Zaczęło się od masła, teraz sklepowi złodzieje kradną, co się da. Jak się zbroją sieci handlowe?
Gdy pewnego spokojnego wiosennego poranka kalifornijska policja urządzała nalot na przeciętny z wyglądu dom na sennym przedmieściu San Jose, nie spodziewała się zastać w środku kompletnego marketu budowlanego. Wszystkie pomieszczenia wypełnione były półkami, a na nich narzędzia ogrodnicze, armatura łazienkowa, narzędzia i sprzęty warsztatowe, kable i elementy instalacji elektrycznej. Wszystko o wartości kilkuset tysięcy dolarów. Porządnie poukładane, mogłoby być podręcznym magazynem niewielkiego sklepu. I faktycznie było magazynem, tyle że nie sklepowym. Towar trafił do garażu, ale przyjechał ze sklepów jednej największych w USA sieci z wyposażeniem domu. Miał zostać spieniężony na platformach internetowych i na pchlich targach. Ale nie zostanie, bo złodzieje trafili za kratki, a piły i kosiarki z powrotem do marketu. I nie byłoby w tej policyjnej akcji nic dziwnego, gdyby nie to, co ją poprzedziło. Zapraszamy na opowieść o tym, jak znane zawołanie "Łapaj złodzieja" nabiera nowego znaczenia.
Detektywi w każdym markecie?
Ta historia zaczyna się mniej więcej dwa lata temu. Zaczyna dość niewinnie, bo od masła i pakowanego żółtego sera. To właśnie wtedy zaskoczeni klienci musieli je odbezpieczać przy kasie. Tak jak wcześniej odbezpieczali w supermarkecie drogie alkohole czy sprzęt elektroniczny. Masło i ser weszły do pierwszej ligi artykułów najczęściej kradzionych. Ich ceny wzrosły tak gwałtownie, że dla sklepowych złodziei stały się wystarczająco atrakcyjne, by je wynieść. Alkohole zyskały wtedy zabezpieczenie podwójne, a niektóre inne artykuły trafiły "za ladę" i były strzeżone przez ekspedientów. Reszta wyjechała ze sklepu, a na ich miejsce wjechały atrapy. Na przykład puste pudełka po proszku do prania czy puste butelki po oliwie z oliwek. Pełnowartościowy towar klient dostawał dopiero przy kasie. Nic dziwnego, skoro duża paczka markowego proszku do prania kosztuje blisko 100 złotych, a markowa oliwa 50 złotych i więcej za litr. Zresztą ten roślinny olej stał się przebojem sklepowych kradzieży w Hiszpanii.
Ale są też metody mniej rzucające się w oczy. Jedna z największych na świecie sieci odzieżowych wprowadziła u siebie innowacyjny system nieusuwalnych zabezpieczeń. Zamiast plastikowych klipsów, wprowadziła namagnesowane włókna bezpośrednio w tkaninach, z których uszyte są ubrania. Rzekomo nie można ich ani wyciąć, ani rozbić, ani wyciągnąć. Problem w tym, że podczas pilotażu w Hiszpanii były wykrywane i masowo rozmagnesowane. Bez śladu. Bo po takich operacjach nie zostają bezprzydziałowe klipsy. I teraz o metodach, po które sięga handel, gdy nie zadziałał żaden z tradycyjnych sposobów, lub gdy kradzieże odbywały się gangsterskimi metodami. Jak na przykład klasyczny napad grupy uzbrojonych ludzi na sklep z butami. Bo takiej kradzieży nie da się przeprowadzić w pojedynkę, a butów pochować po kieszeniach.
Plagę takich kradzieży przeżywa Ameryka, a szczególnie bogata Kalifornia. Wszystkie są coraz bardziej bezczelne i brutalne i coraz bardziej kosztowne. Tylko w ubiegłym roku amerykański handel stracił w ten sposób miliardy dolarów. Sprawa stała się tak poważna, że największe sieci handlowe powołują własne... centra detektywistyczne. Zatrudniają coraz liczniejsze oddziały ochrony, sieci sklepowych i parkingowych kamer. I profesjonalnych detektywów. Którzy policyjnymi metodami, analizując setki nagrań z marketów, ulic dojazdowych i tablic rejestracyjnych, trafiają na ślady zorganizowanych złodziejskich band. I gdy sklepowe śledztwo jest w pełni udokumentowane, przekazują je policji. W ten właśnie sposób zadziałał oddział ochrony sieci Home Depot i wspomniana na początku policja w San Jose. Ta metoda niestety jednak nie działa, gdy chodzi o drobne kradzieże. W tej dyscyplinie pomysłowość klientów nie zna granic.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Ofiarą plagi padła niedawno jedna z niewielkich europejskich sieci spożywczych. Utrzymanie sklepów okazało się nieopłacalne, bo cały zysk zjadły straty z powodu kradzieży. Więc sieć zeszła z pola walki na tarczy i postanowiła się zamknąć. Innych na tak odważne posunięcie nie stać i próbują stanąć na drodze sklepowym gangom, likwidując... kasy samoobsługowe. Takie decyzje podejmuje jedna z największych na świecie sieci sklepów, czyli amerykański Walmart. Zamyka stanowiska samoobsługi w sklepach w Nowym Meksyku, Ohio czy Missourri. Handlowcy są przekonani, że to one czynią z wielu przyzwoitych klientów, potencjalnych sklepowych chuliganów. I to pomimo zastosowania zaawansowanej technologii, która odróżnia pomidora gałązkowego od malinowego i nie pozwala skasować bakłażanów w cenie marchewki. Na koniec uruchamia alarm, gdy pomysłowy klient postanawia iść na całość, i wyjechać ze sklepu przez alejkę z kasami samoobsługowymi z całym wózkiem zakupów, za które nie zapłacił.
Kto kradnie najwięcej?
Złodziejskimi statystykami przerażeni są Brytyjczycy. Najwięcej towaru znika z wielkich sklepów odzieżowych, ale najgorzej sytuacja wygląda w małym, lokalnym handlu. W ubiegłym roku w Szkocji i Walii sklepowych kradzieży było najwięcej od 20. lat. Sytuacja niewiele różni się w Polsce. W ciągu ostatnich dwóch lat w polskich sklepach kradło się na potęgę, liczba takich przestępstw wzrosła o 60 procent, a tylko co dziesiąte jest ujawniane. 90 procent skradzionego towaru znika bez śladu, a jego brak wykrywany jest dopiero podczas wielkich remanentów. Z półek znika wszystko łącznie z najbardziej podstawowymi artykułami, jak chleb czy marchewka. Zmienia się obraz statystycznego złodzieja. Wcześniej były to głównie osoby 30 i 40-letnie. Dzisiaj to seniorzy i... Zetki. Przebadane przez amerykańskich socjologów otwarcie przyznają się do shopliftingu. Takie doświadczenie podobno ma za sobą jedna trzecia przedstawicieli tego pokolenia.
'Odłóż towar do strefy pakowania'. Czy handel przeliczył się z kasami samoobsługowymi?
I na koniec o tym, że problem ma długą siwą brodę. Dosłownie. Na dowód cytat z gazety codziennej sprzed niemal stu lat. 23 marca 1930 roku dziennik ten pisał: "Zawód - złodziej sklepowy - modnie ubrane kobiety, używają do kradzieży specjalistycznych sprzętów". A artykuł opisywał luksusowy dom towarowy, w którym do typowania złodziei zatrudniono stu detektywów. I opisywał zamożne młode damy, które kradły dla sportu. Co stanowi kolejny dowód tezy, że historia kołem się toczy.