advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Jesienne przedwiośnie w polskiej gospodarce. Coś drgnęło. I nie jest to "odbicie zdechłego kota"

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
28.10.2023 11:09
Wrzesień przyniósł iskrę nadziei dla polskiej gospodarki. Recesyjne nastroje z pierwszego półrocza już się kończą, w dal odejdzie wkrótce recesja konsumencka. Niewielkie bezrobocie i znów realnie rosnące pensje powodują, że chętniej sięgamy do portfeli na zakupach, a to pomaga całej gospodarce wyjść z dołka. W dół ciągnie ją jeszcze drugie koło zamachowe, a więc przemysł: tu poprawa jest powolna. Ale trzeci kwartał prawdopodobnie zakończyliśmy już na plusie, choć mizernym. I to będzie początek większego ożywienia.
|
|
fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Wrzesień okazał się ciepły nie tylko w pogodzie, ale też w polskiej gospodarce. Bo spływające dane jedne po drugich pokazują, że po zimie, w jakiej gospodarka znalazła się w pierwszym półroczu tego roku, przyszła długo wyczekiwana odwilż. Pogodowe porównania sprowadzają się do jednego: to, co dane pokazują w liczbach, przełożymy konkretnie na nasze codzienne życie. Nie jest jeszcze dobrze, ale na pewno jest trochę lepiej.

Zacznijmy od rynku pracy, na którym panuje mikroskopijne, pięcioprocentowe bezrobocie. Zapotrzebowanie na pracowników, jak okiem sięgnąć, jest ogromne. Jednocześnie przedsiębiorcy, nawet jeśli przeżywają trudny czas, nie chcą zwalniać. Wolą chomikować pracowników pamiętając o tym, jak trudno jest ich pozyskać. I chociaż wrzesień oznaczał koniec wielu prac sezonowych i w ostatnich miesiącach roku bezrobocie pewnie trochę wzrośnie, to nie ma powodów do obaw. To będzie tylko efekt sezonowy, zresztą niewielki, normalny jesienią i zimą.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Zostajemy na rynku pracy, bo to, co na nim interesuje pracowników najbardziej, to wynagrodzenia, które znów realnie rosną. Po miesiącach, w których konsekwentnie ubożeliśmy, bo pensje nie były w stanie dogonić inflacji, teraz to się znów odwraca. Przeciętne wynagrodzenie we wrześniu poszło do góry o ponad 10 proc. Inflacja o ponad 8 proc., czyli wprawdzie zjadła większość podwyżek, ale coś z nich zostało w naszej kieszeni. Średnia pensja wyniosła 7400 złotych brutto.

Trzeba podkreślić, że te dane dotyczą tylko części rynku pracy. Bo Główny Urząd Statystyczny ujmuje w wyliczeniach tylko średnie i większe firmy, w których pracuje ponad 6 mln osób. Dane nie obejmują ani małych firm, ani sfery budżetowej, więc dotyczą jedynie wycinka gospodarki. Ale na podstawie tego wycinka można formułować jakieś wnioski. Podstawowy jest jeden. Że tak już teraz będzie: pracodawcy będą musieli dawać podwyżki, bo pracowników im brakuje. Więc będą musieli ugiąć się pod żądaniami i płacić więcej. Szacuje się, że w przyszłym roku co czwarty pracodawca podniesie pensje w skali odpowiadającej dzisiejszej inflacji. To z kolei napędzi ważny silnik gospodarki, jakim jest konsumpcja.

