advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Polska

Książki za darmo nie oddam. "Darmozjady" z bibliotek dzwonią po prośbie. "Długo się tak nie da"

7 min. czytania
08.09.2023 20:05
W przepastnych zbiorach Biblioteki Narodowej powinny być bez wyjątku wszystkie książki, jakie ukazują się w Polsce. Część wydawców nie dostarcza jednak egzemplarzy obowiązkowych, choć nakazuje im to prawo. Jedni przepisów nie znają, a inni się buntują.
|
|
fot. unsplash.com/zdjęcie ilustracyjne

Idea jest prosta. Pióro może być potężniejsze od miecza, ale papier przegrywa w starciu z upływem czasu. Niektóre książki zaginą, jeśli nie znajdą schronienia w bibliotekach, stąd ustawowy wymóg bezpłatnego przekazywania im pewnej porcji całego nakładu. - Egzemplarz obowiązkowy to element każdego cywilizowanego państwa - przekonuje dyrektor Biblioteki Narodowej Tomasz Makowski. Celem takiego działania - jak wyjaśnia jest - 'zgromadzenie całości piśmiennictwa: książek mądrych i głupich, ładnych i brzydkich, a także czasopism, nut, map oraz publikacji audiowizualnych, takich jak płyty z muzyką'.

Jak to działa? Bibliotek uprawnionych do otrzymania egzemplarza obowiązkowego jest 15. Bibliotekom Narodowej i Jagiellońskiej przysługują po dwie sztuki każdego tytułu, bo mają za zadanie przechowywać książki po wsze czasy. Pozostałe placówki mogą np. przekazać swoje egzemplarze gdzie indziej. Teoretycznie więc czytelnik, który wchodzi do gmachu Biblioteki Narodowej na warszawskiej Ochocie, może sięgnąć po zupełnie dowolną książkę, pod warunkiem że ukazała się w Polsce. Natomiast w praktyce księgozbiór ma luki.

Książek coraz mniej

Każdego roku krajowi wydawcy publikują około 40 tys. tytułów. Mniej więcej dwa tysiące nie docierają do BN. - Mamy bardzo dokładne wyliczenia, dlatego że od kilku lat przyłączamy inne biblioteki do naszego katalogu i w ramach połączonych katalogów od razu widzimy, których egzemplarzy nam brak, bo ma je jakaś biblioteka w kraju - tłumaczy dyrektor Makowski. Ubytek w księgozbiorze narasta. Skoro Biblioteka Narodowa nie dostaje pięciu procent książek, które jej się należą, z roku na roku braki robią się coraz większe. W efekcie o 'zgromadzeniu całości piśmiennictwa' można tylko pomarzyć.

Ustawa z 1996 roku stanowi jasno: wydawcy muszą pod karą grzywny przekazać do uprawnionych bibliotek bezpłatne egzemplarze książek w ciągu kilku dni od ich opublikowania. Nie wszyscy spełniają ten obowiązek, a terminu nie dotrzymuje niemal nikt.

'Zakopane i disco polo wymyśliła żona Kurskiego'. Kamil Dziubka za 'Kulisami PiS' [FRAGMENT KSIĄŻKI]

- Są dwie grupy wydawców. Mniejsza to ci, którzy nie wiedzą. Ktoś wydaje własnym sumptem pamiętniki dziadka albo jakaś biblioteka czy muzeum wydaje raz w roku książkę regionalną, bo nie mówimy tylko o przedsiębiorstwach. Ci stanowią mniejszość i jeśli poinformujemy ich o konieczności przesłania egzemplarza obowiązkowego, skrupulatnie go dostarczają z miłymi przeprosinami - mówi dyrektor Biblioteki Narodowej. W przypadku małych wydawców dostarczenie książek do BN jest szczególnie ważne. - Są to zazwyczaj publikacje o małym zasięgu, o charakterze lokalnym, co bardzo cenne. Podkreślam to w kontekście egzemplarza obowiązkowego, bo jeśli on do nas nie trafi, to często książka nie przetrwa do następnych pokoleń - wyjaśnia Tomasz Makowski.

Ale problem dotyczy też tytułów wydawanych przez duże firmy. Biblioteka Narodowa nie doczekała się choćby głośnej autobiografii brytyjskiego księcia Harry’ego pt. 'Ten drugi', która ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy. Jego dyrektorka, Hanna Mirska-Grudzińska, zapewnia, że przestrzega przepisów i dba o to, by nowe książki znalazły się na półkach uprawnionych bibliotek, chociaż obowiązek dostarczania im każdej nowości przyjmuje z oporami.

