"Nie miała worka, więc założyła jej wiaderko po ogórkach na szyję". Tak umierają ludzie w XXI wieku w Polsce
Katarzyna Kałduńska, pielęgniarka paliatywna, mówi o sobie, że jest akuszerką dusz. Nie ewangelizuje, nie nawraca, tylko towarzyszy w ostatniej drodze. - Nie akceptuję tego, że człowiek umiera w bólu i w cierpieniu. Nie akceptuję tego, że hospicja się zamykają. Nie akceptuję tego, że umierający człowiek musi czekać na miejsce w hospicjum kilka miesięcy. Nie akceptuję tego, że ludzie z powiatu gdańskiego, moi sąsiedzi, czekali na opiekę po pół roku. Akceptuję śmierć. Bez akceptacji śmierci, nie mogłabym wykonywać tej pracy. Koncentruję się tylko na tym, na co mam wpływ - na spokojnym odejściu moich pacjentów - wylicza moja rozmówczyni.
Szefowa fundacji przyznaje, że w swojej pracy musiała nauczyć się akceptacji cierpienia, którego nie jest w stanie zabrać pacjentom. - Staram się więc skupić na tym, żeby człowiek nie czuł bólu, duszności i odszedł w swoim domu, na własnych warunkach. To, czy będzie się bał, czy nie będzie w stanie pogodzić się z własną śmiercią, to już nie moja rola. Sami musimy to przerobić - opowiada Kałduńska.
Jednego dnia słyszy więc od umierającej pani, że ta niczego nie żałuje. Spędziła całe życie na wsi, miała swoje krówki, wokół których lubiła chodzić. Zapewnia, że była szczęśliwa. A kilka godzin później spotyka człowieka, który do ostatniej chwili walczy, wręcz napastuje rodzinę, żeby wezwała karetkę - a nie hospicjum. - Taki wybór trzeba przyjąć. To jest jego życie - zapewnia.
Nieustanna szarpanina
Fundacja Dom Hospicyjny w Pruszczu Gdańskim ma trzy lata. Katarzyna Kałduńska jej założycielka, mówi, że wyżebrała od ludzi na sprzęt, na pensje dla lekarza i psychoonkologa. Sama, żeby pacjenci mieli opiekę, przez rok pracowała za darmo. Mogła to robić, bo działała jeszcze wtedy w Akademii Medycznej w Gdańsku. Jak mówi, cały czas musi wręcz żebrać na działalność. - Żebrzę na paliwo, bo przecież do pacjentów trzeba dojechać. Żebrzę na psychologa. Żebrzę po to, żeby lekarz był dostępny 24 godziny pod telefonem, bo przecież jemu też trzeba zapłacić za podniesienie słuchawki - mówi. Kontrakt NFZ wypłakała na kolanach. Konkurs na 22 miejsca w powiecie gdańskim udało się jej wygrać dopiero w styczniu 2023 roku. - W domowej opiece hospicyjnej miałam już 30 pacjentów, ale liczyłam, że za jakiś czas NFZ zapłaci mi za nadwykonania - wyjaśnia.
Do stycznia Kałduńska po godzinach pracy, w weekendy, odwiedzała pacjentów. Gdy nie było jej stać na lekarza, dzwoniła do tych pierwszego kontaktu. - Zmuszałam ich do wypisania środków przeciwbólowych. Mówiłam, że jeżeli odmówią wypisania środków przeciwbólowych, to złożę na nich skargę do NFZ. Musiałam wyszarpywać leki dla pacjentów, którzy cierpieli z bólu - opowiada.
Skąd ta determinacja? - Zaczęło się od tego, że wezwała mnie koleżanka - pielęgniarka opieki długoterminowej i mówi: Moja pacjentka wymiotuje krwią, co robić? Załóż jej sondę - powiedziałam. Nie miała specjalnego worka, więc założyła jej wiaderko po ogórkach kiszonych na szyję. I tak w XXI wieku umierają ludzie w Polsce. 5 km od Gdańska - wspomina Katarzyna Kałduńska, prezeska Fundacji Dom Hospicyjny w Pruszczu Gdańskim. - Przybyłam na miejsce minutę może dwie po tym, gdy pani Ela wyzionęła ducha - wspomina.
