Afera hejterska to już nie tylko słowa "małej Emi". "To, co zrobili sędziowie Cichocki i Szmydt, jest krokiem milowym"

Anna Gmiterek-Zabłocka
- To, o czym obecnie mówią sędziowie Tomasz Szmydt i Arkadiusz Cichocki w kontekście afery hejterskiej, jest niezwykle ważne. Jako świadkowie będą w tej sprawie szczególnie cenni - mówi sędzia Paweł Strumiński. Był on jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się o akcji dyskredytowania sędziów krytykujących "dobrą zmianę" w wymiarze sprawiedliwości.
Zobacz wideo

O tzw. aferze hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości głośno było m.in. w 2019 roku, kiedy Onet napisał, że ówczesny wiceszef resortu Łukasz Piebiak stoi za zorganizowanym hejtem wobec sędziów, którzy sprzeciwiają się wdrażanym przez PiS zmianom w wymiarze sprawiedliwości. Wtedy też pojawiła się postać Emilii, która miała za pomocą wpisów na Twitterze dyskredytować prof. Krystiana Markiewicza, szefa sędziowskiego Stowarzyszenia "Iustitia".

Teraz głos zabrali dwaj sędziowie, Arkadiusz Cichocki i Tomasz Szmydt, którzy byli związani z aferą. Sędzia Szmydt był również mężem wspomnianej Emilii. Prawnicy wystąpili m.in. w "Czarno na białym" w TVN24, a w piątek pojawili się również na posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości - które zostało z ich powodu zamknięte przez Marka Asta z PiS. Sędziowie wystąpili za to na zwołanym przez opozycję posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. reformy wymiaru sprawiedliwości. Opowiadali, w czym brali udział, jakie były kulisy działania hejterskiej grupy "Kasta" (czy "Antykasta"), podali konkretne przykłady hejterskich działań, potwierdzając to, o czym wcześniej donosiły media.

Od "małej Emi" do sędziów

Sędzia Paweł Strumiński z Sądu Rejonowego w Gliwicach należy do Stowarzyszenia "Iustitia". Przed wybuchem afery hejterskiej - jak sam mówi - był kolegą sędziego Cichockiego, który też orzekał w Gliwicach. To właśnie do Strumińskiego - jeszcze przed głośnymi artykułami Onetu, opisującymi hejt na sędziów - napisała Emilia, aktywna użytkowniczka Twittera, która w tamtym czasie atakowała sędziów kontestujących reformy Zbigniewa Ziobry. 

- Szukała kontaktu. Chciała się podzielić swoją wiedzą - mówi Strumiński. Początkowo chodziło o kwestie prywatne dotyczące jednego z sędziów i jego zdjęcia. - Powiedziałem jej, że żadne kwestie prywatno-obyczajowe mnie nie interesują. Wtedy zaczęła mi podsyłać inne informacje, by się uwiarygodnić - mówi sędzia. Jak dodaje, początkowo skontaktował się nawet z sędzią Cichockim, nie wiedząc, że jest on członkiem grupy "Kasta" czy "Antykasta". Jak twierdzi, nie był nawet świadomy, że taka grupa istnieje.

- Zadzwoniłem do Arka, zapytałem, czy wie, o co tu chodzi. Zgłosiłem się do niego w dobrej wierze, ale powiedział, że nie zna żadnej pani Emilii. Usłyszałem, że pewnie ktoś - pisząc takie rzeczy - chce nas poróżnić jako kolegów - mówi Strumiński.

Niedługo potem okazało się, że zakończone już postępowanie dyscyplinarne w jego sprawie przejął jeden z wprowadzonych przez "dobrą zmianę" rzeczników dyscyplinarnych, Przemysław Radzik. - Wtedy zacząłem patrzeć na to w inny sposób. Na Twitterze nagle konto "Kasta Watch" zaczęło mnie hejtować. To było krótko po tym, jak przekazałem Cichockiemu informację, że pani Emilia szuka ze mną kontaktu. Zobaczyłem, że coś musi być na rzeczy, zacząłem łączyć fakty - mówi sędzia Strumiński.

Jak sam przyznaje, zeznania Cichockiego i Szmydta są niezwykle ważne, bo potwierdzają informacje, które miał już wcześniej. Widział m.in. zapisy rozmów z afery hejterskiej; wiedział, że są zabezpieczone u notariusza.

"Krok milowy"

W 2019 roku Emilia, na Twitterze znana jako "mała Emi", zaczęła ujawniać kulisy afery hejterskiej. W wywiadzie, jakiego udzieliła Agnieszce Kublik z "Gazety Wyborczej" przyznała, jak wyglądały jej zadania, na czym polegał hejt, jak wybierano "ofiary". Teraz, po niemal trzech latach, głos zabierają sędziowie, którzy pojawiali się m.in. w jej opowieściach.

- Trzeba sobie powiedzieć, że to, co zrobili sędziowie Cichocki i Szmydt, jest krokiem milowym w postrzeganiu całej afery. Bo o ile pani Emilia ujawniła to, co się faktycznie działo, to od samego początku zaczęto ją dyskredytować. Mówiono, że to ustawka, że screeny są nieprawdziwe, ale też zaczęto podważać wiarygodność pani Emilii, szkalowano ją w internecie, mówiono, że jest niewiarygodna - mówi Paweł Strumiński.

W jego ocenie tego, co przed kilku laty spotkało kobietę, dziś obawia się Tomasz Szmydt. - Proszę zwrócić uwagę, że on sam wtedy - celowo dyskredytując swoją ówczesną żonę - podważał jej wiarygodność. Teraz w wywiadzie telewizyjnym powiedział, że sam się tego obawia. Bo zna metody działania tych ludzi - mówi sędzia Strumiński.

Dlaczego to, co mówią Cichocki i Szmydt, jest tak ważne?

- Pamiętajmy, że są to sędziowie, a to oznacza, że doskonale zdają sobie sprawę z odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań. Jako świadkowie będą w tej sprawie niezwykle cenni, bo wprost wskazują, że fakty - opisywane wcześniej w mediach w kontekście afery hejterskiej - miały miejsce. I to jest dla mnie kluczowe w ich wystąpieniach - dodaje nasz rozmówca.

Jednak w jego ocenie za sędziami, którzy zdecydowali się mówić, stoi kalkulacja. - Uważam, że nie jest to przypływ szczerości i przyzwoitości. Jednak mimo wszystko jest to dobry znak, bo są to dwa dodatkowe osobowe źródła, które wszystko potwierdzają. Sędziowie powinni być świadkami w tej sprawie - dodaje Strumiński.

Sprawą afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Świdnicy. Wysłaliśmy do niej pytania w tej sprawie. Pytamy m.in., czy po telewizyjnych wypowiedziach sędziów Szmydta i Cichockiego prokuratura w końcu ich przesłucha oraz jak ważnym dowodem w sprawie są ich słowa. Chcemy też wiedzieć, czy śledczy wiedzieli wcześniej o tym, o czym opowiadają sędziowie. Czekamy na odpowiedź.

DOSTĘP PREMIUM