To miejsce ma strategiczne znaczenie dla największych mocarstw świata. Co w sobie kryje?
Masz może przypadkiem antenę satelitarną, albo lodołamacz? Możesz na tym zrobić świetny biznes. Światowe mocarstwa w dalekiej północy widzą przyszłość i wielkie pieniądze - to obiecujący nowy szlak handlowy między Azją a Europą, możliwe wielkie złoża rzadkich pierwiastków oraz strategiczne miejsce do obserwacji połowy świata.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego orbita polarna jest wyjątkowa?
- Skąd wziął się boom na lodołamacze i północną drogę morską?
- Co może kryć się pod lodem?
Zaczynamy od branży nieoczekiwanej, czyli zróbmy sobie satelitę. By zrozumieć, skąd ten run, wrócimy do początku, czyli do zmiany warty w Białym Domu i wielkich, nowych programów wojskowych, w tym do Złotej Kopuły. To strategia zorganizowania na amerykańskim niebie wielkie tarczy antyrakietowej, wzorem systemu stosowanego przez Izrael dla obrony przed terrorystami i - potencjalnie - arabskimi sąsiadami. Z tym, że izraelska kopuła jest Żelazna, amerykańska ma być Złota. Ma obejmować: radary naziemne, wyrzutnie rakiet, a także - co najważniejsze – tak zwany komponent kosmiczny, konkretnie satelity przechwytujące zagrożenia. I to właśnie o nie na północy chodzi. Bo choć sam program ma opóźnienia i w przyszłości może stanąć pod znakiem zapytania, to wielomiliardowe kontrakty na budowę urządzeń naziemnych - już idą.
Widok na cały świat
I dlatego na północy jak grzyby po deszczu rosną anteny satelitarne. I to całymi koloniami. Jeden z podpisanych już kontraktów o imponującej wartości ponad 4 mld dolarów przewiduje wysłanie na orbitę polarną dwóch nowych satelitów wojskowych. Boeing ma umowę na wystrzelenie dwóch kolejnych, z opcją na dostawę w sumie czterech. Skąd ten tłum chętnych do inwestowania w krainie świętego Mikołaja? To dlatego, że orbita polarna ma przyjemną dla wojskowych właściwość. Korzystając z niej można obserwować dowolny punkt na ziemi. Bo to orbita, która „patrzy” na kulę ziemską z góry na dół, czyli wzdłuż południków. Teoretycznie więc, może widzieć połowę globu, a nie tylko pas ziemi, nad którym wisi na orbicie geostacjonarnej. To kluczowe dla zbierania danych szpiegowskich, meteorologicznych czy geograficznych. Jest też drugi oprócz położenia zysk z satelitów polarnych. Otóż wiszą one nad ziemią niżej niż inne, mogą więc zbierać dokładniejsze dane. Widzą więcej szczegółów i z większą rozdzielczością je dokumentują. Dla biznesu wojskowego - sytuacja idealna.
Miejsce też idealne - na przykład Svalbard. To archipelag wysp należący do Norwegii (państwa NATO), na którym leży najbliższa biegunowi stała osada ludzka. Svalbard jest połączony na sztywno ze stałym lądem kablem telekomunikacyjnym. To błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Kabel daje pewność przesyłania danych, ale jest też łatwym celem dla rosyjskich sabotażystów. I dlatego na wyspach jak grzyby po deszczu rosną kolonie anten satelitarnych. Największy tamtejszy start-up ma takich anten już 35, gdy zaledwie dwa lata temu było ich tylko dwie. Usługi oferuje między innymi Eutelsatowi, który ma ambicje zostać europejską konkurencją dla Starlinka Elona Muska. Svalbard jest tak idealną miejscówką, że już od dawna stoi tam największa na świecie baza satelitarna. Ale jej dane - zgodnie z międzynarodowymi traktatami - nie mogą być używane do celów militarnych.
Podobna do swalbardzkiej satelitarna kolonia rozbudowuje się w kanadyjskiej części koła polarnego. Z urządzeń w Inuvik korzystają już rządy Szwecji, Francji i Niemiec. Jednocześnie trwa budowa kolejnych stacji, gdy obecne robią bokami. Wszystkich goni czas, bo nad głowami mieszkańców Inuvik co godzinę przelatuje satelita chiński albo rosyjski. Rosjanie zajmują bowiem za kołem polarnym miejsce na podium. Zaraz za nimi są Chińczycy. Jedni i drudzy planują kontrolować nie tylko to co na północy w powietrzu, ale też to co na lądzie i na wodzie.
