"Chory człowiek Europy". Niemcy biorą L4 na potęgę, a gospodarka cierpi
Niemcy od dawna są nazywane "chorym człowiekiem Europy" ze względu na ich gospodarcze dolegliwości. Teraz to określenie nabiera dosłownego znaczenia, bo Niemcy chorują na potęgę, na żądanie i na telefon, przynajmniej w statystykach. Niemcy mogą chorować do trzech dni bez L4 i wykorzystują to bez skrupułów, zwłaszcza - co najciekawsze - w piątki i poniedziałki. Wystarczy telefon do pracodawcy z informacją o nieobecności. Coś, co kiedyś miało być ukłonem w stronę pracowników, teraz stało się gospodarczą epidemią! Absencje "chorobowe" Niemców w pracy przybrały takie rozmiary w i tak chorującej gospodarce, że stały się przedmiotem ogólnonarodowej, polityczno-gospodarczej debaty. Rząd w Berlinie naraził się na społeczny gniew próbując ten problem rozwiązać i ta próba dołożyła poparcia politycznego skrajnej prawicy, która właśnie zdobywa władzę w landach i idzie po władzę w Berlinie. A epidemia zwolnień lekarskich dokłada swoje trzy grosze do pogrążającej się w problemach niemieckiej motoryzacji.
To będzie odcinek o "chorym człowieku Europy", który siedzi na L4. A powiemy w nim:
- dlaczego w Niemczech - bo o nich mowa - zwolnienie lekarskie stało się przedmiotem wielkiej polityczno-gospodarczej dyskusji;
- a Niemcy chorują na potęgę, na żądanie i gospodarka słabo to wytrzymuje;
- i jaka bolesna kuracja może czekać tego chorego człowieka.
Ten odcinek będzie się zaczynać od Krankschreibung, czyli zwolnienia chorobowego. Takie zwolnienie w standardowych okolicznościach to rzecz kompletnie niekontrowersyjna. W Standardowych. Niemieckie są niestandardowe. Na tyle, że sprawa chorowania po niemiecku trafiła niedawno na czołówki europejskich mediów i stała się przedmiotem narodowej debaty. Tym gorętszej, że toczonej w czasie kampanii wyborczej do parlamentów niemieckich landów. W których najlepsze wyniki osiąga skrajna prawica, ze swoimi obietnicami poprawy sytuacji biedniejących Niemców. I zmiany sytuacji gospodarczej państwa między innymi przez skasowanie świadczeń socjalnych migrantom. Będzie o tym jak choruje się po niemiecku w skali mikro i w skali makro.
I teraz o zwolnieniach lekarskich właśnie. Tu jest ciekawie. Bo w Niemczech pracownik może chorować bez formalnego zwolnienia od lekarza. Jak to działa? Po prostu. Uznajesz, że jesteś chory, więc dzwonisz do pracodawcy i informujesz, że cię nie będzie tego samego dnia. I przez dwa kolejne. W sumie bez zwolnienia można chorować maksimum 3 dni. Od czwartego dnia trzeba mieć L4. Może być elektroniczne uzyskane przez telefon. Prostota tego rozwiązania przełożyła się na jego popularność. I teraz o wymiernych skutkach tej popularności.
Niczym tutaj nie zaskoczymy, bo Niemcy chorują na potęgę. Na chorowaniu nie tracą finansowo, bo zgodnie z prawem należy im się 100 procent wynagrodzenia za pierwsze 6 tygodni zwolnienia w roku. Z L4 czy bez niego. W przypadku krótkich zwolnień - jak już wiesz - wystarczy telefon do pracodawcy z informacją o nieobecności. Takie telefony niemieccy pracodawcy w ostatnim czasie odbierali rekordowo często. Coś co dekadę temu było marginesem, stało się jednym z największych problemów niemieckiej gospodarki.
Zwolnienia na telefon zaczęły toczyć system, a najszybciej po pandemii. W końcu w 2025 roku niemieccy pracownicy stali się europejskimi rekordzistami na polu chorowania. W wynikiem dwa razy lepszym w tej dziedzinie niż pracownicy francuscy. I o dziwo – najczęściej nie pojawiali się w pracy z powodu choroby w piątki i poniedziałki. Niemiecki rząd, który zaczął przyglądać się danym o efektywności w gospodarce po odkryciu tej zadziwiającej prawidłowości uznał, że nie można zjawiska wyjaśnić względami medycznymi. Postanowił więc sprawę zwolnień uporządkować, tym bardziej, że koszty zwolnień "a vista" systematycznie szły w miliardy.