W opiece fundacji było także starsze małżeństwo. Oboje chorowali na nowotwór, jednak pan Władysław, który miał raka języka i przełyku, niknął w oczach, nie mógł jeść. - Nie mieliśmy jeszcze kontraktu z NFZ, nasz lekarz nie mógł wypisać skierowania do szpitala, a ja jeździłam do pana Władka i opiekowałam się nim bezpłatnie. Podczas jednej z wizyt zobaczyłam, że jego stan się pogorszył, zaczął umierać, ale nie z tego powodu, że dekompensował go nowotwór. Pan Władysław nie mógł jeść. Umierał z głodu. Na żadnym etapie leczenia nie pomyślano o tym, żeby zapewnić inne wejście do jamy ustnej, żeby pacjent mógł otrzymywać pożywienie - opowiada pani Kasia.
Pielęgniarka postanowiła działać. - Walczyłam o to, żeby zabrano go do szpitala, ale za każdym razem otrzymywałam negatywną odpowiedź. W końcu namówiłam rodzinę, żeby wezwała karetkę i powiedziała, że pan Władysław umiera z głodu. Gdy przyjechało pogotowie, też nie chciało go zabrać do szpitala, dopiero gdy żona powiedziała, że ona też jest chora na nowotwór i nie ma sił zajmować się umierającym mężem - pani lekarka zlitowała się i przyjęła go na oddział. Pan Władek trzy dni później umarł w szpitalu - wspomina pani Kasia. - System na jakimś etapie nie zadziałał, bo hospicjum, które do niego przyjeżdżało nie miało prawa wypisywać nawet skierowań. Ten obraz na zawsze zostanie mi w głowie. Człowiek w XXI wieku nie powinien umierać z głodu - mówi wyraźnie poruszona Kałduńska.
Nie chcę umierać jak pies w budzie
Wadim, pracownik fizyczny z Ukrainy, który przyjechał do Polski już kilka lat temu, również zgłosił się do Fundacji Dom Hospicyjny w Pruszczu Gdańskim. Powiedział, że ma skierowanie do hospicjum domowego i chciałby, żeby objęto go opieką. - Przyjeżdżam pod wskazany adres, a to bursa. W pomieszczeniu trzy na dwa metry jak składzik na szczotki mieszka czterech mężczyzn. Na jednej z czterech pryczy leży umierający, chory na nowotwór trzustki mężczyzna - Wadim - opowiada.
- Uderzyło mnie, to co zobaczyłam. Nie miałam wątpliwości, że mężczyzna nie może tam być, bo to są niegodne warunki dla umierającego człowieka, nie mogłam go jednak przyjąć pod opiekę hospicjum domowego, bo nie miał rodziny, która mogłaby się nim zająć, a to jest warunek - wspomina.
Pani Kasia relacjonuje, że gdy tylko kierowniczka bursy dowiedziała się, że Wadim jest chory i potrzebuje opieki hospicyjnej, zagroziła, że wyrzuci go na bruk. Położenie mężczyzny stało się rozpaczliwe. Nie dość, że chory, to jeszcze wisiała nam nim groźba bezdomności. Szefowa fundacji miała nadzieję, że może opieka społeczna się nim zajmie. Rozłożyli ręce. Powiedzieli, że nie mogą nic zrobić.
Jedynym rozwiązaniem było umieszczenie chorego w hospicjum stacjonarnym, ale onkolog przypisała mężczyźnie jeszcze chemioterapię, co dyskwalifikuje takiego pacjenta do przyjęcia do stacjonarnej placówki. Kałduńska przekonywała onkolog: - Pani doktor, Wadim nie dojedzie do pani na chemię. Jednak lekarka uważała, że jest jeszcze za wcześnie. - To dlaczego napisała pani skierowanie do hospicjum domowego. To chce go pani leczyć? Czy nie chce go pani leczyć? - zdenerwowała się pielęgniarka.
