advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Kultura

"Bez alkoholu Duda jest strasznym nudziarzem, po alkoholu odwrotnie". Kulisy polsko-ukraińskiej dyplomacji [FRAGMENT KSIĄŻKI]

10 min. czytania
03.12.2023 11:23
"Nikt tego nie powie wprost, ale te misie Duda - Zełenski są trochę wyreżyserowane. Zełenski radzi sobie z tym dobrze. To w końcu aktor. Duda trochę gorzej" - ujawnił jeden z bliskich ludzi prezydenta Andrzeja Dudy w rozmowie ze Zbigniewem Parafianowiczem, autorem książki "Polska na wojnie".
|
|
fot. Jakub Szymczuk / KPRP

Fragmenty pochodzą z książki Zbigniewa Parafianowicza pt. 'Polska na wojnie', która ukazała się 8 listopada 2023 roku nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Książkę możesz kupić tutaj .

Spotkanie w Wiśle

Na miesiąc przed wojną Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski spędzili razem w Wiśle dwa dni. Spotkanie było zaplanowane wiele miesięcy wcześniej i nie miało nic wspólnego z wojną. Chodziło o „projekt przyjaźń", który miał polegać na wejściu w buty Aleksandra Kwaśniewskiego z czasów pomarańczowej rewolucji, czyli zbudowaniu półprywatnych relacji pomiędzy Dudą i Zełenskim.

Dyplomata A zaangażowany w sprawy ukraińskie: - Pomysł nieformalnego spotkania rzucił Jakub Kumoch, minister w Kancelarii Prezydenta, a potem kluczowa postać u boku Dudy w pierwszym roku wojny. Duda z początku miał wątpliwości. Bo zdawał sobie sprawę, że był już raz oszukiwany przez Poroszenkę. 'Umówiłem się z nim na wiele rzeczy. Niemal żadnej nie spełnił' - miał mówić.

Dyplomata B: - Chodziło o spór wokół Wołynia, ale nie tylko. Poroszenko nie wywiązał się z pomysłu wprowadzenia Polaka do rządu ukraińskiego. Co prawda zaproponował coś więcej, stanowisko szefa rządu, ale Balcerowiczowi, arcyprzeciwnikowi PiS. Duda potraktował to jako policzek.

Minister X: - Ustaliliśmy, że trzeba się z Zełenskim spotkać w cztery oczy i po prostu po męsku napić się wódki.

Dyplomata A: - Duda powiedział, że najbardziej nadaje się Wisła. 'Tam jest taka dobra karczma' - stwierdził. Miał na myśli obiekt w dyspozycji Kancelarii Prezydenta. Nie chodziło o załatwianie konkretnych spraw, tylko o skrócenie dystansu. Spotkanie odbyło się w czwartek i piątek 20-21 stycznia 2022. I faktycznie było przełomowe w późniejszych stosunkach. Udział w nim wzięły kluczowe postaci. Zełenskiemu towarzyszył Andrij Jermak, numer dwa ukraińskiej polityki. Oraz Andrij Sybiha, zastępca Jermaka odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe. Po stronie polskiej byli główni 'wojenni' doradcy prezydenta - Kumoch oraz z ramienia rządu wiceszef MSZ Marcin Przydacz.

Minister X: - Nie było planu, że w Wiśle podpiszemy jakieś konkretne umowy. Obie strony były zainteresowane uruchomieniem stałego kanału komunikacji. Mniej formalnego. Bez ograniczeń protokolarnych. Bez straty czasu. Po oficjalnych rozmowach w Wiśle wieczór spędziliśmy, jedząc i pijąc.

Dyplomata B: - Duda plus wóda równa się nienuda. Bez alkoholu Duda jest strasznym nudziarzem, po alkoholu odwrotnie. Wisła to była regularna impreza. Dyplomacja alkoholowa z bardzo satysfakcjonującym rezultatem. Duda jest świetnym opowiadaczem kawałów po rosyjsku. Nie wiem, skąd je zna, ale opowiadał je z dobrym akcentem.

