,
Obserwuj
Gospodarka

"Chory człowiek Europy". Niemcy biorą L4 na potęgę, a gospodarka cierpi

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
5 min. czytania
22.09.2026 06:58
Obserwuj nas na Google

Niemcy od dawna są nazywane "chorym człowiekiem Europy" ze względu na ich gospodarcze dolegliwości. Teraz to określenie nabiera dosłownego znaczenia, bo Niemcy chorują na potęgę, na żądanie i na telefon, przynajmniej w statystykach. Niemcy mogą chorować do trzech dni bez L4 i wykorzystują to bez skrupułów, zwłaszcza - co najciekawsze - w piątki i poniedziałki. Wystarczy telefon do pracodawcy z informacją o nieobecności. Coś, co kiedyś miało być ukłonem w stronę pracowników, teraz stało się gospodarczą epidemią! Absencje "chorobowe" Niemców w pracy przybrały takie rozmiary w i tak chorującej gospodarce, że stały się przedmiotem ogólnonarodowej, polityczno-gospodarczej debaty. Rząd w Berlinie naraził się na społeczny gniew próbując ten problem rozwiązać i ta próba dołożyła poparcia politycznego skrajnej prawicy, która właśnie zdobywa władzę w landach i idzie po władzę w Berlinie. A epidemia zwolnień lekarskich dokłada swoje trzy grosze do pogrążającej się w problemach niemieckiej motoryzacji.

Lekarz (zdjęcie ilustracyjne)
Lekarz (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Michal Wozniak/East News

To będzie odcinek o "chorym człowieku Europy", który siedzi na L4. A powiemy w nim:

  • dlaczego w Niemczech - bo o nich mowa - zwolnienie lekarskie stało się przedmiotem wielkiej polityczno-gospodarczej dyskusji;
  • a Niemcy chorują na potęgę, na żądanie i gospodarka słabo to wytrzymuje;
  • i jaka bolesna kuracja może czekać tego chorego człowieka.

Ten odcinek będzie się zaczynać od Krankschreibung, czyli zwolnienia chorobowego. Takie zwolnienie w standardowych okolicznościach to rzecz kompletnie niekontrowersyjna. W Standardowych. Niemieckie są niestandardowe. Na tyle, że sprawa chorowania po niemiecku trafiła niedawno na czołówki europejskich mediów i stała się przedmiotem narodowej debaty. Tym gorętszej, że toczonej w czasie kampanii wyborczej do parlamentów niemieckich landów. W których najlepsze wyniki osiąga skrajna prawica, ze swoimi obietnicami poprawy sytuacji biedniejących Niemców. I zmiany sytuacji gospodarczej państwa między innymi przez skasowanie świadczeń socjalnych migrantom. Będzie o tym jak choruje się po niemiecku w skali mikro i w skali makro.

I teraz o zwolnieniach lekarskich właśnie. Tu jest ciekawie. Bo w Niemczech pracownik może chorować bez formalnego zwolnienia od lekarza. Jak to działa? Po prostu. Uznajesz, że jesteś chory, więc dzwonisz do pracodawcy i informujesz, że cię nie będzie tego samego dnia. I przez dwa kolejne. W sumie bez zwolnienia można chorować maksimum 3 dni. Od czwartego dnia trzeba mieć L4. Może być elektroniczne uzyskane przez telefon. Prostota tego rozwiązania przełożyła się na jego popularność. I teraz o wymiernych skutkach tej popularności.

Niczym tutaj nie zaskoczymy, bo Niemcy chorują na potęgę. Na chorowaniu nie tracą finansowo, bo zgodnie z prawem należy im się 100 procent wynagrodzenia za pierwsze 6 tygodni zwolnienia w roku. Z L4 czy bez niego. W przypadku krótkich zwolnień - jak już wiesz - wystarczy telefon do pracodawcy z informacją o nieobecności. Takie telefony niemieccy pracodawcy w ostatnim czasie odbierali rekordowo często. Coś co dekadę temu było marginesem, stało się jednym z największych problemów niemieckiej gospodarki.

Zwolnienia na telefon zaczęły toczyć system, a najszybciej po pandemii. W końcu w 2025 roku niemieccy pracownicy stali się europejskimi rekordzistami na polu chorowania. W wynikiem dwa razy lepszym w tej dziedzinie niż pracownicy francuscy. I o dziwo – najczęściej nie pojawiali się w pracy z powodu choroby w piątki i poniedziałki. Niemiecki rząd, który zaczął przyglądać się danym o efektywności w gospodarce po odkryciu tej zadziwiającej prawidłowości uznał, że nie można zjawiska wyjaśnić względami medycznymi. Postanowił więc sprawę zwolnień uporządkować, tym bardziej, że koszty zwolnień "a vista" systematycznie szły w miliardy. 

