advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Browary mają problem. I nie jest to małe piwo! Wykreślamy alkohol z listy zakupów

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
23.02.2024 15:50
Idziemy na piwo? Nie, dziękuję - słychać coraz częściej wśród młodych, a producenci rwą włosy z głowy. Generacja Zet pije wyraźnie mniej alkoholu, bo nie ma ochoty na kaca, problem ma zwłaszcza piwo. Także w swoim mateczniku, a więc w Niemczech, w których w ubiegłym roku sprzedało się mniej piwa niż rok wcześniej. Swoje robi też cena: browary w czasie inflacji tak podniosły ceny, że dociśnięci kryzysem kosztów życia konsumenci skreślają alkohol z listy swoich zakupów. A to, co dla branży jest powodem do paniki, dobrze rokuje zdrowiu publicznemu.
|
|
fot. unsplash/fabio-alves

To będzie odcinek o tym co szkodzi alkoholom. Z badań rynkowych wynika, że wszystkim. Ale my weźmiemy pod lupę piwo. Bo ten złocisty trunek ma poważne kłopoty, a najpoważniejsze w swoim mateczniku, czyli w Niemczech. Powiemy co wynika z danych o sprzedaży i kto ma z tym największy problem.

Ten odcinek zaczniemy od konsumentów i ich zmagań ze skromną zawartością portfela. Bo w zgodnej i powszechnej opinii ubiegły rok był dla nich rokiem dramatycznych wyborów. Gospodarstwa domowe dociśnięte kryzysem kosztu życia oglądały każdy grosz z obu stron. Podejmowały trudne decyzje zakupowe, bo wydawały więcej na mniej. Szczególnie w najważniejszych dla nich kategoriach: artykułów spożywczych i rachunków za utrzymanie mieszkania. Był to zresztą już czwarty rok z rzędu, gdy konsumenci mieli pod górkę. Bo zmagali się z kryzysem covidowym, gdy nagle zostali pozbawieni możliwości zarabiania na życie. Potem ze skutkami wojny energetycznej wytoczonej światu przez Rosję i najwyższą we współczesnej historii inflacją. I na koniec globalnymi efektami rosyjskiej napaści na Ukrainę, gdy ceny surowców energetycznych w tym szybowały w górę tak szybko, że nie nadążały za nimi całe gospodarki. W tym te największe jak na przykład gospodarka niemiecka. W domowych budżetach cztery ostatnie lata wyrządziły tyle szkód, że nie wiadomo jak długo będą się z tych szkód wygrzebywać.

To szorowanie portfelami po dnie odczuwają spożywczy giganci. Bo przed sklepowymi półkami rządzą: planowanie i oszczędność. Klienci kupują tylko to co naprawdę potrzebne, rezygnują z markowych produktów na rzecz marek własnych, najważniejszym argumentem jest cena. Koniecznie najniższa. Już w ubiegłym roku wydali więcej a kupili mniej, bo na mniej ich było stać. Początkowo próbowali się utrzymać na powierzchni i nie rezygnować z niczego co wcześniej lądowało w ich koszykach. Aż zaczęli skreślać niektóre pozycje z listy. W ten sposób na półkach swoje muszą odstać lub odleżeć: kosmetyki, słodycze i... alkohol.

Drożyzna daje się Polakom we znaki. '89 proc. gospodarstw musi oszczędzać'. Mniej masła, mięsa i alkoholu'

Bo z całęgo świata napływają alarmujące dla branży informacje: sprzedaż spada. W niektórych kategoriach systematycznie od połowy ubiegłego roku. W niektórych spadki są wyjątkowo gwałtowne. A są takie nacje, który kupują najmniej w historii. Tak na przykład jest w Kanadzie.