Wadim cierpiał na nowotwór trzustki i w ocenie Kałduńskiej chemioterapia, której skutki uboczne były bardzo uporczywe i dotkliwe przyspieszały jego agonię. - Za chwilę będzie pan bezdomny, a ja nie wezmę pana do siebie do domu, jedyne rozwiązanie to hospicjum stacjonarne - tłumaczyła mężczyźnie. Wadim chwycił za telefon i powiedział lekarce: Rezygnuję z leczenia i pójdę do hospicjum stacjonarnego, bo nie mogę umierać jak pies w budzie - relacjonowała zdarzenie szefowa fundacji.
Kościół się wściekł. Znowu. 'Nie da się poważnie rozmawiać'
Widmo zamknięcia grozi co miesiąc
W ramach obowiązującego kontraktu z NFZ w hospicjum domowym może przebywać 35 pacjentów. W lutym zwiększono kontrakt o 13 miejsc z powiatu nowodworskiego. Średnio w opiece hospicjum miesięcznie przebywa 50 pacjentów. 15 jest obsługiwanych ponad normę. Szefowa fundacji liczy, że NFZ zapłaci za te nadwykonania. - Tylko kiedy? Za 3 miesiące, pół roku, rok? Dlaczego NFZ nie płaci ich z miesiąca na miesiąc, przecież ja muszę pensje wypłacać pracownikom co miesiąc. Pracownicy nie będą przecież czekali - żali się Kałduńska. Prezeska fundacji apeluje do nowego rządu o zniesienie limitów, bo co miesiąc hospicjum, które prowadzi, grozi widmo zamknięcia.
Ośrodki opieki paliatywnej finansowane są tylko i wyłącznie z dotacji NFZ, które stanowi 60 proc. kosztów utrzymania hospicjów. Miesięcznie pruszczańskie hospicjum otrzymuje z NFZ przelew w kwocie 100 tys. zł, a to wciąż za mało. Obecnie w Fundacji Dom Hospicyjny w Pruszczu Gdańskim na pół etatu pracuje jedna, a trzy pielęgniarki na cały etat. Zarówno one, jak i trzej etatowi lekarze dyżurują 24 godziny na dobę. Hospicjum zapewnia opiekę psychoonkologa i fizjoterapeutów. Do tego jeszcze dochodzą koszty paliwa, sprzętu, lekarstw.
Moja rozmówczyni postanowiła założyć własne hospicjum, bo czas oczekiwania na miejsce w hospicjum w powiecie gdańskim wynosił od dwóch miesięcy do pół roku. Ludzie umierali w kolejce. Teraz na miejsce trzeba czekać ok. dwa tygodnie i wciąż nie ma na to jej zgody. - Gdy rodzi się życie, nikt nie powie: Przyjedźcie za dwa tygodnie. Gdy ktoś umiera, komunikat: czas oczekiwania dwa tygodnie to norma. A bywa i bywało jeszcze gorzej - mówi.
Kałduńska podkreśla, że życie nauczyło ją jednego: "Pewnikiem jest śmierć". - A wiele osób przed nią ucieka. I dopiero, kiedy choroba dotknie kogoś z rodziny, śmiertelność człowieka zaczyna do nich docierać. Wtedy słyszę: Nie zdawałem sobie sprawy, że tak bardzo będziecie nam potrzebni. Nie zdawałam sobie sprawy, że rola pielęgniarki czy lekarza w hospicjum jest taka ważna. Żyjemy tu i teraz i pewnie trzeba tak żyć, ale myślę, że mądry człowiek jednak wie, że śmierć kiedyś przyjdzie i ten temat oswaja przez całe swoje życie - mówi na koniec.
Imiona pacjentów zostały zmienione.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>