Dokąd leci Boeing? Gigant ma poważne kłopoty
Jeśli kiedykolwiek podróżowaliście samolotem, jest bardzo duża szansa, że była to maszyna amerykańskiego Boeinga. W Polsce latają przede wszystkim w dobrze znanych pasażerom barwach Ryanaira i Lotu. To jeden z producentów duopolu, który razem z europejskim Airbusem zdominował niebo nad światem. Ale Boeing ma kłopoty i to duże kłopoty. Kiedy firma zaczęła pracować nad odbudową zaufania po problemach z jej maszynami, uderzył w nią strajk mechaników, który zatrzymał linie produkcyjne. Efekty widać w wynikach finansowych i w giełdowych notowaniach: akcje Boeinga w tym roku straciły już 40 procent wartości. A to gigantyczny spadek jak na światowego potentata. Dokąd poleci Boeing?
Problemy Boeinga
Zanim powiemy w jak złej sytuacji Boeing jest teraz, cofnijmy się w czasie. Amerykański producent zaliczył fatalną passę związaną z jego samolotami 737MAX. Ta maszyna była nadzieją światowych linii lotniczych: miała to być nowoczesna wersja najpopularniejszego na świecie samolotu pasażerskiego. To z czym przewoźnicy wiązali największe nadzieje, to oszczędności na paliwie, które miały wynikać z lżejszej konstrukcji, nowych silników i kilku zmian w budowie samolotu. Zmiany mieli odczuć też pasażerowie, bo kabina miała być wygodniejsza. Wszystko zapowiadało się dobrze, ale - samolot na początku okazał się spektakularną klapą. Która - niestety - kosztowała życie blisko 350 osób, które zginęły w dwóch katastrofach MAXów w 2018 i 2019 roku, a maszyna na wiele miesięcy została uziemiona.
Przeprowadzone śledztwo wykazało, że już na etapie projektowania pracownicy Boeinga i piloci testowi mieli bardzo długą listę zastrzeżeń. W wewnętrznej korespondencji między pracownikami firmy jeden z nich określa Boeinga 737 MAX jako 'samolot zaprojektowany przez klaunów, których nadzorują małpy'. Początek tego roku przyniósł kolejny cios: w samolocie Alaska Airlines podczas wznoszenia z kadłuba wyrwane zostało okno, pod którym zamaskowane były nieaktywne drzwi awaryjne. Później, to już prawdziwa czarna seria: samoloty Boeinga wypadały z pasa startowego, traciły opony i fragmenty poszycia kadłuba. Jeden za drugim - potężne ciosy, które nadwątliły zaufanie do producenta.
Jakby tego było mało, we wrześniu mechanicy Boeinga zaczęli strajk, który uderzył w plany naprawcze nowego prezesa firmy. Jak bolesny jest ten strajk dla firmy, niech świadczy jedna liczba: według szacunków Standard & Poor's strajk kosztuje koncern miliard dolarów miesięcznie! 33 tysiące strajkujących pracowników domaga się podwyżek i po kolei odrzuca oferty szefostwa firmy, twierdząc, że proponuje za mało. Na razie końca strajku nie widać, taśmy produkcyjne stoją, a straty i zaległości - rosną. I nie wiadomo kiedy - jeśli strajk się skończy, bo kiedyś musi się skończyć - linie produkcyjne znów ruszą z pełną parą. Tym bardziej, że wstrzymana została produkcja kluczowych dla koncernu modeli maszyn: wąskokadłubowych 737 MAX oraz szerokokadłubowych 767 i 777.
Finansowa katastrofa
Zaprezentowany niedawno raport finansowy firmy za trzeci kwartał tego roku pokazał jedno: to był jeden z najgorszych kwartałów dla Boeinga od pięciu lat! Strata netto firmy przekroczyła 6 miliardów dolarów i w porównaniu z ubiegłym rokiem powiększyła się czterokrotnie. Długi firmy sięgają astronomicznych 50 miliardów dolarów, dlatego szefostwo rozpaczliwie szuka pieniędzy w kredytach, sprzedaży akcji i długu na nowojorskiej giełdzie. Musi tych funduszy szukać, bo w przeciwnym razie jej rating - a więc ocena wiarygodności kredytowej - może zostać obniżony do poziomu poetycko nazywanego 'śmieciowym'. A to tylko pogłębiłoby problemy. W ramach restrukturyzacji i cięcia kosztów Boeing ma plan zwolnień pracowników: pracę miałoby stracić 10 procent z liczącej 170 tysięcy osób załogi.
Nic dziwnego, że to wszystko nie podoba się inwestorom na Wall Street. Akcje firmy w tym roku idą tylko w dół, straciły już 40 procent. Mimo to, firma wciąż jest - choć nieco już przyblakłą - gwiazdą amerykańskiej gospodarki. Jest największym eksporterem w Ameryce. W gospodarkę co roku wkłada prawie 80 miliardów dolarów. Zapewnia ponad 1,5 miliona miejsc pracy bezpośrednio i pośrednio u 10 000 dostawców rozsianych po wszystkich 50 stanach. Choć niektórzy z tych dostawców już pracowników zwalniają lub wysyłają na bezpłatne urlopy - bo skoro z powodu strajku w centrali samoloty nie zjeżdżają z taśm produkcyjnych, to poddostawcy nie mają do czego produkować części.
Czy Boeing mógłby upaść, a na swoich fabrykach powiesić kłódki?
Nie. Miejsce Boeinga, jako części wspomnianego duopolu, wraz z europejskim rywalem Airbusem, zasadniczo zapewnia mu przetrwanie. Boeing i Airbus to jedyne firmy, które produkują pełnowymiarowe odrzutowce, których szczególnie potrzebuje światowy przemysł lotniczy, a obie firmy mają ogromne zaległości w zamówieniach. Każda linia lotnicza, która anulowałaby zamówienia na Boeinga i przeszła na Airbusa, musiałaby czekać co najmniej cztery lub pięć lat, aby otrzymać samolot od europejskiego giganta. Który w dodatku szacuje, że branża, żeby przewieźć wszystkich chętnych pasażerów, będzie potrzebowała nawet 2 tysięcy nowych samolotów rocznie. Obaj producenci mają więc co robić.