- Walczą we mnie dwie postawy. Pierwszą jest wydawca, który wybierając sobie ten zawód, rozumie, że ta działalność jest nie tylko biznesowa; jest w pewnym sensie także misyjna. Misja obejmuje m.in. wysyłanie egzemplarzy obowiązkowych. Druga postawa jest właśnie biznesowa: dlaczego ja jako wytwórca dóbr materialnych, prywatna osoba, która prowadzi wydawnictwo wyłącznie z tego, co zarobi, mam za darmo przekazać książki do bibliotek? Nie dostaję żadnych dotacji, jedynie czasem do tłumaczeń albo sporadycznie do planów promocyjnych. Biblioteki powinny mieć te książki, zdaję sobie z tego sprawę, ale dlaczego państwo ich nie kupuje? Dlaczego ja, biznesmenka, mam je po prostu dać? - pyta.

'Pozakonstytucyjną daniną publiczną'

Polska Izba Książki przed laty nazwała wręcz egzemplarz obowiązkowy 'pozakonstytucyjną daniną publiczną'. - Mamy około 6-8 wydań co miesiąc. Muszę z tego 17 egzemplarzy wysłać w różne miejsca. Proszę pomnożyć średni koszt detaliczny książki - 50 złotych, razy osiem tytułów, razy 12 miesięcy w roku. To obciążenie dla wydawcy - uważa Hanna Mirska-Grudzińska. Wtóruje jej prezes wydawnictwa Zysk i S-ka. - Rozumiem, że kiedyś powstała idea, by jedna z bibliotek miała wszystkie książki wydawane w Rzeczypospolitej, ale potem obowiązek poszerzono i teraz jakiejś bibliotece uniwersyteckiej przysługuje literatura rozrywkowa. Podejrzewam, że nie będzie się cieszyła dużą popularnością wśród studentów czy pracowników naukowych. Uniwersytet Jagielloński miałby potrzebować dwóch egzemplarzy książki przygodowej albo podróżniczej, którą wydajemy? To absurdalne, a przede wszystkim denerwujące - przyznaje Tadeusz Zysk.

'Malowali pingwiny, czytali policjantom poezję', gdy 'kraj niknął w chmurach gazu'. Obrona parku Gezi [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Obowiązek przesyłania do jednej lub kilku bibliotek w kraju przynajmniej jednego egzemplarza książki powstał w XVI wieku we Francji. W Polsce został wprowadzony w 1780 roku. - Mamy czystą kartę, bo obowiązek powstawał jako wyraz gromadzenia dziedzictwa przez pierwszą bibliotekę narodową, a w wielu krajach powstawał jako instrument cenzury - wyjaśnia Tomasz Makowski. Nie wszędzie wydawcy przekazują nowe książki, bo muszą. W Holandii i Szwajcarii system opiera się na dobrowolności i długoletniej tradycji. I oba kraje nieźle sobie radzą z gromadzeniem zbiorów. W Polsce według dyrektora Biblioteki Narodowej odsetek niedostarczonych egzemplarzy obowiązkowych jest zbliżony do innych krajów.

Wydawcy zwracają uwagę, że czasy się zmieniły. - Za komuny na przykład wszystkie wydawnictwa były państwowe, więc wysyłka egzemplarza obowiązkowego nie miała znaczenia. Dzisiaj jest tym obciążony prywatny wydawca, który musi na to wszystko zarobić - mówi Hanna Mirska-Grudzińska. Wprawdzie prawo zobowiązuje Pocztę Polską, by paczki zawierające egzemplarze obowiązkowe dostarczała za darmo, ale dotyczy to tylko przesyłek nierejestrowanych. Jeśli nadawca chce mieć na piśmie dowód, że wysłał książki, musi zapłacić.

'Dzwonienie z pretensjami to nie jest praca na całe życie'

Z branży słychać także inne głosy. - Nie dyskutujemy z ustawą tak samo, jak nie dyskutujemy o tym, czy stawać na czerwonym świetle. Jest dla nas istotne, by dobro narodowe, jakim są utwory literackie, było dostępne dla przyszłych pokoleń - zapewnia Monika Szymborska, rzeczniczka wydawnictwa Prószyński. Mateusz Chmielarz z wydawnictwa Karakter dodaje: '17 to nie jest zawrotna liczba, egzemplarzy obowiązkowych mogłoby być więcej'.

A jednak Biblioteka Narodowa co roku nie dostaje części książek, na czym tracą Polacy współcześni i przyszli. - Wydawcy bardzo często przysyłają egzemplarze obowiązkowe raz w roku albo wcale. Wówczas musimy reklamować, co powoduje u nas koszty, dość poważne, bo musimy utrzymywać zespół, który do nich dzwoni i przypomina o brakujących egzemplarzach. Jeżeli mamy pracowników, którzy w danym momencie nie mają obowiązków, to są zachęcani do przejścia do reklamacji. Proszę mi wierzyć, że tego nie da się długo wykonywać. Dzwonienie z pretensjami to nie jest praca na całe życie - podkreśla dyrektor.

