"Strzelnic jest za mało, by przyjąć wszystkich chętnych". W kolejce po broń nawet miesiąc. "Polska to czarna dziura"

Na strzelnicach oblężenie - chętnych jest tak dużo, że brakuje wolnych miejsc na najbliższe tygodnie. Są też problemy z dostępem do amunicji. - Przed wybuchem wojny, co dwa tygodnie zamawialiśmy dwie tony nabojów i rozwoziliśmy je po kraju, dziś przychodzi ich o połowę mniej - mówi Roman Tołczyk, właściciel strzelnicy sportowej Hubertus w Białymstoku oraz hurtowni broni i amunicji.
Zobacz wideo

Niewielka strzelnica PM Shooter w Warszawie. W systemach rezerwacji na weekend 26-27 marca łącznie ok. 150 chętnych, 2-3 kwietnia - podobnie.

- W ten weekend znowu będzie 130 osób. Tak mamy od wybuchu wojny na Ukrainie. Codziennie telefony i pytania o wolne terminy, ale nie jesteśmy w stanie zapisywać wszystkich na bieżąco. Teraz rezerwacje robimy na trzy-cztery tygodnie do przodu - mówi Piotr Mioduchowski, współwłaściciel PM Shooter, w branży od 11 lat. Przyznaje od razu, że wcześniej też było ciasno - na weekend najlepiej było rezerwować miejsce cztery dni wcześniej - ale nie aż tak bardzo jak teraz. A teraz każdy chce się nauczyć podstawowej obsługi broni, w tym jak załadować magazynek i bezpiecznie oddać strzał. 

Od glocka do kałasznikowa

Roman Tołczyk, właściciel strzelnicy sportowej Hubertus w Białymstoku (a także hurtowni broni i amunicji), na rynku od 20 lat, ocenia, że liczba chętnych wzrosła teraz o ok. 200 proc. O podobnym wzroście mówi Andrzej Marcjanik, prezes klubu strzeleckiego Cover w Warszawie, w branży ponad 30 lat.

- My akurat możemy przeszkolić 40-45 osób w ciągu godziny, bo mamy taką obsadę instruktorów, co akurat nie zmienia faktu, że zainteresowanie jest dużo większe. Efekt jest taki, że ci, którzy już mają pozwolenie na broń, zaczynają dopiero po godz. 21 - mówi.

Wszyscy trzej przyznają, że większość chętnych na 30-60 minutowe szkolenie to mężczyźni między 30. a 50. rokiem życia; choć są też kobiety i dzieci, głównie od 13 lat. - Najczęściej chcą strzelać z tego, czego używa się w wojsku i z tego, co może w razie konfliktu wpaść w ręce. Z broni krótkiej to glock, czyli najpopularniejszy w tej chwili pistolet na świecie, z długiej - nieśmiertelny AK47, czyli kałasznikow i amerykańskie M4 i M16  - wylicza Łukasz Prostacki, właściciel Strzelnicy Kraków. Do tego dochodzą niekiedy, "egzotyczne wynalazki", jak np. modny ostatnio rewolwer 45.70. - Ktoś słyszał, teraz chce spróbować - dopowiada Piotr Mioduchowski.

W ślad za wzrostem chętnych na podstawowe kursy na strzelnicy wzrosło też zainteresowanie członkostwem w klubach strzeleckich - nawet o 500 proc., deklaruje prezes KS Cover. - W tygodniu zapisywało się pięciu klientów, teraz jest ich 25. Widać wyraźnie, że Polacy koniecznie chcą teraz mieć pozwolenie na broń - dodaje Andrzej Marcjanik.

