Tak Trump niszczy 150 lat przyjaźni. Wszystko w stylu słonia w składzie porcelany. Kto za to zapłaci?
Amerykański prezydent w stylu słonia w składzie porcelany swoją wojną handlową rozwala właśnie 150-letnią przyjaźń amerykańsko-kanadyjską. Przez te wszystkie lata geografia zrobiła Kanadę i Stany Zjednoczone sąsiadami, historia - przyjaciółmi, gospodarka - partnerami, a potrzeba - sojusznikami. Od miłości do nienawiści droga jednak niedaleka, więc krótki czas poróżnił sąsiadów na śmierć i życie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego niegdyś dwaj najlepsi przyjaciele teraz okładają się gospodarczymi kijami golfowymi, cebulkami tulipanów i żyrandolami
- Dlaczego Kanada szuka przyjaciela tysiące kilometrów od siebie - w Europie
- I co na tej nowej rodzącej się przyjaźni gospodarczo mogą zyskać obie strony?
Ten odcinek zaczniemy od pytania: gdzie leży Kanada? Brzmi jak pytanie z quizu dla dziesięciolatków. I przez 150 lat odpowiedź była oczywista – Kanada leży na północ Stanów Zjednoczonych, po drugiej stronie najdłuższej niestrzeżonej granicy świata. I jest najbliższym sojusznikiem Waszyngtonu. Ale po 150 latach ta odpowiedź przestała być taka pewna. Bo Kanada coraz częściej leży tam, gdzie leży… Unia Europejska.
Na początek rozwiniemy powiedzenie "ultimate frenemies", czyli w wolnym (opisowym) tłumaczeniu "najlepsi z wrogów, najgorsi z przyjaciół". O sąsiadach tu mowa, którzy mają ze sobą najdłuższą na świecie niestrzeżoną granicę. Geografia zrobiła Kanadę i Stany Zjednoczone sąsiadami, historia - przyjaciółmi, gospodarka - partnerami, a potrzeba - sojusznikami. Jeden tydzień poróżnił sąsiadów na śmierć i życie.
A wszystko zaczęło się od drugiej prezydentury Donalda Trumpa. Oraz od drewna. Kanada jest największym na świecie wytwórcą tarcicy, czyli tego, co wyjeżdża z lasu jako gotowy produkt po ścięciu drzewa. Jej potęga jest niepodważalna. Kanadyjskie terytorium jest jednym z najbardziej zalesionych na świecie. A to nie jedyna przewaga. Dodatkowa okoliczność to sieć rzeczna do taniego transportu. Jedno z drugim sprawia, że kanadyjski przemysł drzewny to historia sukcesu. Ale nie dla Donalda Trumpa. Prezydent uznał, że Ameryka ma wystarczająco dużo drzew, by radzić sobie bez kanadyjskich. I do budowy amerykańskich domów powinna używać amerykańskiego surowca. Bo Kanadyjczycy to zdziercy. A chodziło o rekordowo wysokie ceny tarcicy po pandemii. Które windowały ceny domów w USA. Co sprawiało, że coraz mniej i mniej Amerykanów było na nie stać. Szybko coś, co było tylko głośną dyskusją o tym, kto komu zawdzięcza więcej - przerodziło się w regularną bijatykę.
Dwóch najlepszych przyjaciół sięgnęło po gospodarcze kłonice. Już na starcie swoich drugich rządów Donalda Trumpa wypowiedział Kanadzie regularną wojnę handlową. A Kanada odpowiedziała tym samym. Obie strony wymieniały się uprzejmościami, w rodzaju włączania kanadyjskiego sąsiada, jako 51 stanu czy wylewania do ścieków amerykańskiego Bourbona. 50-procentowe cła objęły kanadyjskie kosmetyki, piwo, zimowe kurtki, cebulki tulipanów, meble i wyroby betonowe o wartości handlowej ponad 20 miliardów dolarów, co stanowi mniej więcej 5 procent całości eksportu.
Od miłości do wojny na śmierć i życie
Zgodnie z dewizą "oko za oko, ząb za ząb" Kanada odpowiedziała cłami między innymi na amerykańskie mleko, sery, meble, kije golfowe, wędki, żyrandole, konsole do gier czy smartfony. Oszczędzono potaż (niezbędny do produkcji nawozów) ropę naftową i surowce krytyczne. Zaraz potem okazało się, że sprawa może mieć też wymiar prywatnej vendetty. Amerykański prezydent złośliwie ogłosił wykreślenie z map jeziora Ontario. Jego miejsce miałoby zająć "Lake America". I tak to się ostatnio toczyło.
I teraz o pomyśle, który w założeniu Kanady w najmniejszym stopniu nie dotyczył. Został dla niej – jak twierdzili złośliwi – zrecyklowany. Pomysł powstał w Berlinie, przedstawił go w maju niemiecki rząd, a chodziło o pół-na-pół. Czyli członkostwo w Unii Europejskiej, ale jedną tylko nogą dla... Ukrainy. Z udziałem w europejskich szczytach, ale bez pełnego prawa głosu i z dostępem tylko do części budżetu. Z Ukrainą sprawy się skomplikowały. W jej miejsce wskoczyła - Kanada. Z oficjalnym zaproszeniem jako pierwszy w historii członek – teoretycznie - stowarzyszony. Problem bowiem polega na tym, że takiego "pół wejścia" nie przewidują żadne unijne Traktaty.
My jednak puścimy wodze wyobraźni. I założymy, że niemożliwe jest możliwe. Bo Kanada już przesłała Brukseli własną listę życzeń. Po pierwsze: surowce krytyczne, sztuczna inteligencja i moc obliczeniowa - wspólne projekty zamiast rywalizacji z Chinami. Po drugie: obronność, dostęp do udział w unijnych pieniędzy, wspólny fundusz zamówień zbrojeniowych wartym 150 miliardów euro. Po trzecie: handel cyfrowy towarami pozarolniczymi i usługami - czyli więcej, niż daje już dzisiejsza umowa CETA. I po czwarte: udział w programach Erasmus - pieniądze na naukę i wymianę studencką, większa swoboda przemieszczania się dla młodych pracowników i studentów.
Czego Kanada mieć nie będzie (tak czy inaczej)? Komisarza w Komisji Europejskiej, przedstawicieli w Parlamencie Europejskim ani miejsca przy stole Rady Europejskiej, gdzie zapadają najważniejsze unijne decyzje. Innymi słowy: korzyści gospodarcze, ale bez udziału w polityce. Czy to w ogóle możliwe? Tu zaczynają się schody. Każda zmiana takiej wagi wymaga jednomyślnej zgody całej Unii. A że z takimi decyzjami kraje Unii potrafią się nie spieszyć, to i perspektywa wolnego podróżowania i handlowania z Kanadą - jest raczej odległa. Tym bardziej, że w kolejce do drzwi Unii wciąż czeka kilka krajów europejskich, które we wspólnocie mają swoich zagorzałych zwolenników. Są też gospodarcze realia: mimo wojny handlowej, Stany Zjednoczone to nadal 70-ąt procent kanadyjskiego eksportu. Rozwód może być więc bardzo bolesny, a nie wiadomo czy ostatecznie możliwy. No i możliwe, że oboje jednak wrócą do siebie. Są tacy, którzy już planują kampanie reklamowe u sąsiada. Pod hasłem: wracajcie - tęsknimy za Wami!
Źródło: TOK FM