Dyplomata A: - Nikt nie spił się w trupa. Prezydenci testowali się. Żaden nie gadał głupot. Nikt nie odpadł. Może Zełenski trochę wolniej mówił, ale żadnych głupot czy bełkotu. Zełenski nie wygląda, ale może sporo przyjąć. Nie zmienia się po alkoholu. Zachowuje pełną kontrolę. Jest bezpretensjonalny i długo nie utrzymuje dystansu. Odniosłem wrażenie, że jest znacznie silniejszym politykiem, niż mógłby wskazywać kreowany jego obraz na Ukrainie przed wojną. Nie jest też typem polityka ukraińskiego, których znałem w przeszłości. Nie kreuje się na wschodniego mużyka i bandytę. Nie przeklina nadmiernie. To rodzaj zająca z sowieckiej bajki „Wilk i zając". Cwany i zawsze wychodzący na swoje. Mimo że nie prezentuje siły i nie pręży muskułów.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Pytałem w Wiśle, czy rozważają wariant ataku Rosjan na pełną skalę. Krążyły daty inwazji. Pisano też o wariancie zakładającym atak na Kijów. Zełenski nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Mówił, że liczy się z każdym scenariuszem, ale obawia się, że jest w tym dużo przesady. Mówił, że każde doniesienie o dacie ataku to dla niego poważny problem, bo po takim newsie z Ukrainy uciekają miliony dolarów kapitału zagranicznego. Sugerował, że jego otoczenie oficjalnie będzie przekonywało, że do wojny nie dojdzie. Nie planował też mobilizacji. Chodziło o to, by nie uciekały pieniądze, ale też o zachowanie spokoju i powstrzymanie paniki wśród ludności.

Polityk ukraiński, obecny w Wiśle: - Wisła była najlepszym spotkaniem, jakie na tym szczeblu odbyliśmy z Polakami. Wcześniej miewaliśmy problem z tym, czego właściwie oczekują od nas. Nie było jasności celów polskiej polityki wobec Kijowa. Poza ogólnikami, że jesteśmy dla Warszawy strategicznym partnerem. Dowiedzieliśmy się, że teraz jest wola na najwyższym szczeblu, aby współpracę napełnić treścią. Dowiedzieliśmy się, że chce tego też Jarosław Kaczyński, który od zawsze był wobec Ukrainy podejrzliwy. Prezydent Duda miał na to pomysł i ministra, który przyjaźnił się z Sybihą jeszcze z czasów tureckich, Kumoch i Sybiha w tym samym okresie byli tam ambasadorami. Mieliśmy podstawę do nowej współpracy - zaufanie.

Dyplomata B: - Rano po tej naszej alkodyplomacji wszyscy jedli śniadanie i byli dla siebie bardzo mili. Jak po spotkaniu, po którym się jest bardzo zmęczonym. Wisła odbyła się w atmosferze biwaku na studiach. Pamiętam, że minister Przydacz puszczał Kumochowi utwór zespołu Braci Figo Fagot pod tytułem „Wóda zryje banie". Proszę spojrzeć na zdjęcia. (Pokazuje zdjęcia. Widać uczestników spotkania w narzutach góralskich z baraniej skóry i w góralskich czapkach. Gra orkiestra. Niektórzy śpiewają, wczuwając się w swoje role.)

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Wisła była kluczowa dla stosunków polsko-ukraińskich w pierwszych stu dniach wojny. To był strzał w dziesiątkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jaki będzie efekt. Ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, to nie wiem, czy tam narodziła się autentyczna przyjaźń. Nikt tego nie powie wprost, ale te misie Duda - Zełenski są trochę wyreżyserowane. Zełenski radzi sobie z tym dobrze. To w końcu aktor. Duda trochę gorzej. Oni są od siebie bardzo różni. Zełenski zamknięty. Duda to typ harcerza. Pierwszy mało mówi. No ale tyle, ile było można, wyciągnęli z tej znajomości. Była okazja, wykorzystali ją, udając wielką przyjaźń. Później, po tym karnawale przyjaźni, gdy Zełenski uwierzył, że jest Mahatmą Gandhim, Duda jako asystent Gandhiego nie był mu już potrzebny.

Okładka książki Polska na wojnie
Okładka książki Polska na wojnie
Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Awaria prezydenckiego samolotu

Prezydencki boeing 737-800 NG 25 marca o godzinie 12.50 wystartował z warszawskiego Okęcia. Lot do Rzeszowa miał potrwać czterdzieści pięć minut. Na lotnisku w Jasionce Andrzej Duda miał witać Joe Bidena, który składał pierwszą wizytę w Polsce. Duda dotarł jednak spóźniony. Maszyna po kilkudziesięciu kilometrach zawróciła. Pilot zgłosił awarię.

Minister X: - Gdy wyłączono sygnalizację zapiąć pasy, wstałem z fotela. Szedłem do toalety, kiedy poczułem silne przeciążenie. Tak, jakby pilot walczył z maszyną. Próbował ją za wszelką cenę poderwać do góry, żeby nie spadła. Nogi miałem strasznie ciężkie. W zasadzie nie mogłem iść. Na miejsce wracałem, trzymając się foteli.

