"Nie mogłam już uratować tego chłopca". O rosyjskiej wojnie, której "głównym orężem była pogarda" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Potem nie łapano już zakładników na ulicach. Zabierano ich, zbitych do nieprzytomności, z mieszkań, do których wdzierali się zamaskowani żołnierze" - pisze Krystyna Kurczab-Redlich w książce "Pandrioszka". Reportażystka opisuje w niej m.in. wojnę w Czeczenii.
Zobacz wideo

"Będziemy zamieniać głowa za głowę - naszego rannego albo zabitego za waszego żywego".

Czeczenki wynajęły ciężarówkę, zaczęły wozić martwych i rannych Rosjan. Często przywoziły martwych nie z tej jednostki. Przywoziły i żywych, też nie z tej jednostki. A wtedy wojskowi mówili: "Zabierajcie ich z powrotem, oni nas nie interesują…"

Po pewnym czasie Rosjanie zdecydowali się jednak przyjmować i "nie swoich" rannych, tyle że nie brali ich pod uwagę przy wymianie na żywych lub martwych Czeczenów. Albo i Rosjan, mieszkańców Groznego.

Matce i żonie porwanego Aleksego Ptuchina wydano trupa ze zmiażdżoną głową, z czterema ranami od kul. Dwudziestoletni Rosjanin Aleksy kilka dni wcześniej wyszedł po papierosy z dwoma sąsiadami Czeczenami. Gdy ich złapano, usłyszał: Ty russkij?! Ty nie russkij, ty priedatiel, wsie russkije wyjechali… Rasstrieliat’… (Ty Rosjanin?! Ty nie Rosjanin, ty zdrajca, wszyscy Rosjanie wyjechali… Rozstrzelać…) Czeczenów pozostawiono przy życiu. Wrzucano do wykopanej w ziemi jamy, znęcano się nad nimi bez przerwy. "Aż wreszcie jakiś rosyjski oficer - wspomina Magomed Taramow* - ujął się za nami i faktycznie ochraniał aż do uwolnienia…"

Potem nie łapano już zakładników na ulicach. Zabierano ich, zbitych do nieprzytomności, z mieszkań, do których wdzierali się zamaskowani żołnierze. Gdy zabierano jednego z nich, dzieci bardzo płakały.

- Ja też mam małe dzieci - powiedział żołnierz. - Nie wezmę jeszcze i tego grzechu na sumienie…

*

- Tam, na placu Minutka, w sierpniu były same trupy - mówi Salman z Groznego. - Rosyjskie trupy. Pełne czołgi spalonych trupów. Tak stały, w upale. Leżały też i niespalone zwłoki. Szarpały je psy. Nasze kobiety nad nimi płakały. Potem ich pogrzebaliśmy…

Od połowy sierpnia 1996 roku toczyły się rozmowy między komendantem "czeczeńskich sił powstańczych" Asłanem Maschadowem i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Aleksandrem Lebiedziem, dotyczące "uregulowania kryzysu w Czeczenii".

Wojska federalne zbierały się do odwrotu. Dowodzący nimi generał Pulikowski dla uproszczenia zadań ewakuacyjnych wydał rozkaz palenia poległych żołnierzy. Samochody pancerne i czołgi zamieniły się w stosy.

*

Przede mną chłopak, może jedenastoletni. Leży nieruchomo. Obok noga wyrwana z biodra. Odłamki muru. Krew na śniegu. Nagle głowa porusza się z lewa na prawo, z prawa na lewo. Jęk. Jeszcze jeden ruch. Głowa zastyga. Cofam obraz. Chłopak znowu rusza głową. Ale choćby obraz cofać i cofać, noga nie wróci do biodra, a chłopak nie wstanie. Konający chłopak ma jasną twarz, rude włosy. Jest Rosjaninem.

Czołgi i wozy pancerne, jeden za drugim, zalane słońcem. Czarne, spalone. Na bokach maszyn przeziera biel farby: numer jednostki. W wozach jak na paradzie zesztywniali w płomieniach żołnierze. Spaleni nie do końca, niezupełnie; tu i ówdzie tylko połowa czaszki to kość, a połowa to jeszcze twarz. I nie cała odzież to spopielały splot, tu i ówdzie to jeszcze mundur. A wszędzie tam, gdzie choćby najmarniejszy ślad ciała, kłębią się białe, dorodne larwy.

Chłopak jest ofiarą pierwszej wojny, a spaleni żołnierze drugiej. "Wojnami" nazywają mieszkańcy Groznego najkrwawsze zmagania oddziałów czeczeńskich i rosyjskich, przy których poległa największa liczba ludności cywilnej. Pierwszą wojną jest więc atak zimowy w listopadzie i grudniu 1994 roku i ciężkie walki do połowy 1995 roku. Drugą sierpniowe walki z 1996 roku (od 6 do 22 sierpnia), po których zakończyły się działania bojowe.

