"Czasami gen wolności mutuje i staje się genem anarchii". Dyrektorka liceum o aktywności antyszczepionkowców

- Przez te dwa lata przeszliśmy przez najróżniejsze sytuacje. Prawie do rękoczynów dochodziło w niektórych szkołach, ponieważ rodzice nie chcieli zakładać maseczek. Mieliśmy awanturujących się rodziców, próbujących wtargnąć do szkoły, ponieważ nie chcieli przestrzegać wymogów sanepidowskich - relacjonowała w TOK FM Agnieszka Tomasik, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku.
Zobacz wideo

W związku ze wzrostem fali zachorowań na koronawirusa resort edukacji podjął we wtorek decyzję o wprowadzeniu nauki zdalnej w szkołach. Dotyczy to uczniów podstawówek klas 5-8 i szkół ponadpodstawowych. Ograniczenie nauki stacjonarnej ma potrwać do końca ferii zimowych.

Jak mówiła w TOK FM Agnieszka Tomasik, na obostrzenia w szkołach negatywnie reaguje część rodziców. - Czasami gen wolności mutuje i staje się genem anarchii. Takie mam refleksje po ostatnich dniach - stwierdziła dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku.

Relacjonowała, że do szkół przychodzą pisma od rodziców, które "każą dyrektorom w 29. punktach odpowiadać na pytania o to, dlaczego posłaliśmy dzieci na nauczanie zdalne, jak to zorganizowaliśmy". Autorzy pism korzystają z szablonu umieszczonego w internecie. - Wystąpiliśmy do prawników, którzy współpracują z gdańskimi szkołami, żeby nam pomogli w napisaniu odpowiedzi. A oprócz tego na własną rękę "wygooglowałam" tytuły pism i bardzo szybko przekonałam się, że ich autorami są prawnicy ze strony "Głos wolności" - wskazała Tomasik.

W ostatnich dniach do szkół płyną także listy dotyczące szczepień. - To są listy próbujące ingerować w nasze zachowania, abyśmy np. nie namawiali do szczepień dzieci albo wręcz, abyśmy wysyłali na skrzynki dla rodziców informacje o tym, że szczepionki są złe - mówiła dyrektorka gdańskiego liceum.

Jak radzi sobie z takimi rodzicami? - Tam gdzie możemy, odpisujemy. A poza tym zostaje nam rozmowa, tłumaczenie i stałe ponawianie wysiłków. Bo na więcej nie mamy i czasu, i siły. Przecież szkoła w tej chwili to jeden z obszarów zapalnych, jak szpitale, policja i inne służby - mówiła.  Po czym wyliczyła, na ilu frontach musi teraz działać: "Zgłaszanie kolejnych dzieci do kwarantanny, współpraca z  rodzicami, którzy są w oporze, praca pedagogiczno-psychologiczna, która cały czas trwa, mimo zawieszonych zajęć - dzieci przychodzą do szkoły w kryzysie. Do tego edukacja wczesnoszkolna, która jest na miejscu, a która co chwilę idzie na kwarantannę, więc kolejne zgorzenia, zastępowanie nauczycieli na lekcjach, by te się w ogóle odbyły, a dzieci nie siedziały w domach bez zajęć".

Rodzice walczący

Gościni TOK FM przyznała, że w czasie pandemii wielokrotnie można było się przekonać, do jak radykalnych działań są w stanie posunąć rodzice, którzy nie zgadzali się np. z wprowadzanymi obostrzeniami.

- Przez te dwa lata przeszliśmy przez najróżniejsze sytuacje. Prawie do rękoczynów dochodziło w niektórych szkołach, ponieważ rodzice nie chcieli zakładać maseczek. Mieliśmy awanturujących się rodziców, próbujących wtargnąć do szkoły, ponieważ nie chcieli przestrzegać wymogów sanepidu - opowiadała Tomasik.

Zwróciła uwagę, że wszystkie takie działania prowadzą do "ogromnego chaosu w szkole". - Wolimy szczuć jedni na drugich niż działać konstruktywnie dla dobra wspólnoty - oceniła.

Agnieszka Tomasik podkreśliła, że antyszczepionkowcy, osoby negujące pandemię, są w zdecydowanej mniejszości wśród rodziców. - Tych osób jest bardzo mało, ale są dotkliwi, głośni. Wykorzystują chaos prawny i to, że poszczególne ogniwa naszego systemu się "wywalają". Tak jak ostatnio zginęło nam w szkołach ogniwo: sanepid, który stał się niewydolny. My sami - dyrektorzy - musimy podejmować bardzo odpowiedzialne decyzje, które wcześniej podejmował sanepid - mówiła dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku.

Jak podała w połowie stycznia "wypadł" telefon "sanepidowski" i teraz sami muszą liczyć, na ile przewidują zawieszenie zajęć. - Dotąd było tak: dzwoniliśmy, panie w sanepidzie odbierały telefon, nawet w weekend, wieczorami, bo tak też procowaliśmy. Sprawdzały w trakcie rozmowy dziecko w systemie, potwierdzały i informowały, do kiedy mamy zawiesić zajęcia. Potem ta sama rozmowa odbywała się już droga mailową, jako potwierdzenie - mówiła.

Teraz pisze i czeka. A ponieważ sanepid ma tak duża zgłoszeń, że nie nadąża z odpowiedzią w ciągu kilku godzin, często odpowiada nawet po kilku dniach, to pierwsze decyzje szkoły muszą podejmować same. - Kierujemy dzieci na nauczanie zdalne, ale czekamy jeszcze z decyzję sanepidu - wskazała. 

Zastrzegła, że to duże utrudnienia dla dyrektorów, bo bywa i tak, że "czasami weekend zaburza te obliczenia".

DOSTĘP PREMIUM