Czyli wszystko to, co wydajemy w sklepach. Tu we wrześniu również coś drgnęło, bo na zakupach śmielej zaglądamy do portfeli. Ekonomiści mówią, że był to początek końca recesji konsumenckiej, czyli stanu, kiedy wstrzymujemy się z zakupami innymi niż te absolutnie niezbędne. Sprzedaż detaliczna wciąż jest wprawdzie pod kreską, ale już tylko symbolicznie. Po części za sprawą efektów statystycznych, bo porównujemy się do trudnej sytuacji sprzed roku, ale też za sprawą tanich - jak na warunki rynkowe - paliw, kupujemy też więcej żywności. Co jednak jeszcze nie znaczy, że konsumenci wpadli w euforię, bo wciąż kuleje sprzedaż tak zwanych dóbr trwałego użytku. Co się kryje pod tym ekonomicznym stwierdzeniem? Rozejrzyjcie się wokół siebie, to stojące w waszych pokojach meble, wiszący na ścianie telewizor, stojąca w kuchni lodówka, a w łazience pralka. Na potęgę wymienialiśmy te sprzęty w pandemii, więc teraz - wciąż w miarę nowe - z powodzeniem nam jeszcze służą. W sytuacji, w której rata kredytu wzrosła dwukrotnie, rachunki za mieszkanie poszły w górę, żywność wyraźnie zdrożała nie w głowie nam kupowanie nowej kanapy, albo zmywarki.

Przed nami sezon zakupów prezentów pod choinką. Wiadomo, za co zapłacimy mniej

Wyjątkowo ciepły wrzesień spowodował, że nie kupowaliśmy ubrań. Mówiliśmy już w Codziennym Podkaście Gospodarczym, że na półkach i wieszakach w sklepach odzieżowych piętrzą się stosy swetrów i ciepłych kurtek. Teraz ma to swoje potwierdzenie w twardych danych: sprzedaż w tej kategorii była aż o 16 procent niższa niż przed rokiem! Natomiast sprzedaż detaliczna prawdopodobnie właśnie wychodzi na plus. Bo konsumenci przyzwyczaili się do rosnących cen i już tak nie trzymają się za kieszenie. I w kolejnych miesiącach i w przyszłym roku naszymi pieniędzmi, które zostawiamy w sklepach, pomożemy całej gospodarce.

Widać promyk nadziei

Drugim ważnym silnikiem gospodarki jest przemysł, który wciąż ma zadyszkę, ale powoli łapie oddech. We wrześniu - ósmy miesiąc z rzędu - był wprawdzie pod kreską, ale to "pod kreską" już nie jest tak mocne, jak w poprzednich miesiącach. Hamowanie po części wynika z naszych decyzji zakupowych. Przemysł nie ma dla kogo produkować wspomnianych już pralek i mebli. Swoje robi też spowolnienie w strefie euro, bo duża część produkcji idzie na eksport. I choć odbudowa w tej gałęzi gospodarki będzie powolna, to widać w tych danych promyk nadziei. To tak zwane ceny produkcji. O co chodzi?

Chodzi o inflację producencką, która zamieniła się w deflację, czyli mówiąc w dużym uproszczeniu, wytworzenie lodówki kosztuje mniej niż rok temu. Finalnie więc lodówka w sklepie może też kosztować mniej. Inflacja producentów zawsze wyprzedza o kilka miesięcy inflację konsumencką, czyli tę, którą my odczuwamy w naszych portfelach.

Branża filmowa walczy z inflacją. Oglądanie seriali na kanapie jest coraz droższe

No dobrze, znamy już poszczególne elementy tej układanki, więc teraz spróbujmy ją ułożyć w całość, która rysuje się w lepszych barwach. O pierwszym półroczu polska gospodarka pewnie wolałaby zapomnieć, bo w tym czasie się skurczyła. Niewiele, ale zawsze. Jednak już widać światełko w tunelu: trzeci kwartał prawdopodobnie przyniósł odbicie. Nie spektakularne, bo prawdopodobnie rzędu 0,5 procent - co jak na polskie warunki jest wynikiem słabym. Ale na pewno nie było to - jak lubią mówić ekonomiści - odbicie zdechłego kota, tylko początek lepszych czasów. I choć cały rok zamkniemy pewnie gdzieś w okolicach zera lub kilku dziesiątych procent wzrostu, to zawsze lepsze to od recesji. Solidniej będzie już w przyszłym roku, choć do fenomenalnych wyników sprzed roku, dwóch lat jeszcze długo nie dojdziemy. A zatem zaczęte we wrześniu i wspomniane na wstępie przedwiośnie jeszcze potrwa.