzeby, chrzty i dla parafian byłyśmy osobami duchownymi, ale dla duchownych byłyśmy świeckie. To zmieniło się prawie ćwierć wieku temu - tłumaczy.

Stały się wtedy duchownymi, ale jako diakonki, a nie księża. - Zdawałyśmy taki sam egzamin kościelny jak nasi koledzy, ale oni byli ordynowani [wyświęcani - przyp. red.] na księży, a my na diakonów. Oficjalnie nie mogłyśmy więc zostać proboszczami. Dla diakonów ta droga formalnie była zamknięta – opisuje.

Otwarła się dopiero w październiku ubiegłego roku, kiedy synod luterański w Polsce zagłosował za ordynacją kobiet na księży. Ta przełomowa decyzja obowiązuje od 1 stycznia. - Teraz diakonki, a jest nas w Polsce 12, mogą stać się pełnoprawnymi duchownymi, czyli księżmi. Chciałam tego przez całe życie i chcę dalej. Choć w mojej sytuacji niewiele się zmieni, bo de facto mam już wszystkie uprawnienia duszpasterskie, odkąd stałam się diakonką. W dodatku jestem już w wieku przedemerytalnym. Ale to takie symboliczne domknięcie moich dążeń i dowód sprawiedliwości dziejowej. Cud, że dotrwałam – mówi, śmiejąc się.

Jak duchowni faceci reagują na tę zmianę?

Jak podkreśla, ta "sprawiedliwość dziejowa" jest ważna głównie dla młodych luteranek, które kończą właśnie studia teologiczne. - Wejdą już w zupełnie inny Kościół. Ja i moje koleżanki przez większość życia byłyśmy w Kościele, w którym bardzo zależało od proboszczów i biskupów. Mężczyzn, których "widzimisię" decydowało, czy dostaniemy pracę w parafiach. Jeśli któryś z nich nie lubił kobiet, to miałyśmy pod górkę. Natomiast teraz mamy równe prawa z mężczyznami. Dziewczyny nie będą już musiały walczyć – ocenia.

- Możemy powiedzieć, że patriarchat w waszym Kościele staje się obciachem, czy nie szalejmy? - pytam.

- Ja bym nie szalała. Idziemy w stronę partnerstwa kobiet i mężczyzn w Kościele, ale to powolny proces. Ufam, że grupa ludzi wśród parafian i w duchowieństwie, którzy nie wyobrażają sobie tego partnerstwa, będzie topnieć – odpowiada.

Zdaniem Haliny Radacz są księża, którzy tylko czekają, aż w ich szeregach pojawią się kobiety. Ale niektórym wyraźnie nie podoba się ostatnia decyzja synodu. - Dalej nie wyobrażają sobie, że kobiety mogą mieć takie same prawa jak oni. Może to kwestia kompleksów, może lęków, nie mnie oceniać. Kto do tej pory nie przekonał się do kobiet w służbie Kościoła, to już tego nie zrobi. Było tyle dyskusji na ten temat, że nie ma sensu już ich mnożyć. Oczywiście nadal może się zdarzać, że proboszczowie nie będą chcieli przyjmować wikariuszek na parafie, ale to już będzie problem biskupów - mówi.

Jak dodaje, sama przeszła przez wiele dyskryminujących sytuacji - np. wtedy, gdy przygotowywała pewnego chłopca do konfirmacji. - To w naszym Kościele coś jak pierwsza komunia i jednocześnie bierzmowanie. Chodzi o to, że młodzi ludzie już w pełni świadomie potwierdzają wiarę, w której zostali ochrzczeni. Nie mogłam prowadzić uroczystości konfirmacyjnej chłopca, którego do niej przygotowywałam i uczyłam od pierwszej klasy podstawówki – nie mogłam, bo byłam tylko katechetką. Ale chciałam w tej konfirmacji uczestniczyć – opowiada.

Poprowadził ją przełożony Haliny Radacz, który mieszkał 30 km dalej i nie znał chłopca. Gdy katechetka zaczęła zakładać togę, by wziąć udział w konfirmacji, rzucił: "Nie będziesz mi potrzebna". - Nigdy nie pracował z tym dzieciakiem i mówił mi, że mogę sobie pójść do domu. Bo jestem kobietą, więc po co mu ta moja obecność - wspomina.

- I poszła pani do domu? - pytam.

- A skąd. Tacy panowie zawsze mieli ze mną ten problem, że nie mam w sobie nic z ofiary. Czyli nie zamykam buzi, nie spuszczam głowy ani nie wychodzę grzecznie. I wtedy też nie odpuściłam. Ubrałam togę, wyszłam na nabożeństwo, a po kazaniu proboszcza wygłosiłam swoje. Zdenerwował się. A później jeszcze bardziej, gdy rodzina chłopca chciała zrobić zdjęcie, ale bez księdza. Bo niby po co on im na takiej pamiątce, skoro nie miał z nimi żadnej relacji – podkreśla.

