Interesy Putina. Na zapleczu rozmów o Ukrainie toczy się inna gra
- Stany Zjednoczone rozmawiają z Rosją o końcu wojny w Ukrainie;
- Ale na zapleczu spektaklu, który odbywa się na głównej scenie, mają się toczyć znacznie ważniejsze rozmowy;
- Rosja znów wybiera się z gazem i ropą na Zachód;
- Kto i w co w tej sprawie gra? Komu ulży handel z Rosją? I kto na tym wszystkim zarobi?
Żeby zrozumieć, czym dla Zachodu może być tania energia ze Wschodu, trzeba się cofnąć mniej więcej do roku 2021, gdy Rosja postanowiła wziąć Europę pod energetyczny but. Zamknęła dostawy gazu w sytuacji, gdy miejscowe magazyny surowca były niemal puste. Dlaczego tak się stało? Winna była... pogoda. Po bardzo zimniej wiośnie, gdy Europejczycy na potęgę grzali domy gazem, przyszła bezwietrzna jesień, gdy do produkcji prądu trzeba było używać więcej gazu niż przeciętnie w poprzednich sezonach.
W ten sposób zachodnia gospodarka została pozbawiona jednocześnie zasobów w magazynach i świeżych dostaw paliwa ze Wschodu. Na koniec Rosja napadła na Ukrainę. Wtedy Europa odcięła się od rosyjskich dostaw na dobre. A przynajmniej tak się wydawało. Aż do teraz.
Poważne media na całym świecie piszą bowiem o możliwym odpuszczeniu Rosji grzechów i powrocie surowców ze Wschodu na zachodni rynek.
Rosja wraca na salony
W tej sprawie znowu znaczenie ma pogoda. Jesteśmy po dwóch latach bardzo łagodnych zim. Dlatego największe europejskie gospodarki grzały gazem na potęgę. I korzystały z zapasów surowca, który zgromadziły w poprzednich latach, gdy grzać nie było trzeba. Magazyny pustoszały i niewiele w nich zostało, a synoptycy zapowiadają do końca marca kolejną falę chłodu.
Efekt? Zamiast 60 procent - jak rok temu - Europa wyląduje na koniec sezonu z zapasami o połowę mniejszymi. Co będzie znaczyło, że na progu lata musi z kopyta ruszać z zakupami na kolejny rok i do listopada zgromadzić w magazynach 90 procent tego, czego potrzebuje - bo takie są wymogi Unii Europejskiej.
Część państw najmocniej uzależnionych w energetyce od gazu podniosła więc wrzask. Bo ceny surowca, które o tej porze roku zwykle były niskie, tym razem nie chcą spadać. Zakupy gazu od producentów będą horrendalnie drogie. Podniosą ceny prądu, sprawią, że europejskie gospodarki będą płacić krocie za energię. Dlatego trwa zawzięty spór o to, ile powinien wynosić poziom obowiązkowych zapasów. Na razie decyzji brak. I nic nie wskazuje, by dyskusja zmierzała do szczęśliwego finału.
Europa szuka alternatywy
Ceny to jedno, sam proces zakupów - drugie. Po odcięciu się od rosyjskich dostawców, Europa znalazła ich gdzie indziej. Zamiast rurociągami sprowadza skroplony gaz statkami. Kupuje go w Ameryce oraz na Bliskim Wschodzie, a Polska ma też kontrakt z Norwegią. Problem w tym, że do przewozu paliwa potrzebne są specjalistyczne gazowce, których jest określona liczba.
Może by zatem znów transportować gaz rurociągami? Problem w tym, że najważniejsze zaczynają się w Rosji. Stamtąd Europa czerpała tani surowiec, zanim Moskwa zrobiła z niego super oręż w gospodarczej i politycznej wojnie z Zachodem.
'Putin gra na nosie Trumpowi'. Co oznacza nowe porozumienie? 'To jest pomyłka'
Moskwa zdaje się być pewna swojego powrotu
'Jeśli - powiedzmy - USA i Rosja zgodzą się na współpracę w sektorze energetycznym, to gazociąg dla Europy mógłby być zagwarantowany. I to przyniesie korzyści Europie, ponieważ otrzyma tani rosyjski gaz' - to słowa prezydenta Rosji Władimira Putina z połowy marca, po pierwszej rundzie rozmów ze Stanami Zjednoczonymi o pokoju w Ukrainie.
Eksperci są zgodni - Moskwa zdaje się być pewna swojego powrotu na surowcowy rynek. A jej gazowy czempion - firma Gazprom - ma już rzekomo rozmawiać z Amerykanami na temat uruchomienia gazociągu Nord Stream.
Dla porządku: Nord Stream to bałtycki rurociąg dostarczający gaz do Europy Zachodniej z pominięciem państw Europy Centralnej - Polski i Ukrainy. Projekt Nord Stream to dwa rurociągi, każdy po dwie nitki. Nord Stream I został trzy lata temu wysadzony w powietrze. Jego naprawy na razie nikt nie bierze pod uwagę. Bo kosztowałaby majątek i byłaby technicznie karkołomna. Nord Stream II to jedna cała rura, bo druga także została zniszczona. Problem w tym, że system nigdy nie był używany, bo nie przeszedł ostatecznego odbioru. Teoretycznie mógłby służyć do przesyłu, ale praktycznie rzecz nie jest pewna. Ostatnio urządzenia do przesyłu testowano trzy lata temu. Ile potrwałby nowy rozruch - nie wiadomo. I tu na europejską scenę gazową wkraczają Amerykanie. A konkretnie amerykańskie pieniądze.
Jedynym właścicielem Nord Stream II jest rosyjski Gazprom. Rurociągiem zarządza szwajcarska spółka należąca do Gazpromu. Spółka znajduje się w trakcie postępowania upadłościowego. Gdy ogłosi bankructwo, ma się rzekomo zgłosić po nią Stephen Lynch, amerykański inwestor zaprawiony w rosyjskich bojach. W ten sposób decyzje o tym, jak Nord Stream miałby działać, częściowo zależałyby od Amerykanów.
Ale są też inne opcje.
Na przykład rurociąg Jamał biegnący przez Polskę. W tym przypadku jednak do włączenia przesyłu niezbędna byłaby zgoda polskiego rządu. Rzecz raczej niemożliwa. Jest też Arctic LNG2 - kompleks uruchomiony zaledwie rok temu i od razu zamknięty z powodu amerykańskich sankcji nałożonych na gazowce pływające po wodach arktycznych.
Na koniec stawka. Rosja jest supermocarstwem surowcowym z pierwszej piątki producentów od ropy naftowej przez aluminium po pszenicę. Zanim rosyjska armia najechała Ukrainę, Rosja dostarczała Europie 25 proc. ropy naftowej; 50 proc, węgla i prawie 40 proc. gazu. Trzy lata po odcięciu Europy od dostaw ze Wschodu i znalezieniu nowych źródeł, ceny gazu wciąż są o jedną trzecią wyższe niż przed wojną. Pozostaje więc wybór między dżumą a cholerą.