,
Obserwuj
Gospodarka

Wojna na Bliskim Wschodzie. Czy wydarzenia w Izraelu mogą rozpalić nowy kryzys naftowy?

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
10.10.2023 10:23
Dokładnie pół wieku temu, po ataku państw arabskich na Izrael, świat ogarnął wielki kryzys naftowy. Teraz, po ataku Hamasu na Izrael i izraelskiej reakcji, wracają obawy, czy możliwa jest powtórka tamtej sytuacji. Przed stacjami paliw ustawiały się wtedy kilometrowe kolejki, wprowadzano niedziele bez samochodu, wyłączano sklepowe neony, a nawet lampki na choince przed Białym Domem. Wszystko, żeby oszczędzać energię.
|
|
fot. Oded Balilty / AP Photo

Na początek powrót do przeszłości. Dokładnie pół wieku temu po niespodziewanym ataku na Izrael przeprowadzonym we współpracy przez kraje arabskie w tym Egipt, Jordanię, Syrię i Arabię Saudyjską świat pogrążył się w kryzysie naftowym.

Bliskowschodni producenci ropy naftowej wprowadzili embargo. Zrobili to w odwecie za amerykańskie poparcie dla Izraela. Cena ropy wzrosła błyskawicznie trzykrotnie z trzech do 12 dolarów za baryłkę. Jednocześnie systematycznie rosło globalne zapotrzebowanie na surowiec. Świat był w trybie szybkiego wzrostu gospodarczego, paliwo było do tego niezbędne. Zachód się w wielkim kryzysie energetycznym. Jego skutki wpłynęły na politykę energetyczną, jaką dzisiaj znamy. Zmieniły też kierunki polityki zagranicznej Europy i Stanów Zjednoczonych.

Światową prasę obiegały zdjęcia wielokilometrowych kolejek przed amerykańskimi stacjami benzynowymi. Ofiarą załamania padła nawet świąteczna choinka przed Białym Domem, bo po apelach o oszczędzanie wyłączono na niej światełka. Potężny cios otrzymał zachodni przemysł motoryzacyjny. Przed kryzysem z linii produkcyjnych rok za rokiem zjeżdżały coraz większe samochody. Przymus cięcia spalania odwrócił ten trend. Amerykanie i Europejczycy musieli się pogodzić ze zmniejszeniem gabarytów aut. To właśnie wtedy rynek opanowały japońskie marki, bo produkowały mniejsze i oszczędniejsze samochody. W Europie wprowadzono niedziele bez samochodu, wyłączano sklepowe neony i uliczne oświetlenie, a telewizje wcześniej kończyły program i zalecały natychmiastowy marsz do łóżka. Wszystko, by ograniczyć zużycie energii.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>


Nowa wojna na Bliskim Wschodzie przyniesie kryzys naftowy?

Czy wszystko to może się dzisiaj powtórzyć z powodu ataku islamskich terrorystów na Izrael? Eksperci twierdzą, że nie. A na pewno nie na taką skalę jak 50 lat temu. Bo świat energii jest dzisiaj zupełnie inny niż pół wieku temu. Po pierwsze dlatego, że kraje arabskie nie stanęły w jednym szeregiem z islamskim Hamasem, który zaatakował w minioną sobotę na Izrael.

Po drugie zupełnie inaczej wygląda dziś rynek ropy naftowej. W latach 70. XX wieku światowa gospodarka wchodziła na coraz wyższy bieg i potrzebowała coraz więcej paliwa. Obcięcie dostaw było dla niej trudnym do zamortyzowania zderzeniem ze ścianą. Dzisiaj świat raczej zwalnia, a nie przyspiesza. Ponadto najwięksi producenci ropy mają pole manewru. W razie potrzeby mogą jej wydobywać więcej i to zupełnie bez wysiłku. I w ten sposób obniżać rynkową cenę. Po trzecie OPEC, czyli Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową, działa zupełnie inaczej. I nie zależy jej na skokowej podwyżce, patrząc na historyczną skalę, na przykład do 150 dolarów za baryłkę. Ceny ropy wzrastają zwykle o kilka dolarów za jednym zamachem. Większe podwyżki są zwykle rozłożone w czasie. W przypadku najnowszej wojny na Bliskim Wschodzie taki wzrost mógłby wynikać z rozszerzenia się konfliktu w regionie.

Po czwarte wiele zależy od postawy Iranu. Gdyby Izrael uznał, że za atakiem terrorystów z Hamasu stał Iran, wtedy zapewne swoją postawę wobec Teheranu zmieniłyby Stany Zjednoczone. I przestałyby przymykać oko na wzrost produkcji irańskiej ropy, i to pomimo nałożonych na ten kraj sankcji. Dzięki temu w świat płynął dodatkowy strumień surowca, co utrzymywało ceny paliwa na przyzwoitym poziomie. A wydobycie w Iranie - oprócz amerykańskiego ze złóż łupkowych - pozwoliło utrzymać globalną inflację na przyzwoitym poziomie. Jeśli sprawa stanie na ostrzu noża, Iran zamknie cieśninę Ormuz, jedną z kluczowych dla handlu ropą na świecie.

Po piąte jest jeszcze Rosja, która na ewentualnym twardym wdrożeniu sankcji naftowych na Iran tylko zyska. Bo wtedy na rynku znajdzie się miejsce na rosyjską ropę także objętą ograniczeniami za to, że Rosja napadła na Ukrainę. Chęć zaszkodzenia Rosji była zresztą jednym z motywów przymykania oka na rozpychanie się Iranu. I na koniec, nawet jeśli wszystko powyższe pójdzie źle, a cena ropy urośnie do astronomicznych poziomów, to Stany Zjednoczone mogą sięgnąć po zapasy ropy, zmagazynowane na takie właśnie wypadek. I zatrzymać narastający kryzys naftowy. Czego nie mogły zrobić pół wieku temu z powodu... braku strategicznych zapasów. Z drugiej jednak strony rynek nie narzeka ostatnio na nadmiar surowca. Wciąż obowiązują objęte przez Rosję i Arabię Saudyjską limity wydobycia, bo oba kraje chcą zarabiać na ropie jak najwięcej.

Mniej niź 6 zł za paliwo w Polsce. Tylko czy to aby na pewno dobra informacja?

I zdaje się, że będą zarabiać. Po ataku terrorystów na Izrael cena ropy na światowych rynkach wzrosła w ciągu dnia o 5 proc. To sporo. I choć do pokonania poziomu 100 dolarów za baryłkę wciąż jest daleko, to ekonomiści nie będą w najbliższym czasie spać spokojnie. Bo droga ropa to droga energia, a droga energia to rosnąca inflacja. Rosnąca inflacja to wyższe stopy procentowe, hamowanie gospodarcze, wydrenowane portfele konsumentów i jeszcze poważniejszy kryzys kosztów życia.

Na koniec jedna pocieszająca wiadomość: eksperci uważają, że o lampki na choice raczej możemy być spokojni.