Najpierw pobiła rekord, a potem gwałtownie spadła. W portach trwa wyścig z czasem
Na początek o tym, co wiozą statki. Miedź, która zajmuje drugie miejsce na świecie, gdy chodzi o przewodzenie. Na pierwszym miejscu jest srebro. Ale ten szlachetny metal występuje za rzadko, by zrobić z niego konia pociągowego globalnej elektryfikacji. Tu najlepiej nadaje się miedź. I choć i ona jest droga, to stosowanie tańszych alternatyw, takich jak aluminium, oznacza stratę na wydajności. Dlatego miedź jest wszędzie. Prawdopodobnie, dzięki niej czytasz ten tekst. Bo naładowałeś telefon albo laptopa z elektrycznego gniazdka. Gniazdko połączone jest z elektrownią za pomocą drutów. A druty są miedziane.
Polacy mogą zyskać na chaosie Trumpa. Wiemy, gdzie za chwilę będzie taniej
Miedź jest też w tosterach, klimatyzatorach i mikroprocesorach. W przeciętnym domu jest jej jakieś 200 kilogramów w tym rurach doprowadzających wodę i odprowadzających ścieki. W tradycyjnym samochodzie około 30 kilogramów, ale w elektrycznym już dwa razy więcej. Mnóstwo miedzi potrzeba do budowy i okablowania produkcji energii odnawialnej. Im mocniej świat chce przechodzić na zieloną energię, tym więcej potrzebuje miedzianych kabli. Bo potrzebne są nie tylko do przesyłania prądu, lecz także w samych panelach fotowoltaicznych i wiatrakach. I dlatego eksperci są zgodni: o ile miniona epoka w energetyce należała do ropy naftowej, o tyle przyszłość należy do miedzi.
Problemu powinno nie być, ale jest
W ciągu najbliższej dekady zapotrzebowanie na miedź ma wzrosnąć dwukrotnie. To o wiele więcej, niż da się wydobywać obecnie. Trzeba więc produkcję zwiększyć. Problemu być nie powinno, bo miedziowych złóż jest zatrzęsienie. Ale problem jest. I to niejeden. Bo po pierwsze: zapotrzebowanie na miedź jest cykliczne, jak światowa gospodarka. Gdy się rozpędza, metalu potrzeba więcej, gdy hamuje - mniej. Nikt z tego powodu nie budował do tej pory nowych kopalni. Bo musiałby je otwierać i zamykać regularnie, co kilka lat. Po drugie: złoża są coraz trudniej dostępne, wydobycie wymaga gigantycznych pieniędzy i czasu. Spada też jakość samej rudy miedzi, co znaczy, że spod ziemi trzeba wyciągnąć coraz więcej kamienia, by wyprodukować z niego tą samą ilość metalu. Oraz po trzecie: z powodów środowiskowych. Świat chce chronić swoją przyrodę. Dlatego wydanie pozwolenia na przemysłowe kopanie trwa dłużej niż kiedyś. I teraz o tym, kto tutaj dyktuje warunki.
Miedziowi potentaci to Chile, Peru i Demokratyczna Republika Konga. Mocną pozycję na tej wydobywczej mapie zajęły też Chiny, które same nie mają znaczących złóż. Państwo chińskie zainwestowało w wydobycie na świecie. Kupiło całe kopalnie i zwozi stamtąd do swoich zakładów przetwórczych półprodukt w produkcji metalu. Na miejscu, u siebie, przerabia go na metal gotowy do dalszego wykorzystania. Koszty takiej przeróbki spadły ostatnio do rekordowo niskiego poziomu. A ostatnio bywały nawet ujemne. Na świecie brakuje bowiem materiału do produkcji miedzi. Wielkie chińskie fabryki, by nie zawieszać produkcji, kupowały go do przetopienia, licząc się ze stratą. Całkowite zatrzymanie działalności byłoby znacznie droższe niż dopłacanie do przetapiania. Materiału brak, bo nie dość, że nowoczesna technologia miedzią stoi, to jeszcze na jej punkcie oszaleli miłośnicy łatwego zysku. Z powodu zapowiedzi wprowadzenia przez Amerykanów zaporowych ceł, ceny tego metalu przebiły historyczne rekordy. Za chwilę więc praktyczny poradnik, jak na miedzi zbić błyskawiczną fortunę.
Cztery ważne punkty
Punkt numer jeden: znaleźć na świecie chętnego do sprzedaży miedzi. Punkt numer dwa: zorganizować morski transport. Punkt numer trzy: załadować w sprinterskim tempie. Punkt numer cztery: dowieźć na czas do amerykańskiego portu. I na koniec zainkasować zysk. Na pierwszy rzut oka - łatwy grosz. Ale jest haczyk, i jest na morzu, brakuje środków transportu. A i sprzedawców coraz trudniej znaleźć. Wszystko dlatego, że na pomysł zarobienia góry grosza na miedzi wpadło jednocześnie zbyt wielu inwestorów. Wystarczy bowiem kupić miedź taniej poza Ameryką i sprzedać drożej w Stanach Zjednoczonych. Na amerykańskim rynku metal podrożał rekordowo, po zapowiedzi Donald Trumpa o wprowadzeniu wysokich ceł. Wprawdzie nie wiadomo, kiedy i jakich, ale amerykański przemysł potraktował słowa prezydenta poważnie. Chce zgromadzić zapasy tańszej miedzi, do USA ciągną więc sznury statków z dostawami. I prowadzą wyścig z czasem. Jeśli nie dotrą do celu przed wejściem w życie zapowiadanych ceł, pośrednicy zaliczą stratę. Na razie ruch w kierunku Londyn - Nowy Jork jest pięć razy większy niż średnio w tym czasie rok wcześniej. A to może nie być koniec szaleństwa, choć właśnie widzimy w nim małe otrzeźwienie.
W wojnie Trump kontra wszyscy to jeszcze nie koniec. Wiemy, kiedy zamknie się szczelina celna
Miedź podrożała od stycznia do marca o jedną trzecią. Przebiła nawet złoto, które w tym czasie zdrożało o kilkanaście procent. Zaraz później cena tąpnęła, co wynika to z szoku wokół wojny celnej Trumpa i światowych obaw o możliwą recesję. Ale amerykański biznes postanowił zgromadzić zapasy materiału niezbędnego w każdej niemal branży - od motoryzacji, przez budownictwo, po energetykę i elektronikę. Bo jeśli przyjdą nowe cła, to mogą podnieść ceny samochodów, domów, prądu. A także sprzętów gospodarstwa domowego, bo w każdym z nich, od pralki po klimatyzator, prąd przewodzi miedziany drut.
I na koniec - początek. Czyli kto tę cenową karuzelę rozkręcił. Zaczęło się od zapowiedzi ustawienia jesienią handlowej zapory. Potem przyszło oficjalne dochodzenie w sprawie masowego importu miedzi. I informacje w mediach o tym, że zaporowe cła USA wprowadzą nie za miesiące, ale za tygodnie. I się zaczęło. Ceny w Ameryce i Europie rozjechały się tak bardzo, że w standardzie znalazło się przepłacanie za dostawę, bo i tak zysk na pośrednictwie okazał się dla traderów prawdziwą żyłą złota. Zresztą największą w historii.
Jaki będzie finał tej historii? Otóż zobaczymy braki miedzi na wszystkich rynkach oprócz rynku amerykańskiego. Za które zapłacą szeregowi konsumenci. Bo przemysł alternatywy dla miedzi nie ma.