Jak Polacy umierają na wakacjach? 'Zgubiliśmy się. Przewodnik poszedł sobie w cholerę. Jak go znajdź, skopił mu tyłek' [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Nawet wydawcy, którzy nie widzą problemu w egzemplarzach obowiązkowych, przyznają, że zdarza im się nie dotrzymywać terminu. - Biblioteki nie pilnują go restrykcyjnie. Przepisowe pięć dni raczej nie funkcjonuje i my też nie zawsze się ich trzymamy - mówi otwarcie Mateusz Chmielarz. Z kolei Tadeusz Zysk tłumaczy się buntem podwładnych. - Uznali, że to bez sensu, a oni są od innych rzeczy, niż wysyłanie książek, cytuję, 'darmozjadom'. Odpowiedzialny za to pan Jacek śmiał się, odmawiając dostarczania egzemplarzy za darmo "do podrzędnych uczelni", jak to określił, bo on też chciałby za darmo coś od nich dostać - opowiada założyciel firmy Zysk i S-ka. Tu ważne zastrzeżenie: egzemplarz obowiązkowy trafia do bibliotek publicznych i akademickich, a korzystanie z nich jest bezpłatne (lub wiąże się z niewielką opłatą przy rejestracji).

Inne wydawnictwa też mają swojego 'pana Jacka' albo i kilku. - To jest bardzo sprawna komórka powołana do tego celu. Odbieramy telefony z Biblioteki Narodowej, dostajemy też listy, gdy się zagapimy. To się zdarza. A to jakaś pozycja nie dotrze do nas na czas, a to skończą nam się egzemplarze, bo książka odniosła sukces i musimy wykorzystać każdy egzemplarz, więc musimy podebrać ze stosu przeznaczonego dla uprawnionych bibliotek - mówi dyrektorka Marginesów.

Jeśli zaś wydawca mocno spóźnia się z dostarczeniem bardzo pożądanej książki, dzwoni do niego już nie dział reklamacji Biblioteki Narodowej, tylko jej dyrektor we własnej osobie. - To zazwyczaj przynosi efekt, choć nie zawsze długotrwały - wzdycha Tomasz Makowski.

Ustawa przewiduje karę grzywny do 5 000 złotych dla każdego, kto uchyla się od dostarczenia egzemplarza obowiązkowego. W przypadku dużego wydawnictwa tyle są warte książki przekazywane uprawnionym bibliotekom przez mniej więcej rok. Przepis jest martwy. Biblioteki wolą kołatać do drzwi wydawców, a w ostateczności... pogodzić się z brakiem niektórych pozycji.

Biblioteka Narodowa stara się upominać opornych także na targach książki. - Najpierw jeszcze raz akcja promocyjna - zapowiada Makowski. - A potem co roku zacznę publikować listę wydawnictw, które nie przysyłają egzemplarza obowiązkowego. Może to pomoże - zastanawia się dyr. Makowski.

Poród w Polsce wciąż może być koszmarem. 'Wszyscy patrzyli na KTG, a nie na mnie' [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Ministerstwo Piotra Glińskiego zmian nie chce

Wydawnictwa liczą koszt wszystkich egzemplarzy, których przez lata obowiązkowo się pozbyły; Biblioteka Narodowa liczy, ilu pozycji brakuje jej na półkach. A może należy policzyć biblioteki? Egzemplarz obowiązkowy przysługuje 15 placówkom, ale żadnej z tych placówek nie ma na Podkarpaciu, w Lubuskiem i województwie świętokrzyskim. W Warszawie są dwie.

- To jedna z największych liczb bibliotek uprawnionych do otrzymania egzemplarza obowiązkowego w Europie. Jest to pewien konsensus ustalony jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Zazwyczaj jest jedna, dwie lub trzy - przyznaje Makowski.

Wydawcom podoba się pomysł, by zmniejszyć liczbę placówek. - Chciałabym, żeby obowiązek obejmował dostarczenie nawet dziesięciu egzemplarzy, ale tylko do Biblioteki Narodowej, który by nimi dysponowała. Albo trzymałaby je u siebie, albo wysyłałaby gdzie indziej. Nie chcę dostarczać egzemplarzy do wszystkich uprawnionych bibliotek, a jeśli już musiałabym to robić, to biblioteki powinny je kupować - uważa Mirska-Grudzińska. A Tadeusz Zysk dodaje: 'Egzemplarze obowiązkowe mają sens w przypadku Biblioteki Narodowej i może jeszcze w przypadku jeszcze jednej innej, ale nie jeśli trzeba je wysyłać do Olsztyna, Łodzi czy Szczecina'. W jego ocenie, koszty dla placówek byłby 'minimalny'.

Ale Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie planuje zmian w systemie.