Wszyscy natomiast są ofiarami niekończącej się wojny, jaką od wieków prowadzi tu państwo z człowiekiem. Wojny, której głównym orężem jest p o g a r d a. Na ziemi, w której spoczęły ich szczątki, jeden powinien być napis: JEDNOSTKA ZEREM…

- Nie mogłam już uratować tego chłopca - mówi Maja - więc go tylko sfilmowałam. A ci żołnierze to zabici w sierpniu Rosjanie, ich generałowie kazali ich spalić. I tak mieli więcej szczęścia od tych na placu Minutka, którzy dogorywali i rozkładali się w upale. Żeby do nich dojść, nakładaliśmy maski gazowe, taki był smród.

Na kasetach Mai konają bruneci i jasnowłosi; bomby nie rozróżniały Czeczenów od Rosjan… Dzięki kasetom Mai byłam w piwnicach Groznego, z których nie wychodzili tygodniami, bo bomby padały i padały. Jak śnieg. (A zima była piękna tego roku…) Byłam w tlących się jeszcze zgliszczach chałup w Samaszkach, w ruinach meczetu w Siernowocku, na porozrywanych drogach, wśród płonących drzew, w szpitalu… Wszędzie umierają, konają, jęczą, kobiety płaczą. Tam, wtedy…

Teraz, po wojnie, nie zobaczyłam ani jednej łzy. Ale prawdą jest i to, że Czeczen nie płacze. Czeczeński mężczyzna nie ma takiego prawa i uczy się tego od dziecka. Oto szpital. Na łóżku mężczyzna. Obie nogi podziurawione po biodro jak rzeszoto.

- Tak się wygląda po bombie igłowej - mówi Maja.

Pielęgniarka pochyla się nad nogą, grzebie w ranie, wyciąga odłamki. Jeden po drugim. W szpitalu dawno zabrakło środków znieczulających. Twarz mężczyzny nieruchoma. Ani drgnie.

Pęseta pielęgniarki długo zatrzymuje się przy każdym otworze, a jest ich w każdej nodze kilkadziesiąt.

- Czeczen nie płacze - mówi Maja.

Wreszcie zemdlał… Maja Szołwchwałowa, postawna, czarne włosy sowicie zmieszane z siwizną. Do wybuchu wojny profesor muzyki w konserwatorium w Tbilisi. Od pierwszych dni wojny z kamerą filmową Panasonic dociera wszędzie, gdzie to możliwe. Całą ścianę w jej mieszkaniu zajmują kasety. Amerykańscy dziennikarze dawali za każdą, mimo że "kręcona" amatorską, nie telewizyjną kamerą, po pięćset dolarów.

- To historia narodu - odpowiadała Maja. - Nią się nie handluje…

Historie narodów w filmach, na zdjęciach – oczach historii. Mam wrażenie, że zamykająca się powieka czasu wpycha mnie w zamgloną źrenicę powojennej Warszawy, w jej ruiny, w jej zgliszcza, w ryte kulami ściany, w ramy okien wyściełane ciemnością zamiast szyb…

*

Pięć miesięcy po zakończeniu działań bojowych w oknach mieszkania Mai, jak w wielu innych domach, olbrzymie płachty plastiku. Szkło można gdzieś tam kupić, ale za pieniądze tak duże, że mało kogo to interesuje.

Choć styczeń, w mieszkaniu nie jest zimno. Gaz! Dobrodziejstwo Czeczenów. Gaz jest wszędzie, gaz nie kosztuje, gaz karmi, gaz grzeje. Za to nie ma wody. Porozrywane rury, zdewastowane wodociągi. Tylko z kranu wychodzącego na ulicę można nabrać wiadro wody. Klatki schodowe ciemne, tu i ówdzie pozrywane stopnie zastępuje kawałek drabiny. W mieszkaniu Mai, w przykrytej dywanem ścianie, ślady kul.

*

- To było podczas pierwszej wojny, gdy było tyle rosyjskich trupów - mówi Zuhra ze wsi Gojskoje. - Widziałam, jak federałowie ściągali je do domu, z którego został tylko szkielet. Dziesiątkami. I palili. Rodziny nie znajdą synów, nie znajdą nawet szkieletów. Potem powiedzą, że Czeczeni ich pomordowali albo zrobili z nich niewolników.

- Że nas zabijali, to jasne - mówi Zulija ze wsi Samaszki. - Ale oni zabijali sami siebie. Cała wieś widziała. Pod Samaszkami stacjonowały wojska rosyjskie. Najemnicy. Pewnego dnia nadleciały helikoptery (jasne, że rosyjskie, nasi helikopterów nie mieli) i zaczęły ich bombardować. Po półgodzinie przyleciały, zabrały trupy do samolotów, odleciały. Niedaleko. Widzieliśmy, jak helikopter wzniósł się nieco nad las i jak trupy wyrzucano. Po dwóch godzinach w wiadomościach telewizyjnych I kanału (ogólnorosyjskiego) mówili, że w okolicach Chaswajurtu czeczeńskie bojówki napadły na oddział rosyjski i go zlikwidowały. A naszych chłopców w tych okolicach już dawno nie było, poszli w góry…

- Rosjanie przygotowywali się do ostrzału Gudermesu - mówi Natasza z Groznego, Rosjanka. Krzyczę: "Co robicie???!!! Tam przecież nasi! Jeńcy!" Odpowiedziano mi: - "No i co z tego?"