Minister Y: - To było strasznie dziwne. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi. Załoga zaczęła ponaglać pasażerów, żeby ponownie zajęli swoje miejsca. Zrobiło się nerwowo, zanim znów włączyła się sygnalizacja, aby zapiąć pasy. Najpierw trzęsło. Później czuć było silne przeciążenie. Nikt nie wiedział, o co chodzi.

Minister X: - Stewardesa pogoniła mnie z powrotem na miejsce. Wiedziałem, że coś niedobrego się dzieje. Usiadłem. Zapiąłem pasy. Czekaliśmy, co dalej.

Wojskowy: - Jeszcze na początku tego dziwnego wydarzenia ktoś sobie żartował. Takie klasyczne heheszki, gdy samolotem mocno trzęsie. Jak w locie czarterem do Egiptu. Ktoś rzucił, że jak to minie, nagrodzimy pilota oklaskami. Żołnierze śmiali się, że zrzucamy paliwo, choć chyba go nie zrzucaliśmy. Możliwe, że padły wtedy słowa nawiązujące do Smoleńska. Coś na wzór czarnego humoru. Szybko jednak te heheszki się skończyły. Było jasne, że dzieje się coś bardzo złego. Nie widziałem prezydenta. Siedziałem blisko szefa sztabu generalnego generała Rajmunda Andrzejczaka. Na początku był wyluzowany. Ale tylko na początku.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Trzęsło jak cholera. Wszyscy patrzyli na wojskowych. Ich reakcje były papierkiem lakmusowym tego, co się dzieje. Zdawało nam się, że oni wiedzą najlepiej. Każdy patrzy w takich sytuacjach na wojskowych, bo przecież kto ma wiedzieć, jeśli nie oni. Maszyna należy do Pierwszej Bazy Lotnictwa Transportowego, która zajmuje się wożeniem VIP-ów. Wojskowi wiedzieli najlepiej, jak się sprawy mają. Ich koszarowy humor szybko jednak ustąpił powadze. To mogło oznaczać tylko jedno, będziemy lądować awaryjnie.

Wojskowy: - Zapytałem Andrzejczaka, czy jest źle. Potwierdził. Nie był w dobrym nastroju. Wiedziałem, że jesteśmy w dupie. Ktoś wyszedł z kokpitu od pilotów. Był zielony i przerażony. Nic nie powiedział.

Minister X: - Wysłałem SMS-a do żony, że jest jest problem z maszyną. Pożegnałem się. Całym samolotem telepało.

Wojskowy: - Zapadła decyzja, że wracamy do Warszawy. Po walce pilota o kontrolę nad maszyną boeing zaczął obniżać lot. Załoga dała znać, że jest problem z usterzeniem. 'Papa Lima Fox 101, zgłaszam emergency. Mayday, mayday, mayday. Mamy problem ze stabilizatorem, z trymerem stabilizatora' - taki komunikat nadano z prezydenckiego boeinga 737. Maszyna miała priorytet w awaryjnym lądowaniu w Warszawie.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Zawróciliśmy nad Warką i krążyliśmy w okolicach Warszawy. Pilot musiał podjąć decyzję, gdzie będzie lądował awaryjnie. Zdecydował, że optymalne będzie Okęcie. Załoga argumentowała, że to najlepiej wyposażone lotnisko. Tam też jest baza, z której pochodziła maszyna. Było jednak jasne od początku, że chodzi przede wszystkim o potencjalną pomoc dla pasażerów. Przede wszystkim pasażera numer 1 - gdyby okazało się, że grozi nam katastrofa.

Wojskowy: - Pilot ustalał, jaka jest kondycja maszyny. Stabilizował ją. Przestało trząść. Wydawało się, że wyjdziemy z tego cali. Na pokładzie panowała jednak grobowa cisza. Nie było rzucania kurwami. Nie było paniki. Była cisza. Pustka.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Każdy wiedział, że w przypadku lotów o statusie HEAD w Polsce nie ma tabu. 10 kwietnia 2010 spadł samolot z prezydentem. Skoro to się wydarzyło, dlaczego my mielibyśmy nie spaść? To rujnowało morale. Myślałem: 'Jak to, powtórka z tego będzie? Przecież to niedorzeczne'.

Minister X: - Po wysłaniu wiadomości do rodziny po prostu się modliłem.

