,
Obserwuj
Kujawsko-pomorskie

Pasażerowie mogą odetchnąć, przynajmniej na razie. Bydgoszcz nie zostanie bez komunikacji miejskiej

Beata Korzeniowska
2 min. czytania
30.12.2022 09:24
1 stycznia autobusy i tramwaje wyjadą na bydgoskie ulice. Miejskie Zakłady Komunikacyjne i Zarząd Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej w Bydgoszczy podpiszą dziś aneks do umowy. To zapewni obsługę komunikacji miejskiej na najbliższe tygodnie. A co potem?
|
|
fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta

Nadal nie ma porozumienia w sprawie nowej umowy, która ma zapewnić obsługę większości linii autobusowych przez Miejskie Zakłady Komunikacyjne w Bydgoszczy. Miejska spółka nie zgadza się na proponowaną cenę za wozokilometr. Pisaliśmy o tym tutaj. Dotychczasowa umowa wygasa z końcem roku. Aby od 1 stycznia nie doszło do paraliżu - ustępujący ze stanowiska prezes MZK Piotr Szałkowski podpisze z miastem aneks na obowiązujących w tej chwili zasadach. Krótkotrwała umowa ma dać czas na wypracowanie wieloletniej współpracy.

Przedstawiciele spółki twierdzą, że proponowane przez miasto stawki nie gwarantują pokrycia kosztów działalności MZK.

Prywatny przewoźnik dostanie mniej

Od stycznia 11 linii autobusowych obsługiwać będzie, powracająca po latach do Bydgoszczy, warszawska firma Mobilis. Stawki ustalone w przetargu dla prywatnego przewoźnika to 7,33 zł za wozokilometr w przypadku autobusów długich i 6,25 zł za krótkie. Te stawki są już dziś nieaktualne, bo podlegają waloryzacji o wskaźnik inflacji i paliwowy. Miejskiej spółce Zarząd Dróg zaproponował stawki o 10 procent wyższe. MZK chce jednak więcej o 21 procent. Brak porozumienia w tej sprawie spowodował, że jeszcze przed świętami, związek zawodowy w spółce odwiesił spór zbiorowy a zarząd podał się do dymisji.

Dopóki MZK się nie uzdrowi, dyskusja będzie się toczyć

- 75 procent linii autobusowych w Bydgoszczy ma obsługiwać miejska spółka. 25 procent to linie, które obsługiwać będzie wybrana w przetargu prywatna firma. Ta będzie jeździć za, powiedzmy, kwotę X - mówi TOK FM wiceprezydent Bydgoszczy Michał Sztybel. - Miasto, poza przetargiem, daje własnej spółce więcej linii i deklaruje, że za ich obsługę zapłaci o 10 procent więcej, ale związki zawodowe mówią: 'nie, my oczekujemy 21 procent'. Przecież tu chodzi o pieniądze mieszkańców. Więcej dla MZK oznacza mniej na szkoły, przedszkola, na inne elementy - dodaje.

Sztybel podkreśla też, że pozostaje kwestia prawa. - Bo jak uzasadnić, że jednej spółce płacimy więcej, kiedy z publicznego przetargu, prywatna firma dostanie mniej? - pyta. - MZK musi uzdrowić się od środka i wtedy będzie dobrą firmą, konkurencyjną na rynku. Jeśli jednak tego nie zrobi, to ci, którzy dążą do strajku, szkodzą tej spółce - podsumowuje.