Nie wystawia zaświadczeń o moralności

Parafię w Żyrardowie prowadzi od 20 lat, a od sześciu tę w Rawie Mazowieckiej. - W pierwszej dobijamy do setki wiernych, a druga liczy około 20 osób. Może to niewiele, ale średnią wieku mamy obiecującą, bo jak w Żyrardowie na ostatnie Boże Narodzenie robiłam paczki, to tych dla seniorów wyszło tylko 5, a dla dzieci aż 25. Czyli jesteśmy młodą parafią i mamy szansę się rozwijać – ocenia Halina Radacz.

Jej praca polega na prowadzeniu nabożeństw, chóru i zajęć z młodzieżą, administrowaniu cmentarzem i organizowaniu posiedzeń rady parafialnej. - Czasem, jak każdy ksiądz, występuję w mieście na różnych uroczystościach. Nie, nie pcham się na otwarcia mostów ani oczyszczalni ścieków. Bo nie mam w zwyczaju święcenia wszystkiego, co się da. Urzędnicy to zauważyli i już mnie nie zapraszają – wybucha śmiechem.

Jak dodaje, chociaż w Kościele luterańskim nie ma tradycji chodzenia po kolędzie, to co najmniej raz w roku stara się odwiedzić wszystkich swoich parafian. - Szczególnie tych, z którymi na co dzień nie mam kontaktu, bo są chorzy lub starsi i nie mogą dotrzeć na nabożeństwo. Jeśli nie udaje mi się zorganizować im transportu, to jadę, żeby odprawić im nabożeństwo domowe – wyjaśnia.

Mówi, że swoich parafian zna dość dobrze, bo przychodzą do niej z problemami i szukają wsparcia. - To problemy małżeńskie, wychowawcze i etyczne, których ludzie nie są w stanie sami rozwiązać. Czasem trzeba spojrzeć z boku, a niekiedy wystarczy wysłuchać. Duchowny od tego jest. W luterańskim rozumieniu duszpasterstwo to nie jest branie udziału w uroczystościach, tylko towarzyszenie człowiekowi w jego codziennych problemach - podkreśla.

Takie rozmowy czasem przybierają formę spowiedzi. Bo choć w jej Kościele spowiedź jest ogólna - na nabożeństwie po kazaniu - to, jeśli ktoś potrzebuje tej prywatnej, może się z Haliną Radacz umówić w kaplicy czy w domu. Nie bawi się w osądzanie, wydawanie zaświadczeń o moralności ani recept na zaleczenie życiowych problemów. - To nie jest moje zadanie. Nawet jak ktoś wyznaje mi ciężkie grzechy, nie daję pokuty. Mówię tylko: "Jak wierzysz, tak niech ci się stanie" - mówi.

Do jej parafii przechodzą też katolicy. Na pytanie, czego tam szukają, odpowiada, że prostoty. - Przede wszystkim zadają pytania i szukają odpowiedzi w tekstach biblijnych, a sama ceremonia nie jest dla nich tak istotna. Widzą, że u nas forma nie jest ważniejsza niż treść wiary. U nas nie ma rozbudowanego kultu świętych ani kultu obrazów, nie ma też wielu ceremonii. Więc jeśli ktoś szuka prostoty, rozmowy i budowanych na niej relacji z Bogiem, to ma szansę u nas się odnaleźć - tłumaczy.

- A pani była kiedyś katoliczką? - pytam.

- A skąd, jestem ewangeliczką od czasów reformacji – odpowiada ze śmiechem.

"Nie można zdjąć z siebie problemów i rzucić na wieszak w przedpokoju"

Najtrudniejsze w tej pracy są dla niej odwiedziny u rodzin z poważnymi problemami, których siłą rzeczy staję się uczestniczką. - Jedni przechodzą ciężkie choroby i cierpią, drudzy mają problemy wychowawcze, kolejni alkoholowe, inni przemocowe. Trudne emocje mi się udzielają, wracam z nimi na plebanię i tam o nich myślę. To nie jest tak, że wchodząc do domu, można zdjąć z siebie problemy i rzucić na wieszak w przedpokoju – mówi.

Przypomina sobie historię, po której się rozpłakała, ale która zaczyna się – jak to u Haliny Radacz – od śmiechu. - Jako młoda kobieta przyjechałam na parafię na Mazurach. Z początku nie pamiętałam imion ludzi ani tego, kto jest czyim synem, a kto czyją córką. Kiedyś po nabożeństwie podeszłam do starszego pana i zapytałam, co u niego. Odpowiedział, że Karol ma poważne problemy z wątrobą. Palnęłam na wesoło, że może Karol za dużo piwa pije. I zaraz zrobiło mi się głupio, bo okazało się, że Karol to 3-letnie dziecko z nowotworem - opowiada.

Szybko nauczyła się imion członków tej rodziny i przez kolejne dwa lata zżyła się z nimi, pomagając im w opiece nad chorym chłopcem. Karol zmarł w wieku 5 lat.

Gdy odprawiała mu pogrzeb, złamała zasadę starej szkoły męskich duchownych. - Ona mówi, że wszyscy na pogrzebie płaczą poza księdzem. Bo jego obowiązkiem jest dać wiernym poczucie spokoju i nadzieję. Ale czy to zawsze możliwe? Trzeba być z kamienia, żeby w takiej sytuacji nie zapłakać – podsumowuje kobieta, która wkrótce może zostać księdzem.

DOSTĘP PREMIUM