Puste półki we włoskich sklepach. Zabrakło nawet makaronu, mozzarelli i pomidorów
Święta trójca włoskiej kuchni: makaron, mozzarella i pomidory znikają ze sklepów na południu Włoch. Znikają, bo nie ma ich tam jak dowieźć. Włoscy kierowcy ciężarówek ogłosili protest przeciwko drogim paliwom, po tym, jak rząd zamknął odpowiednik naszego programu CPN i wycofał się z ulg podatkowych na paliwa. Protest był skuteczny, ale to, że pustoszejące półki w sklepach, to tylko część jego skutków.
We Włoszech obiadowa pasta albo pizza Margherita stanęły pod znakiem zapytania! W tym odcinku powiemy:
- dlaczego we włoskich sklepach zabrakło nawet... makaronu, a rolnicy liczą straty na pomidorach i mozzarelli;
- dlaczego jesienny wypad do Włoch samolotem może się jednak nie udać;
- dlaczego wszystkiemu winne są drogie paliwa.
Na początek opis sytuacji. Na południu Włoch puste sklepowe półki, bo do marketów nie dojeżdżały podstawowe artykuły spożywcze. Najbardziej brakowało tych, które trzeba uzupełniać na bieżąco, bo nie mogą długo leżeć: mleka, nabiału, warzyw, owoców, wędlin, pieczywa. Potem skończył się też makaron, a nawet woda mineralna. I na koniec wymiotło wszystko, co pakowane oraz mrożonki. Bo coś trzeba jeść. Winowajca jest znany: rekordowo drogi diesel. I koniec cierpliwości w przypadku Włochów jest niezbyt zaskakujący. Szczególnie gdy chodzi o włoskich kierowców, konkretnie kierowców ciężarówek. Jeśli chcesz wiedzieć, co dzieje się, gdy diesel jest drogi, ten odcinek jest dla Ciebie.
Zaczynamy od protestu. Masowego i wyjątkowo skutecznego. We Włoszech stanął transport drogowy, bo stanęli kierowcy ciężarówek. Nie dość, że stanęli, to jeszcze blokowali zjazdy i wjazdy na autostrady. Więc kto nie protestował i tak daleko nie pojechał, bo stawał na blokadzie. Policja wyłapywała blokujących, ale w sumie niewiele wskórała. Protest był skuteczny, jego skutki - to już wiesz - widać na sklepowych półkach. Konsumentom łatwo nie było, ale dawali radę. Normalnie działały lokalne bazarki, bo zaopatrzenie miały pod ręką; warzywa, owoce, mięso, wędliny i nabiał dostarczali okoliczni rolnicy. To przykład odporności tak zwanego łańcucha dostaw. Im krótszy, tym droższy, ale krótki, mimo że napięty, to nie pęka. W tym czasie w tym długim trzeszczało każde ogniwo.
Na przykład to produkcyjne. Sieci handlowe alarmują, że na drogach i w centrach dystrybucyjnych utknęły ogromne ilości owoców, warzyw, mleka i mięsa. Wszystko się tam psuje, a włoskie rolnictwo liczy straty.
Bolesny cios we włoską codzienność
I teraz konkretnie jak wielkie są to straty. Na jednym tylko owocu - żółtym kiwi, jedno tylko zrzeszenie producenckie straciło około 30 milionów euro w pięć dni. Na równinie Gioia Tauro w Kalabrii plantatorzy kiwi najpierw kibicowali kierowcom, ale potem ich solidarność zamieniła się w złość. Bo kiwi nie poczeka na drzewach, zbiorów nie da się przełożyć do końca protestu.
Pomidory. Na Sycylii tony owoców zostają na krzakach, bo nie ma ich czym wywieźć.
Mozzarella. Protesty zakłóciły jej produkcję, a konsorcjum Mozzarella di Bufala Campana, alarmuje nawet, że produkcja w jej zakładach stanęła całkowicie.
To, co najbardziej boli Włochów, czyli pasta. Apulia to włoskie zagłębie pszenicy durum. Region daje mniej więcej jedną czwartą krajowych zbiorów tego ziarna i ma największe moce przetwórcze. Tam produkowana jest mąka semolina, z której robi się makaron. Z powodu blokad pszenica przestała przyjeżdżać do młynów, a mąka do zakładów wytwarzających pastę. Sytuacja stała się tak napięta, że młynarze interweniowali u ministra spraw wewnętrznych. I ostrzegali, że nawet po zakończeniu protestów w kraju będzie brakować makaronu i chleba.
Dla podsumowania: we Włoszech transportowy paraliż objął pomidory, mozzarellę i makaron. Najbardziej włoskie z włoskich produktów.