Poniemiecka strzelnica także w cenie 

We Wrocławiu na wolny termin na strzelnicę też trzeba czekać miesiąc. Podobnie jak w mniejszych miastach na Dolnym Śląsku, w tym m.in. w Świętochłowicach, Rudzie Śląskiej i Żorach. Jak informuje Paweł Dyngosz, prezes Stowarzyszenia KS Amator - największej w Polsce organizacji strzeleckiej - na razie nie ma planów zmian w ich harmonogramach. Zamiast tego trwa szukanie nowych lokalizacji.
- Nawiązaliśmy już porozumienie z jedną z gmin na Dolnym Śląsku, Kwietno, na modernizację już istniejącej strzelnicy - starej poniemieckiej, na otwartym terenie, na trzy-cztery stanowiska - opowiada. W planach ma zwiększenie liczby stanowisk do 12 i wybudowanie wiaty - tak, by ze strzelnicy można było korzystać regularnie.

Obiekty komercyjne, które nie mają takich możliwości, decydują się z kolei - przy tak dużym zainteresowaniu - na zatrudnianie nowych instruktorów. Stale rekrutowani są kolejni, ogłoszenia nie są w ogóle zdejmowane ze stron internetowych. Zwiększana jest też liczba godzin pracy tym, którzy już są zatrudnieni  (bywa, że nawet do 10-12 godzin dziennie). W grę wchodzi też wprowadzanie nowości do oferty. - Od marca proponujemy dwa kolejne kursy: "Strzelanie obronne z pistoletu" i "Strzelanie obronne z karabinu", maksymalnie w grupach pięcioosobowych - mówi Andrzej Ozorowski, prezes Strzelnicy Magnum Poznań.

Obowiązkowo większość strzelnic wydłuża godziny pracy w piątki, soboty i niedziele, kiedy zainteresowanie jest największe. Inne w ogóle otwarte są już 16 godzin dziennie, do godz. 24. I to każdego dnia. Bez wyjątku.

"Ceny amunicji w górę o 100 proc."

Jak przyznaje Roman Tołczyk, na strzelnicach jest ciasno nie tylko ze względu na liczbę chętnych, ale też braki w amunicji. - Przed wybuchem wojny, co dwa tygodnie zamawialiśmy dwie tony nabojów i rozwoziliśmy je po kraju, dziś przychodzi ich o połowę mniej. Mamy maszynki do robienia amunicji, ale co z tego?! Skoro nie można dostać ani łusek, ani spłonki, ani prochu - ubolewa.  

O brakach mówi też współwłaściciel PM Shooter. - Teraz jest głównie problem ze zdobyciem nabojów do glocka - przez dwa tygodnie nie było w Warszawie w ogóle nic. Nigdzie. Ani jednej sztuki. Dalej do M4, M16, a z broni długiej do AK-47, choć dużo jest w tym ostatnim przypadku amunicji chińskiej. Marnej jakości - ocenia.  

Powody są co najmniej trzy. Pierwszy: bardzo dużo amunicji trafia na Ukrainę. Drugi: poszczególne kraje same zaczęły się intensywnie zbroić. Po trzecie zaś ci, którzy mają pozwolenie na broń, sami także kupują duże ilości amunicji, na wszelki wypadek, na zapas. A importerzy nie przewidzieli takiej sytuacji. - Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi: praktycznie 90 proc. taniej amunicji do broni długiej, której używa się na strzelnicach, pochodzi z Rosji. Ten kanał jest w tej chwili zamknięty i nie ma dla niego zastępstwa - dodaje Piotr Mioduchowski.

Stąd jeśli już są w Polsce naboje, to potrafią osiągać zawrotne ceny. - Jeżeli wcześniej amunicja do AK47 kosztowała 1,2-1,5 zł za sztukę, to w tej chwili jej cena dochodzi nawet do 5 zł - wskazuje konkretny przykład Piotr Mioduchowski. Andrzej Marcjanik dodaje, że "nabój do glocka w potrafi teraz kosztować 1,50-1,60 zł". - Mówię o cenach hurtowych. Komercyjnie to nawet i 2 zł, wcześniej połowę tego (kosztował - red.) - podkreśla.