W ubiegłym roku niemieccy pracodawcy wypłacili prawie 86 miliardów euro pracownikom na zwolnieniach. To ponad dwa razy więcej niż 15 lat wcześniej. Choć statystyki w tej sprawie się różnią wiadomo, że czas nieobecności w pracy wydłużył się w ciągu dekady o nawet o 100 procent. Niemieckie kasy chorych obliczyły, że przed pandemią statystyczny niemiecki pracownik chorował 11 do 15 dni w roku. Dzisiaj to prawie 24 dni. Wszystko w warunkach hamującej gospodarki obciążonej niewydolnością najważniejszego swojego motoru - przemysłu samochodowego. O tym niedomaganiu powiemy za chwilę, ale najpierw o tym jak niemiecki rząd planuje rozprawić się z pracowniczymi nieobecnościami.

W lipcu niemiecki kanclerz wygłosił słowa o "wykładniczo wzrastających wskaźnikach absencji chorobowej", a ministrowie przedstawili pomysł - nomen omen - uzdrowienia sytuacji: oficjalne zwolnienie lekarskie od pierwszego dnia nieobecności. I ograniczenie wystawiania L4 przez telefon. I od razu, jak Niemcy długie i szerokie podniosły się głosy oburzenia. Po pierwsze - lekarzy o zapchanych przychodniach. Po drugie - polityków opozycji o braku zaufania do obywateli.

"Kwadratura koła. Po niemiecku"

W kampanii wyborczej wobec spadającego poparcia politycznego rząd kanclerza Friedricha Merza zrobił więc w sprawie zwolnień w tył zwrot. I przynajmniej na razie gospodarki zmianą na rynku pracy nie wesprze. Niemcy nadal będą więc chorować fristajlowo, a efektywność w gospodarce – zostanie tam gdzie jest. W sierpniu produkcja przemysłowa spadła w Niemczech najmocniej od roku, w sumie w ciągu ostatnich ośmiu lat - o 15 procent! A najgorzej jest w przemyśle motoryzacyjnym chlubie niemieckiej gospodarki.

Cały niemiecki przemysł stracił w zeszłym roku 124 tysiące miejsc pracy, sama motoryzacja - 50 tysięcy. Od 2019 roku to już ćwierć miliona etatów mniej. A to nie koniec swobodnego spadku. Volkswagen ogłosił plan, który może objąć do 140 tysięcy miejsc pracy. Część fabryk zamyka na głucho, w części ogranicza produkcję, liczbę modeli tnie o połowę, kasuje hiszpańską markę ze swojego portfolio (więcej Seatów nie będzie). A jedna z fabryk Volkswagena będzie produkować dla izraelskiego koncernu zbrojeniowego Rafael, twórcy Żelaznej Kopuły. I w końcu swoje linie produkcyjne Niemcy planują wynajmować… Chińczykom!

Największy niemiecki koncern motoryzacyjny chce w ten sposób oszczędzić swoje moce produkcyjne i zachować miejsca pracy. Oddają więc linie montażowe w ręce swego biznesowego oprawcy - chińskiego przemysłu motoryzacyjnego. Kandydatem numer jeden do oddania - jest fabryka Zwickau, które produkuje modele elektryczne. I choć żadnej umowy nie podpisano, to sam fakt, że w ogóle jest o tym mowa, więcej mówi o kondycji niemieckiej gospodarki niż niejeden oficjalny wskaźnik.

Na koniec kwadratura koła. Po niemiecku. Tamtejsza gospodarka nie może wygrzebać się z dołka i notuje jedynie symboliczny wzrost. W ekonomicznej mizerii w siłę rosną ugrupowania radykalne, które obiecują ludziom poprawę losu bez poświęceń. Rządowi brakuje odwagi, by błędne koło przerwać, bo kuracja może być bolesna, a rezultat niepewny. A na pewno - nieszybki. Mizeria więc się pogłębia na czym zyskuje… ekstremalna prawica. O której już tu była mowa. Recepty - brak. Więc zostaje czarny humor. I powiedzenie o udanej operacji. Po której… wiadomo co się stało z pacjentem.Źródło: TOK FM 

Redakcja poleca