,
Obserwuj
Gospodarka

Mniej niż 6 zł za paliwo w Polsce. Tylko czy to aby na pewno dobra informacja?

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
25.09.2023 15:15
Padła psychologiczna bariera 6 zł za litr paliw. Na stacjach jest taniej, a eksperci dziwią się dlaczego, bo drożeje ropa i słabnie złoty. Szukając wyjaśnień, patrzą w kalendarz... wyborczy. Państwowy Orlen sztucznie trzyma niskie ceny przed wyborami. Prawdopodobnie już dochodzi do ściany, bo w hurcie paliwa przestały tanieć, a więc i na dalsze spektakularne obniżki może nie być już szans. Jest jednak i tak bardzo tanio, więc przed polskimi stacjami ustawiają się kolejki aut z Czech, Słowacji, Niemiec.
|
|
fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Na stacjach paliw jest bardzo tanio. Tak tanio nie było od wybuchu wojny w Ukrainie. W styczniu ubiegłego roku, czyli miesiąc przed napaścią Rosji na Kijów, litr benzyny kosztował średnio około 6 złotych. Cztery miesiące później cena diesla wzrosła o jakieś 40 procent. I mniej więcej na tym poziomie z niewielkim spadkiem pod koniec roku utrzymywała się aż do teraz.

Przede wszystkim z powodu sytuacji na rynku surowcowym na świecie, a szczególnie w Europie. Unia Europejska najpierw zakazała importu rosyjskiej surowej ropy, a potem wszystkich produktów naftowych w tym oleju napędowego, paliwa lotniczego czy oleju opałowego. Rosja była dla europejskich gospodarek głównym dostawcą, bo było i blisko i tanio. Tak zwane byłe demoludy, czyli państwa Europy Środkowo Wschodniej były - i są nadal - połączone z Rosją strategicznymi ropociągami. Gotowe produkty zaś transportowano też tankowcami przez Bałtyk. Po zakręceniu kurka sytuacja mocno się skomplikowała, a Europie zaczęło brakować paliw. Które teraz sprowadza się z innych stron świata. Ale jest i dalej, czyli mniej wygodnie, i drożej, bo transport kosztuje. Tyle o Europie. Teraz Polska.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Tanie paliwo? W Polsce

Polskie rafinerie produkują tylko część tego, co potrzeba do napędzania gospodarki. Paliwa do wszystkich sieci paliwowych dostarcza. To znaczy, że krajową benzynę kupujecie nie tylko na stacji Orlenu, ale też na każdej innej, nieważne czy jest to BP, Shell czy Circle K, czy stacja niezależna. Gdy największy właściwie dostawca obniża cenę hurtową, spadają ceny na większości dystrybutorów w kraju, gdy ją podnosi - dzieje się rzecz odwrotna. Na ceny paliwa wytwarzanego w Polsce największy wpływ ma cena surowca, czyli ropy naftowej i kurs dolara, bo płaci się za nią w walucie, a nie w złotych. Gdy ropa drożeje, a złoty się osłabia, rosną koszty produkcji, potem cena w hurcie. I za jakiś czas drożeje benzyny na stacji. Tak było zawsze.

Jak jest dzisiaj? Dokładnie odwrotnie. Ropa podrożałą z poziomu 70 dolarów za baryłkę do około 95 dolarów. Złoty się osłabił. A paliwo potaniało. Jak to możliwe? Otóż nie wiadomo. Jedna z największych polskich firm, notowana na giełdzie spółka, której współwłaścicielami jesteśmy my wszyscy, nabrała wody w usta. Eksperci snują więc domysły. Jednym z najczęściej powtarzanych jest sztuczne zaniżanie cen przed wyborami. Po co? By obniżyć inflację. Bank centralny zarządzany przez polityka wskazanego przez opcję rządzącą, będzie mógł ogłosić sukces w walce z drożyzną. Wstępne dane o inflacji we wrześniu zostaną podane 29 września. W pierwszym tygodniu października zbierze się Rada Polityki Pieniężnej, zarządzająca pieniądzem w Polsce. A w piątek tuż przed wyborami 15 października zostaną opublikowane kolejne dane statystyczne: szczegółowe informacje o cenach. I to właśnie one mają szanse zostać w głowach wyborcom przez następnych 48 godzin.

Niskie ceny na stacjach to nie dla każdego dobra wiadomość

Ale to tylko część tej historii. Bo skutki decyzji polskiego producenta paliw-monopolisty o zaniżaniu cen są bardziej złożone i - dla niektórych - dramatyczne. Jeśli jesteś prywatnym importerem gotowego paliwa z zagranicy lub właścicielem stacji benzynowej, która takie paliwo sprzedawała w detalu, to zostałeś uziemiony. Importowane paliwo jest bowiem droższe. Nie opłaca się więc go kupować. Kto zatankuje za 7 złotych, gdy może tankować za 6 po drugie stronie ulicy?

Właściciele małych stacji mają więc dwa wyjścia: pierwsze sprzedawać paliwo kierowcom taniej niż za nie zapłacili w hurcie, czyli ze stratą. I drugie: zamknąć stację. W takiej sytuacji jednak, w końcu zabraknie benzyny dla wszystkich. Bo Orlen - choćby dwoił się i troił - nie wyprodukuje jej tyle, ile potrzeba. Chyba że uzupełni braki i wysuszy zbiorniki z zapasami na czarną godzinę. Czyli tak zwane rezerwy strategiczne.

Była gospodarcza teoria, teraz rynkowa praktyka. Bo na polskie stacje benzynowe ruszyli szturmem Niemcy, Czesi i Słowacy. Z kanistrami i baniakami w dłoniach. Jedno tankowanie w Polsce to dla statystycznego niemieckiego kierowcy nawet 50 euro oszczędności. Nieco mniej dla sąsiadów z Czech i Słowacji. Ale także dla nich każdy litr to mniej więcej 2 złote w kieszeni. Bak + dwa kanistry i mamy oszczędność ponad 200 złotych. Przed dystrybutorami na południu Polski ustawiają się więc kolejki aut na słowackich i czeskich numerach, a na zachodzie... autobusów komunikacji miejskiej. W Szczecinie jadą po ropę na zwykłe stacje, bo zakontraktowane do nich wcześniej paliwo jest dużo droższe. Przegubowce tankują więc 500 litrów, grzecznie czekając na swoją kolej z całą resztą.

Europie brakuje diesla, paliwa mocno drożeją, a u nas taniej. Cud czy przedwyborcze ręczne sterowanie?

I na koniec o niezbyt odległej perspektywie. I jednocześnie pytanie, czy stacje benzynowe nie staną się przypadkiem konkurencją dla urn wyborczych. Wystarczy przypomnieć sobie, co wydarzyło się na Węgrzech, gdy rząd wycofał się ze sztucznego zaniżania cen. Kierowcy masą ruszyli po benzynę, więc zabrakło jej w dystrybutorach. Między innymi dlatego, że w tym samym czasie największy węgierski producent paliw zaliczył awarię. Trzeba było awaryjnie ściągać paliwo z zagranicy. No i ceny wróciły do rynkowego poziomu. Nie ma mocnych, taki scenariusz czeka także nas. Wiadomo nawet kiedy.