Branża ma jednak nadzieję, że rynek dostaw amunicji ustabilizuje się za kilka tygodni. Choć, jak od razu zastrzegają jej przedstawiciele, na niższe koszty zakupu nie ma co liczyć. Efekt? Większość strzelnic już podniosła ceny - jest co najmniej dwa razy drożej. Bywa, że 30 minutowe podstawowe szkolenie, na których zużywa się ok. 50 sztuk amunicji potrafi kosztować nawet 300 zł. Mimo to nadal są chętni. Tylko nieliczni zachowali stare cenniki - niższa marża przy takich obrotach i tak pozwala wypracować zyski. 

Wojna i pandemia nakręciły rynek

- Część osób traktuje to czysto rekreacyjnie, jak wizytę w wesołym miasteczku. Przyjść, postrzelać, pośmiać się, zapomnieć - tak o motywacji klientów mówi współwłaściciel PM Shooter. - Znaczna większość chce się jednak teraz czegoś nauczyć, przynajmniej podstawowej obsługi broni. Bo przecież nie celnego strzelania - to jak z jazdą samochodem, żaden kurs tego nie da. Potrzeba godzin treningów - dodaje. 

Co do zasady, strzelnice oblegają teraz nie tylko ci, którzy wcześniej planowali zapisanie się na szkolenie. Także ci, którzy "wcześniej przesadnie o tym nie myśleli". - Teraz widzą, że na ulicach Kijowa broń jest wręcz rozdawana z samochodów, a to obraz, który mocno daje im do myślenia - tłumaczy Paweł Dyngosz z KS Amator. Ze statystyk stowarzyszenia wynika, że w pierwszym tygodniu po wybuchu wojny, zainteresowanie szkoleniem na strzelnicach wzrosło nawet o 900 proc. Choć nie był to jedyny wzrost w ostatnich latach - skok widoczny był także wraz z wybuchem pandemii, o 20-30 proc. Czym to tłumaczyć? - Osoby które, obserwowały kolejki po papier toaletowy, puste półki w sklepach, bały się o swoje bezpieczeństwo. Zastanawiały się poważnie, czy niepokoje społeczne nie przełożą się na potężne zamieszki, a co za tym idzie na wzrost agresji, liczby włamań czy kradzieży. A umiejętność posługiwania się bronią miała im dać większe poczucie kontroli nad sytuacją - tak fenomen ten tłumaczy Paweł Dyngosz. Po czym od razu zastrzega: "Już wtedy widać było jednak, że strzelnic jest za mało, by przyjąć wszystkich chętnych".

W Polsce jest ok. 450 ogólnodostępnych strzelnic. Własne ośrodki mają wojsko, policja i inne służby. Do tego także myśliwi z Polskiego Związku Łowieckiego, Liga Obrony Kraju, a także np. leśnicy.

"Polska jest absolutnie czarną dziurą"

- Każde średniej wielkości miasto powinno mieć obiekt, który jest w stanie przyjąć od 30 do 50 osób. Tak, by każdy, kto chce, był w stanie nauczyć się obsługi broni i mógł dalej trenować - uważa prezes KS Amator. W jego ocenie "niewiele dały obietnice Antoniego Macierewicza sprzed kilku lat, który widziałby strzelnice w każdym powiecie, jak kiedyś Donald Tusk orliki w każdej gminie". - Program jest zbyt ostrożny. Poza tym skierowany do samorządów, które są i tak mocno już obciążone. Do tego nie mają wiedzy eksperckiej ani przesadnej motywacji, by inwestować relatywnie duże pieniądze - ok. 2 mln zł - w budowę trudnego w obsłudze obiektu. To nie otwarte boisko do piłki nożnej czy tor dla rolkarzy, które gmina już zna. To obiekt trudniejszy w budowie od postawienia domu. Dodatkowo muszą być na nim i wykwalifikowana kadra, i wyśrubowane warunki bezpieczeństwa. Dlatego pokładanych nadziei nie spełnił - wskazuje. Jak do tej pory powstało 48 strzelnic (na 300 powiatów), także wirtualnych. 

