,
Obserwuj
Mazowieckie

Długie kolejki po jedzenie. ''Są dni, że po chleb ustawia się nawet tysiąc uchodźców z Ukrainy"

4 min. czytania
24.04.2023 14:26
- Serce pęka, gdy mamy ostatni bochenek chleba. Dzielimy go na pół, wychodzimy i mówimy, że niestety pieczywo się skończyło - opowiada nam Halina Andruszków, szefowa fundacji Uniters pomagającej Ukraińcom. Jak podkreśla, potrzebujących jest bardzo wielu. Przed warszawskim punktem każdego dnia ustawiają się po żywność (i nie tylko) setki osób.
|
|
fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Fundacja Uniters działa w Warszawie od 2014 roku, czyli od początku agresji Rosji we wschodniej Ukrainie. Powstała jako komitet społeczny inicjatywy "Bohaterom Majdanu". - Kiedy pierwsi ranni z Majdanu Niepodległości trafiali do warszawskich szpitali, organizowaliśmy im opiekę i pomoc - prawną, rzeczową, tłumaczeniową. Zgłosiło się mnóstwo wolontariuszy i już wtedy zobaczyłam, jak wiele osób w Polsce chce włączyć się w pomaganie - opowiada szefowa fundacji Uniters, z pochodzenia Ukrainka, Halina Andruszków.

Po 24 lutego 2022 roku, czyli po brutalnej agresji Rosji na Ukrainę, po atakach rakietowych na wiele ukraińskich miast i po tym, gdy w Polsce znalazły się tysiące uchodźców - fundacja musiała przeprofilować swoją działalność. - Nastawiliśmy się wtedy całkowicie na pomoc Ukrainie, w tym głównie na dostarczanie specjalnych wojskowych apteczek czy innego sprzętu medycznego. Na początku był chaos, teraz dostajemy już konkretne prośby o pomoc i staramy się taki sprzęt zorganizować - mówi Andruszków.

Jak wylicza, fundacja wysłała już na Ukrainę ponad 30 tysięcy apteczek taktycznych dla wojskowych. - To pierwsza pomoc dla rannego żołnierza, która pomaga uratować mu życie. Zawiera między innymi specjalną opaskę zaciskową - dodaje.

"Uznaliśmy, że musimy się w to włączyć"

Na tym jednak nie koniec. W związku z tym, że do Warszawy przybyły tysiące uchodźczyń i uchodźców, w tym mamy z małymi dzieci i wielu seniorów, fundacja od wielu miesięcy organizuje też dla nich codzienne wsparcie. Duża część osób - z różnych przyczyn - nie jest w stanie pójść do pracy, a przez to brakuje im pieniędzy choćby na jedzenie. - Początkowo absolutnie nie myśleliśmy o tym, że będziemy pomagać uchodźcom na miejscu, w Warszawie, bo skupiliśmy na pomocy Ukrainie. Ale gdy zaczęli przychodzić do nas ludzie i pytać, czy mamy coś do jedzenia, uznaliśmy, że musimy się w to włączyć. Początki były u nas bardzo spontaniczne - tłumaczy Halina Andruszków.


Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Jak dodaje, ostatecznie to właśnie tutaj powstał jedyny działający obecnie w Warszawie punkt, który pomaga uchodźcom na co dzień. - Piętnaście piekarni sieci Putka oddaje nam codziennie chleb, który się nie sprzedaje. Dzięki temu ludzie mogą przyjść do nas po pieczywo. Są dni, że jest 500 osób, ale są i takie, gdy jest ich nawet 1000 - podkreśla nasza rozmówczyni. Jak tłumaczy, wiele osób musi wynajmować mieszkania, a pieniędzy, które mają, wystarcza im jedynie na opłacenie czynszu. - Są to między innymi osoby starsze, schorowane, które wręcz błagają o jakąkolwiek pomoc - dodaje.

Prezeska fundacji przyznaje, że niejednokrotnie pieczywa nie dla wszystkich wystarcza. - Serce pęka, gdy mamy ostatni bochenek chleba. Dzielimy go na pół, wychodzimy i mówimy, że niestety pieczywo się skończyło. Czasami, jak widzimy w kolejce osoby najbardziej potrzebujące, robimy wszystko, by - choćby prywatnie - jakoś je wspomóc - opowiada.

I dodaje, że fundacji pomagają też inne organizacje i hurtownie tak, aby można było kupić też inną żywność. - Przychodzą też zwykli mieszkańcy Warszawy - przynoszą mleko, ryż, kaszę dla potrzebujących - mówi dalej pani Halina. Wyjaśnia, że część uchodźców przychodzi też po wsparcie psychologiczne - chcą chociaż porozmawiać i usłyszeć słowa podtrzymujące na duchu.

W fundacji działają głównie wolontariusze z Ukrainy. Jest m.in. marynarz z Mariupola, który - gdy wybuchła wojna - właśnie wracał z rejsu. Nie dojechał do domu. Uznał, że bardziej przyda się w Polsce. Udało mu się ściągnąć z Ukrainy również mamę, dwie siostry i siostrzenicę. - Przez dwa miesiące nie miał z nimi kontaktu. Był pewien, że nie żyją. Ostatecznie udało się ten kontakt nawiązać. Dziś rodzina jest w komplecie, już bezpieczna - opowiada pani Halina.

Wolontariusze zorganizowali m.in. Ukraińcom i Ukrainkom tradycyjne święta - przygotowano kilkaset koszyczków z symboliczną święconką. W każdej znalazło się też coś dla dzieci. Cały czas poszukiwane są też kolejne osoby chętne do pomocy.

 

Fundacja zorganizowała też akcję zbierania latarek dla dzieci w Ukrainie. "Podarujmy każdemu dziecku w Ukrainie latarkę, którą może zawsze mieć przy sobie!" - apelują społecznicy.

Postanowili zebrać 4,5 miliona latarek, bo według oficjalnych danych w Ukrainie mieszka obecnie taka właśnie liczba dzieci. - One niejednokrotnie mieszkają w schronach czy piwnicach, w których jest ciemno. A wiadomo, że dzieci boją się ciemności, dlatego chcemy podarować każdemu maluchowi małą latarkę, którą zawsze będzie mieć przy sobie, jako symbol światła od świata - tłumaczy pani Halina.

Wpadła na ten pomysł w trakcie kilkudniowego pobytu z córką we Lwowie. - Nagle zrobiło się w mieście ciemno, nic nie było widać, kompletnie. Był atak rakietowy, więc wszystkie światła wyłączono. Przypomniałam sobie wtedy, że mam w torebce małą latarkę. I ona nas uratowała, dzięki niej dotarłyśmy do hotelu. I teraz chcemy, by takie latarki były też ratunkiem dla dzieci - tłumaczy gość TOK FM.

Fundacja od początku działalności (tj. od 2014 roku) organizowała też akcję 'Święta bez taty'. Polegała ona na przygotowywaniu paczek dla dzieci ukraińskich żołnierzy, którzy ginęli w Donbasie. - Nikt wtedy nie przypuszczał, że wojna dopiero się zacznie, a liczba osieroconych dzieci wzrośnie do tysięcy - mówi pani Halina. - W tym pierwszym roku zawieźliśmy do Ukrainy w sumie 950 prezentów dla dzieci wojskowych - poległych i rannych. I tak było i jest co roku, od tych ośmiu lat - opowiada. W akcji pomaga fundacji ukraińskie wojsko.