A to nie koniec, bo w południowych Włoszech i na Sycylii zabrakło benzyny. Przed nielicznymi stacjami, do których docierały dostawy, ustawiały się kilometrowe kolejki kierowców. Desperaci w poszukiwaniu paliwa krążyli po całym regionie. Burmistrzowie Bari i Neapolu ostrzegali przez paraliżem w wywozie śmieci i komunikacji miejskiej. Bo ani śmieciarki, ani autobusy nie jeżdżą na wodę.
Kolejne jest paliwo lotnicze. Włoska agencja kontroli ruchu lotniczego w oficjalnych komunikatach informowała o pustych dystrybutorach na lotniskach na Sycylii i w Kalabrii. Zmierzające tam samoloty musiały mieć zapas paliwa, by móc bezpiecznie wrócić. Na lotniska nie docierały cysterny z dostawami, paliwa lotniczego rurociągami do samolotów dostarczyć się nie da. A to nie koniec listy, bo branży budowlanej w Kalabrii brakowało stali i masy bitumicznej do budowy dróg. restauratorzy na południu musieli zamykać restauracje. Bo nie było ich jak zaopatrzyć, nawet w wodę mineralną.
Włoskie kłopoty
Teraz zatem odpowiedź na dwa pytania: "Dlaczego teraz?", "Dlaczego we Włoszech?". Bo we Włoszech 85 proc. dostaw odbywa się transportem samochodowym. Zatrzymanie ciężarówek to zatrzymanie niemal całej gospodarki. Stoi więc turystyka, rolnictwo, przemysł przetwórczy i spożywczy, wielki handel, budownictwo i hurtowe rybołówstwo, bo jak ryby i owoce morza rozesłać po kraju i świecie inaczej niż w ciężarówkach chłodniach. A dlaczego teraz? Bo We Włoszech wygasły ulgi. Na początku października skończyła się tymczasowa obniżka podatku na olej napędowy. Włoski rząd najpierw zawieszał podatki, co sporo kosztowało budżet, a potem oparł się na największych dystrybutorach, którzy trzymali cenę benzyny poniżej dwóch euro za litr (czyli około 9,5 zł). Dla przewoźników to i tak za dużo. Grozili więc, że transport stanie, bo nikogo nie będzie stać na jazdę. No i stanął w proteście.
Czy przypadek włoski jest szczególny? Nieszczególnie. Najpierw o skali problemu, czyli o tym, ile towaru w Europie wozi się na kołach. Ciężarówki przewiozły w Unii Europejskiej w 2024 roku ponad 13 mld ton towarów. Z tego prawie 12 mld ton to transport krajowy, czyli wewnątrz jednego państwa. A co koleją? Na jedną tonę transportowaną pociągiem przypada mniej więcej 9-10 wiezionych ciężarówką. Pociąg nie jest alternatywą, bo wozi towary na długie dystanse. Na krótszych - zwykle kilkaset kilometrów - niemal wszystko jedzie drogą. Co wyjaśnia skąd na europejskich autostradach - polskich również - coraz dłuższe i dłuższe sznury ciężarówek. I tak też jest we Włoszech.
Drożejący transport to rosnące ceny. Dla Włochów, ale przecież nie tylko dla nich, to dalsza obniżka stopy życiowej. Płace realne, czyli po uwzględnieniu inflacji, między rokiem 1990 a 2026 spadły we Włoszech o blisko 7 proc. Co może myśleć dzisiaj statystyczny Włoch? Ponad 30 lat gospodarczego postępu, a za przeciętną pensję można dziś kupić mniej niż kiedyś. Na dodatek inflacja: wzrost cen przyspiesza, we wrześniu wyniósł we Włoszech ponad 4 proc. głównie z powodu drogiego paliwa. Podobnie w całej Europie.
Roczny wzrost cen energii wyniósł we wrześniu blisko 20 proc.! W sumie wrześniowa inflacja w strefie euro to 3,8 proc., o ponad połowę więcej niż rok wcześniej. Za tę połowę odpowiadają drogie paliwa i prąd. Europejska organizacja Transport & Environment policzyła, że mieszkańcy Unii wydają na diesel dodatkowe 200 mln euro dziennie. Tych pieniędzy nie wydadzą na kino, nowe buty ani obiad na mieście. Ale pierwszą widoczną linię obrony przed drożyzną ustanowili na stacjach benzynowych. W sierpniu, gdy koszty tankowania zaczęły bić historyczne rekordy, sprzedaż paliwa w strefie euro spadła w ciągu miesiąca o prawie 2 proc. Europejczycy jeżdżą mniej albo przynajmniej mniej tankują. Ale twój chleb w drodze do piekarni nie ma takiego wyboru.
Źródło: TOK FM