Zróbmy sobie lodołamacz
Na lodołamacze jest wielkie branie. Kto żyw chce pływać na północy, a kto chce pływać w tych ekstremalnych warunkach, musi mieć czym. A stoczni produkujących największe na świecie takie statki jest jak na lekarstwo. I dlatego stoi do nich wielka kolejka. Swoją arktyczną flotę chce budować Kanada, Stany Zjednoczone i Chiny. Budowa każdej jednostki to kilka lat pracy, a ceny idą w miliardy. Interes życia robią ze sobą Amerykanie i Finowie, Kanadyjczycy i Szwedzi. W Fińskiej stoczni powstaje właśnie najcięższy kanadyjski lodołamacz. W "stanie surowym" zostanie przetransportowany do Kanady i tam wykończony. Będzie pierwszym lodołamaczem schodzącym z pochylni od pół wieku. I prawdziwym gigantem z hangarem dla helikopterów i miejscem dla stuosobowej załogi. Jeszcze większe ambicje mają Amerykanie. Do swoich trzech jednostek chcą dodać aż 48 nowych. Kilkanaście planują kupić w fińskich stoczniach. Pomóc ma wzajemna sympatia prezydenta USA Donalda Trumpa i prezydenta Finlandii Aleksandra Stubba, wspólna miłość do golfa oraz zawarte rok temu Lodowe Przymierze - pakt na rzecz ścisłej współpracy stoczniowej. Finlandia jest w dziedzinie lodołamaczy światowym potentatem i zbudowała większość pływających dzisiaj po morzach. Inny największy producent - Rosja - właśnie wystartowała z budową kolejnego nuklearnego lodołamacza, siódmego takiego w swojej flocie, który ma nosić symboliczną nazwę Stalingrad.
Rosyjska flota handlowa używa północnej drogi morskiej do transportu gazu skroplonego na wschód, do swojego największego odbiorcy, czyli Chin. Chiny chcą tą samą trasą pływać w przeciwnym kierunku. Planują pokonywać ją cały rok kontenerowcami. Podróż tym skrótem z Azji do Europy jest o połowę krótsza niż drogą standardową. Chinom zależy na czasie, by jak najszybciej pchać towary na europejskie półki. Dlatego jesienią wysłali w rejs przez Arktykę swój pierwszy kontenerowiec, którego portem docelowym był Gdańsk. Nieosiągalną wcześniej trasę Chińczycy nazywają Morskim Jedwabnym Szlakiem. Rutyną ma się stać coś, co jeszcze niedawno uznawano za zbyt niebezpieczne dla statków handlowych, finansowo kompletnie nieopłacalne i praktycznie niemożliwe. Dzisiaj lodu w Arktyce coraz mniej, a "okienko" żeglugowe z roku na rok coraz szerzej się otwiera.
Skarby pod ziemią
I na koniec o tym, dlaczego Donald Trump chciał od Danii kupić Grenlandię. A przejściowo miał nawet pomysł, by ją sobie wziąć bez pytania (Grenlandię, nie Danię). Odpowiedź znajduje się na końcu tablicy Mendelejewa, wśród siedemnastu pierwiastków, których egzotycznych nazw nikt nie pamięta. A bez których nie ma praktycznie żadnej nowoczesnej technologii. Produkcję tych pierwiastków kontrolują Chińczycy, stawiając Amerykanów raz po raz pod handlową ścianą. W Europie największe ostatnio odkryte złoża leżą w Skandynawii za kołem podbiegunowym. Jest wielce prawdopodobne, że znajdą się też w innych rejonach polarnych, jak na przykład na Alasce, gdzie Amerykanie właśnie odkryli wielkie pokłady grafitu, niezbędnego do produkcji anod dla akumulatorów samochodowych. Do tej pory monopolistą w produkcji tego surowca krytycznego były Chiny. Ale Amerykanie na żadne uzależnienie nie mogą sobie pozwolić, więc zamierzają przekopać daleką północ. Podobnie - Kanada. Wierceniu i kopaniu sprzyjają zmiany klimatyczne. Po pierwsze: mniej wiecznego lodu, a pod nim mniej wiecznej zmarzliny. Po drugie: łatwiejsza żegluga.
Tak więc wszyscy - kierunek północ. I koniec jednego z najbardziej niedostępnych i odludnych miejsc na Ziemi.
źródło TOK FM/ fot. Deposit/East News