W ubiegłym roku niemieccy pracodawcy wypłacili prawie 86 miliardów euro pracownikom na zwolnieniach. To ponad dwa razy więcej niż 15 lat wcześniej. Choć statystyki w tej sprawie się różnią wiadomo, że czas nieobecności w pracy wydłużył się w ciągu dekady o nawet o 100 procent. Niemieckie kasy chorych obliczyły, że przed pandemią statystyczny niemiecki pracownik chorował 11 do 15 dni w roku. Dzisiaj to prawie 24 dni. Wszystko w warunkach hamującej gospodarki obciążonej niewydolnością najważniejszego swojego motoru - przemysłu samochodowego. O tym niedomaganiu powiemy za chwilę, ale najpierw o tym jak niemiecki rząd planuje rozprawić się z pracowniczymi nieobecnościami.
W lipcu niemiecki kanclerz wygłosił słowa o "wykładniczo wzrastających wskaźnikach absencji chorobowej", a ministrowie przedstawili pomysł - nomen omen - uzdrowienia sytuacji: oficjalne zwolnienie lekarskie od pierwszego dnia nieobecności. I ograniczenie wystawiania L4 przez telefon. I od razu, jak Niemcy długie i szerokie podniosły się głosy oburzenia. Po pierwsze - lekarzy o zapchanych przychodniach. Po drugie - polityków opozycji o braku zaufania do obywateli.
"Kwadratura koła. Po niemiecku"
W kampanii wyborczej wobec spadającego poparcia politycznego rząd kanclerza Friedricha Merza zrobił więc w sprawie zwolnień w tył zwrot. I przynajmniej na razie gospodarki zmianą na rynku pracy nie wesprze. Niemcy nadal będą więc chorować fristajlowo, a efektywność w gospodarce – zostanie tam gdzie jest. W sierpniu produkcja przemysłowa spadła w Niemczech najmocniej od roku, w sumie w ciągu ostatnich ośmiu lat - o 15 procent! A najgorzej jest w przemyśle motoryzacyjnym chlubie niemieckiej gospodarki.
Cały niemiecki przemysł stracił w zeszłym roku 124 tysiące miejsc pracy, sama motoryzacja - 50 tysięcy. Od 2019 roku to już ćwierć miliona etatów mniej. A to nie koniec swobodnego spadku. Volkswagen ogłosił plan, który może objąć do 140 tysięcy miejsc pracy. Część fabryk zamyka na głucho, w części ogranicza produkcję, liczbę modeli tnie o połowę, kasuje hiszpańską markę ze swojego portfolio (więcej Seatów nie będzie). A jedna z fabryk Volkswagena będzie produkować dla izraelskiego koncernu zbrojeniowego Rafael, twórcy Żelaznej Kopuły. I w końcu swoje linie produkcyjne Niemcy planują wynajmować… Chińczykom!
Największy niemiecki koncern motoryzacyjny chce w ten sposób oszczędzić swoje moce produkcyjne i zachować miejsca pracy. Oddają więc linie montażowe w ręce swego biznesowego oprawcy - chińskiego przemysłu motoryzacyjnego. Kandydatem numer jeden do oddania - jest fabryka Zwickau, które produkuje modele elektryczne. I choć żadnej umowy nie podpisano, to sam fakt, że w ogóle jest o tym mowa, więcej mówi o kondycji niemieckiej gospodarki niż niejeden oficjalny wskaźnik.
Na koniec kwadratura koła. Po niemiecku. Tamtejsza gospodarka nie może wygrzebać się z dołka i notuje jedynie symboliczny wzrost. W ekonomicznej mizerii w siłę rosną ugrupowania radykalne, które obiecują ludziom poprawę losu bez poświęceń. Rządowi brakuje odwagi, by błędne koło przerwać, bo kuracja może być bolesna, a rezultat niepewny. A na pewno - nieszybki. Mizeria więc się pogłębia na czym zyskuje… ekstremalna prawica. O której już tu była mowa. Recepty - brak. Więc zostaje czarny humor. I powiedzenie o udanej operacji. Po której… wiadomo co się stało z pacjentem.Źródło: TOK FM