- Problem ze strzelnicami polega na tym, że jak już się znajdzie kawałek gruntu, na którym można ją zbudować, i nawet uda się to zrobić, to za chwilę obok powstanie osiedle. I co z tego, że mieszkańcy podpisali deklarację, że strzelnica im nie przeszkadza. Jak już domki zbudują, to się okazuje, że jednak przeszkadza. Innym problemem jest, że strzelnice budowane są często na terenach powojskowych, które mają nieustabilizowany status prawny. Kiedyś wystarczył rozkaz pułkownika. A teraz się okazuje, że do końca nie wiadomo, czyje to jest  - wskazuje Jarosław Lewandowski, szef branżowego pisma "Strzał".

A może inny pomysł rządu realnie coś zmieni? Od września do szkół mają wejść lekcje strzelania i obchodzenia się z bronią. Tak, by każdy absolwent szkoły średniej umiał strzelać z broni krótkiej i długiej.

- Jestem bardzo za. Powiem więcej, jestem nawet za tym, by nauka strzelania znalazła się w programie szkolnym w podstawówce. Młodsi uczniowie mogliby strzelać np. z wiatrówki, by uczyć się głównie panowania nad stresem i zachowania w sytuacji niecodziennej. Poza tym może mieć to potem przełożenie na działania proobronne - uważa Jarosław Lewandowski. To też o tyle ważne, tłumaczy, że w kraju "trzeba w ogóle odczarować strzelanie". - Polska jest absolutnie czarną dziurą. Jeśli chodzi o dostęp do broni, to np. w Austrii na 100 mieszkańców przypada jej 11 sztuk, w Szwajcarii - 10, Czechach - osiem, Niemczech - siedem. A w Polsce? Zaledwie jedna sztuka. Tak, jedna sztuka! Inny wskaźnik: liczba pozwoleń na broń na 1 tys. mieszkańców. W większości krajów europejskich to 20-30, w Polsce zaledwie sześć - przywołuje statystyki. I od razu zastrzega, że w Polsce pozwolenie wydawane jest nie na rodzaj broni, ale do celów. - Czyli, gdyby to przełożyć na prawo jazdy, to byłoby ono nie na samochód osobowy czy ciężarowy, ale np. na dojazdy do pracy czy wyjazd na wakacje. Efekt jest taki, że 250 tys. pozwoleń na broń w Polsce wcale nie oznacza 250 tys. osób z pozwoleniem na broń. Jedna osoba może mieć takich pozwoleń nawet cztery, w tym do celów łowieckich, kolekcjonerskich czy np. sportowych - wskazuje. - Dlatego będę popierał każdy krok, by było jak najwięcej strzelnic i osób po szkoleniu z obsługi broni. Nawet tego podstawowego - podkreśla.

Roman Tołczyk zwraca jednak uwagę na ograniczenia. - A skąd nauczyciele? To podstawowa sprawa! Przecież nie każdy pedagog jest pasjonatem broni i ma ukończony kurs instruktorski, najlepiej pod nadzorem ministerstwa. A ten trwa pół roku - mówi. - Kołdra jest za krótka. Nawet jeśli chcielibyśmy ich przeszkolić, to nie za bardzo jest gdzie. We Wrocławiu mamy cztery-pięć strzelnic, małe obiekty, niektóre słabej jakości. Maksymalnie mogą przyjąć 60 osób, czyli dwie klasy, a to przecież za mało - stwierdza z kolei Paweł Dyngosz. Poza tym, jak dodaje, "nawet przy dobrej woli otwarcia wymaganej liczby strzelnic, powinno ich być co najmniej dwa razy więcej, do września może być to trudne". - Szkoda, bo jeśli społeczeństwo wygląda na przygotowane, to ma większe szanse, że napastnik dwa razy się zastanowi zanim zaatakuje - kwituje. 

DOSTĘP PREMIUM