Wojskowy: - To był najdłuższy lot w moim życiu. Nie chciałem dołączyć do grona kolejnych żołnierzy, którzy zginęli w katastrofach. Wolę na wojnie. Smoleńsk jest jednak pewną hańbą. Porażką państwa. Niezależnie od tego, czy jesteś w gronie zwolenników teorii o zamachu, czy tych, którzy są przekonani o zaniedbaniach rosyjskich i polskich. No nie może być tak, że drugi raz, po dwunastu latach, znów dochodzi do takiej kompromitacji. Po Smoleńsku transport VIP-ów przekazano LOT-owi. Niedawno znów wrócił do wojska. Wojsko zaczęło odzyskiwać autorytet w tej dziedzinie. Kupiono nowe maszyny za astronomiczne sumy. Po tupolewizmie w Londynie i próbie zapakowania do jednego samolotu dwóch napisano nawet nową, zupełnie sensowną instrukcję HEAD. Katastrofa doprowadziłaby do utraty wiary w to, że państwo może takie rzeczy ogarniać. Po Smoleńsku była zgoda co do tego, że to nie może się powtórzyć, a jednak się powtarzało.

Minister X: - Lądowaliśmy w grobowej ciszy. Nikt nic nie mówił. To był zupełnie surrealistyczny obrazek. Gdy schodziliśmy do lądowania, nie było czuć już żadnych problemów technicznych. Samolot usiadł normalnie. Nic nadzwyczajnego się nie działo.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Po lądowaniu, gdy emocje opadły, byłem najzwyczajniej wściekły. Boeing miał być nowoczesny. To nie Tupolew czy Jak, w którym były popielniczki z PKS-u i koce na fotelach. Tamte maszyny były postrzegane jako stary złom. Boeing zmieniał wszystko. Nie śmierdziało w nim paliwem. Nie było głośno. Siedzenia się same nie składały. Był wygodny. Dlaczego się zepsuł? Dlaczego znów mieliśmy przed oczami kompromitację?

Wojsko nie odrobiło lekcji po katastrofie smoleńskiej. 'To jest igranie z życiem'

Wojskowy: - Na Okęciu vis-à-vis terminala pasażerskiego jest budynek z poczekalnią dla VIP-ów i dziennikarzy. W salonce dla dziennikarzy kiedyś był alkohol. Miałem ochotę po prostu się napić.

Zbigniew Parafianowicz: Jaka była reakcja na to wszystko prezydenta?

Minister Y: - Podczas lotu dostawał na bieżąco informacje o tym, co się dzieje. Nie widać było po nim zdenerwowania. Nic nie mówił. Nie komentował. Nie wtrącał się.

Minister X: - Nie wiem, czy się bał. Na pewno nie dał tego po sobie poznać. Przecież nie będzie panikował w takiej sytuacji. On zresztą miał 10 kwietnia 2010 roku lecieć tupolewem do Smoleńska. Ma to gdzieś z tyłu głowy.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Po lądowaniu zmieniliśmy samolot na drugiego rządowego boeinga 737. Nie było czasu na komentowanie i dyskusje. Widziałem jednak, że prezydent był mocno zdenerwowany. Ponaglał ludzi. Przeklinał. Duda sporo przeklina. Nie gardzi przekleństwami. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy klął z powodu awarii samolotu, czy dlatego, że mieliśmy poważne spóźnienie. Mieliśmy witać Bidena. Tymczasem przywitał go szef MON Mariusz Błaszczak. (...)

Wojskowy: - Dziś wiadomo, że doszło do usterki trymera stabilizatora. Był problem ze sterem wysokości i elementami, które odpowiadają za to, że samolot gwałtownie nie nurkuje albo gwałtownie się nie wznosi. Po stronie polskiej nie doszło do złamania procedur opisanych w instrukcji HEAD. Nie było problemu po stronie pilotów. Jeśli trymer nie działa, pilot walczy z maszyną. Stąd odczucie niektórych pasażerów, że trwało 'siłowanie się' z samolotem. Dziś też wiadomo, że pilot nie miał wyboru, musiał przerwać lot, bo było niebezpiecznie. Przy usterce trymera ląduje się w asyście straży pożarnej. Lotnisko się wtedy zamyka. Inne maszyny czekają w powietrzu.

Minister X: - Jak na skalę problemu skończyło się nieźle. Byliśmy w Rzeszowie o piętnastej. Godzinę po lądowaniu Bidena, który chyba trochę posiedział w Air Force One, bo zakładano, że może jednak się wyrobimy. No nie wyrobiliśmy się. Przywitał go Błaszczak, a później Biden pojechał na spotkanie z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Jasionce. To byli spadochroniarze z 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Duda spotkał się z żołnierzami polskimi z 18 Dywizji Zmechanizowanej, której patronem jest generał Tadeusz Buk. Ten, który 10 kwietnia 2010 zginął w Smoleńsku. Taki był początek dwudniowej wizyty Bidena w Polsce .

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>.