- Na samym początku wojny pytałam naszych, dlaczego bombardowali Grozny - mówi Maria Kirbasowa (przewodnicząca moskiewskiego Komitetu Matek Żołnierskich). - Przecież wiadomo było, że w Groznym mieszkają głównie Rosjanie. Jeden mi na to mówi: "Mnie za wyjazd do Czeczenii obiecali mieszkanie". Drugi: "Ja pojechałem za kolegę, którego żona miała rodzić". Trzeci: "Ja normalny poborowy. Co mieliśmy robić? Rozkazów nie słuchać?"

- Rosjanom było gorzej niż nam - mówi Magomed z Groznego. - Prawie każdy Czeczen z Groznego miał rodzinę na wsi.

Miał dokąd uciekać, jeśli zdążył. A ci, którzy nie uciekli, mogli liczyć choćby na żywność od krewnych. A Rosjanie nie. Zimą dziewięćdziesiątego piątego to oni przede wszystkim ginęli. To oni kotłowali się tygodniami po piwnicach, w gruzach domów, w których mieszkali. Kto miał do kogo uciekać – uciekł. Reszta cierpiała razem z nami.

- O tu, ten dom rozwalony. Tu schroniło się dwunastu rosyjskich żołnierzy, których odnalazły matki - mówi Bisłan z Groznego. - Rosjanie rąbnęli do swoich, że to niby dezerterzy, i do ich matek…

*

Zina ze wsi Cocinjurt: "Od nas walczyli wszyscy. Sześciu braci i sześć sióstr. I wszyscy do nas zjechali, bo my tu wyżej, w górach. Czasem było tu i sześćdziesiąt osób. Bombardowali krańce wsi, na samą wieś bomby nie padały. 5 stycznia 1995 roku mój syn przytaszczył tu rosyjskiego żołnierza. Była jedenasta w nocy. Pytam:

- Kto to? On mówi:
-  Mój przyjaciel.
- Jaki przyjaciel! - żachnęłam się.
- On ranny - odpowiada syn.

Nogę miał pogruchotaną pod kolanem. Przemyłam rany, przewiązałam. U nas było tylu ludzi, że nie było go gdzie położyć. Uprosiłam brata (mieszka obok), żeby go wziął. Wołodia żył u nas trzy miesiące. Z tyłu domu, nie na widoku. Jego matkę powiadomiliśmy poprzez ludzi, którzy jechali do Moskwy.

Wołodia gorączkował przez miesiąc. Ciągle bardzo się bał.

Swoich się bał. Potem Rosjanie wywozili z naszej wsi swoich, którzy pochowali się u Czeczenów. Nasi chcieli oddać Wołodię, żeby zamienić go na Czeczena. Powiedziałam:

- Nie dam go tknąć. On dzieciak. Dziewiętnaście lat ma dopiero, on się jeszcze nawet golić nie zaczął.

Myśmy się bali, żeby go ktoś z naszych nie zobaczył. Ludzie różni są. A zresztą sam Maschadow dał rozkaz, aby poborowych nie ruszać, nie dobijać, nie męczyć, nie wymieniać. Tylko najemników.

Po czym ich rozróżnialiśmy? Poborowi to dzieciaki, jeszcze przed dwudziestką, niedokarmione, żałosne, często chore. A najemnicy to chłopy na schwał, koło trzydziestki, a najczęściej starsi, wypasieni. Poubierani, w co kto miał, z chustkami, pończochami albo kominiarkami na twarzy. Walczyli za pieniądze. Oni byli najgorsi.

Co jedliśmy? Z pięćdziesięciu krów zostały nam dwie. Barany wszystkie zjedliśmy. Bóg pomógł.

Wreszcie matce Wołodii udało się do nas dotrzeć.

Czy to było trudne? Było. Przecież musiała omijać swoich.

Po syna jedziesz? - powiedzieliby. On u Czeczenów, no to kolaborant, dezerter. Byłoby źle… Daliśmy mu cywilne ubranie, pojechali. Potem dostaliśmy wiadomość, że Wołodia zaprasza nas na ślub. Wojna jeszcze była, nie mogliśmy jechać. A teraz zaprasza, bo mu się dziecko urodziło. To pojedziemy. Na razie przysyła nam podarki. O! ile koszul, spodni…"

*

Aliszar z Gojskoje: - Czy nasi przetrzymywali siłą ruskich? Bywało. Żeby ich wymienić na swoich.
- A czy dużo takich jeszcze tu jest?

- Nie wiem. Wiem, że wielu zostało dobrowolnie, przyjęło naszą wiarę i nie chce wracać do domu.

*

W centrum Groznego jest kilka rosyjskich "cmentarzy". Skrawki ziemi, z której sterczą tabliczki. Na nich numery. Pochowali ich tu Czeczeni.

DOSTĘP PREMIUM