Z najnowszych danych wynika, że po raz pierwszy od dekady Kanadyjczycy kupili mniej alkoholu niż rok wcześniej. Spadek sprzedaży w kategorii wina był najmocniejszych w historii kanadyjskiego handlu. Piwo miało się lepiej, bo sprzedaż utrzymała się na niezmienionym poziomie. Ale generalnie obie kategorie traciły na rzecz cydrów i gotowych szprycerów. Podobnie rzecz miała się w ojczyźnie wina. We Francji w ubiegłym miesiącu sprzedaż alkoholi spadła o ponad 6 procent w porównaniu z poprzednim rokiem. I choć styczeń jest miesiącem trzeźwości, to spadek znacznie przekraczał to co o tej porze roku obserwowano wcześniej. Jednocześnie we Francji w ciągu ostatnich czterech lat sprzedaż piwa i wina o obniżonej zawartości alkoholu wzrosła o połowę. W tym samym czasie te same alkohole w wersji tradycyjnej zaliczyły handlowy zjazd o jedną szóstą. Jeden na trzech Francuzów przyznaje, że w ubiegłym roku sięgnął po bezalkoholowe piwo lub wino. W najmłodszej grupie poniżej 25-go roku była to aż połowa. Podobne zjawisko - alkohol z alkoholem w dół, alkohol bez alkoholu w górę - obserwuje Irlandia, ojczyzna ciemnego piwna i whisky.

I dlatego największe koncerny piwne świata podsumowują ubiegły rok krótko: wyjątkowo trudny. I nie do końca wiadomo dlaczego. Wiadomo natomiast, że nie był to ostatni taki rok. O tym dlaczego, napiszemy za chwilę, a na razie o odwrocie Amerykanów od amerykańskiego piwa i alkoholu w ogóle. Bo najmocniej rynek straciły kultowe marki krajowe: Bud Light, Miller LIght czy Coors. Co nie znaczy, że nie zarobiły więcej, bo przecież ceny piwa wzrosły mocno powyżej inflacji. Widząc nadciągające czarne chmury najwięksi producenci w tym na przykład Heineken postanowiły zwiększyć zysk, by ograniczyć straty. Teraz przyznają: piwo się nie sprzedaje, bo zrobiło się za drogie.

Przez ostatni rok drugi co do wielkości producent piwa na świecie podniósł cenę o kilkanaście procent. Czyli niecałe trzy razy ponad roczną inflację notowaną w zachodnich gospodarkach. Wyrównał w ten sposób spadek wpływów do kasy ze sprzedaży. Teraz obiecuje zwolnić z podwyżkami. I cieszy się, że ogólny wzrost cen powoli hamuje. Gdy wzrosną wynagrodzenia konsumentów ma być znów stać na piwo. Liczy też na dobrą pogodę, bo w minionym roku w Europie zaszkodziło mu mokre lato. I tu czas na opowieść o Niemcach, czyli piwnym mateczniku. Bo Niemcy postanowili z piwem... się rozejść. Tamtejsze browary sprzedały w kraju ubiegłym roku prawie 5 procent mniej piwa niż rok wcześniej. Spadł też eksport do krajów Unii Europejskiej. I teraz o tym, dlaczego branża spirytusowa zaczyna panikować. Winna jest... generacja Zet.

Jako jedna z pierwszych zjawisko zaczęła boleśnie odczuwać branża... imprez masowych. A konkretnie branża muzyczna. Nad odwrotem od zabawy z procentami ubolewał w ubiegłym roku magazyn "The Billboard" zajmujący się rynkiem muzyki rozrywkowej. Dlaczego? Bo największe masowe imprezy muzyczne utrzymują się w większej części ze sprzedaży alkoholu niż ze sprzedaży biletów. Jeśli publika nie wróci do spożycia, koncertom, zwłaszcza tym klubowym, będzie trudno utrzymać się na rynku. Winna jest generacja Zet, która pije mniej niż Millenialsi, I to aż o jedną piątą. Na dodatek abstynencki trend ma charakter globalny, nie zależy od szerokości geograficznej. Badacze uważają, że stoi za nim potrzeba minimalizowania szkód. Czyli damage control. Koszty sponiewierania się, Zetki oceniają jako zbyt wysokie zdrowotnie. I masowo wybierają odbywanie spotkań towarzyskich na całkiem trzeźwo lub na niewielkim rauszu. I to właśnie ten umiar dla wielu branż związanych ze spędzaniem czasu wolnego - jest zabójczy. Przeciwnie dla zdrowia publicznego. Którego wszystkim na koniec życzymy.