Były dominikanin o klerze. "Wielki gejowski klub"
"Przez system kościelny oszukany zostałem na wiele sposobów. Stąd wrażenie mam dosyć jednoznaczne: kościelne instytucje żyją z uwodzenia, naciągania, koloryzowania. Korzystają przy tym z dobrej wiary, naiwności adeptów, później funkcjonariuszy, które z czasem, po demaskacji systemu, przeradzają się w cyniczne zgorzknienie. A królową jest oczywiście Święte Powszechne Udawanie" - mówił były dominikanin dr Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem. Zapis ich rozmowy opublikowano w książce pt. "Bóg odszedł z poczuciem winy".
Poniższy fragment pochodzi z książki "Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem", wydanej 29 lipca 2025 roku nakładem wydawnictwa Prószyński Media.
MÄNNERLIEBE
Artur Nowak: Bycie na co dzień z tymi samymi ludźmi pozwala zaobserwować ich charakter. To inna rzeczywistość niż seminarium. Bycie księdzem daje więcej praw. Coś utkwiło ci w pamięci z tamtych czasów?
Tadeusz Bartoś: Tak, ale docierało to do mnie stopniowo: że wiele decyzji, wyborów wynika z sympatii i antypatii gejowskich. Najśmieszniejsze jest to, że ja tego na co dzień nie dostrzegałem. Zrekonstruowałem to sobie po czasie. Może za bardzo byłem skupiony na obowiązkach, zajęciach. Myślałem, że zakon to jest miejsce służby Bogu, a okazało się, że niekoniecznie. Ja naprawdę byłem zszokowany, kiedy to odkryłem. Zobaczyłem to dosyć późno - konkretne sytuacje, gdzie kryterium gejowskiej sympatii rządziło decyzjami na najwyższym szczeblu. Ale skalę tego zjawiska zrozumiałem dopiero po lekturze książki Frédérica Martela Sodoma. Wiarygodność tego opracowania, wynikająca z rzetelnej kilkuletniej pracy, otworzyła mi oczy. Że im wyżej, tym więcej gejów, a w Watykanie to prawie sto procent. I nie są to teorie spiskowe ani urojenia, ale stan faktyczny.
Nieprawdopodobne, ale prawdziwe.
Tak bywa. Kler, zwłaszcza ten wyższego szczebla, rządzi się kluczem sympatii i antypatii gejowskich. Można by powiedzieć, że to wielki gejowski tajny klub, gdzie heterycy są tolerowani. O tym jest książka Martela. A więc relacje między ludźmi - kto z kim przystaje, gdzie zostaje skierowany, gdzie wyjeżdża - wynikają z tego klucza. Rzecz skądinąd naturalna. Przyjaźnie rządzą od starożytności greckiej. Ale cały kompleks tych okoliczności jest głęboko skrywany. I to jest różnica.
Fundamentem egzystencji jednostki jest tutaj udawanie. Totalna fikcja. Nie podczas występu w teatrze, ale podczas występu w życiu. To jest klucz do zrozumienia rygoryzmu monoteizmów. Niepraktyczne wymogi są na pokaz, trzeba ludziom prezentować obraz, że się te wymogi spełnia. Udawanie to istota tych religii, bo są bardziej lub mniej rytualistyczne. Prawidłowo przeprowadzone czynności kultowe - oto ich sens. Protestantyzm, który wyrasta z rozważań Augustyna, z tym zerwał. To trend do uwewnętrzniania rygoryzmów.
No i oczywiście przedstawiciele monoteizmów uważają się co do zasady za wybrańców bożych (naród wybrany, najpierw Żydzi, później chrześcijanie, na końcu muzułmanie). Poczucie bycia bożym wybrańcem zaburza orientację w świecie, przeskalowuje znaczenie, kreuje postawy wyższościowe, aż do projektów eksterminacji niewiernych, którzy - jeśli się nie nawrócą - nie mają prawa istnieć. To część historii chrześcijaństwa, islamu, a judaizm ma te rzeczy tylko zapisane, kiedy ponoć dawno temu eksterminował Kananejczyków, wkraczając do ziemi obiecanej, albo sympatyków cielca na polecenie Mojżesza schodzącego z tablicami z góry Synaj. Brak siły politycznej Żydów czynił ich ofiarami innych monoteizmów. Dziś to się zmienia. Ale chyba odeszliśmy od tematu.
Właśnie.
A więc wśród kleru obowiązuje powszechne udawanie. Zwłaszcza na najwyższych stopniach hierarchii kościelnej istnieje jakby świat równoległy do oficjalnego i ten nieoficjalny rządzi w tym publicznym. To trzeba by przerwać. Znieść celibat, który umożliwia ukrywanie się gejom. Wyjście z szafy jest jedynym lekarstwem, szansą na dobrostan dla duchownych. Ale na to nie ma co liczyć. Mechanizmy maskowania działają skutecznie. Kler gejowski jest najbardziej homofobiczny. Przypadek? Myślą, że jak będą głośno krzyczeć, uwolnią się od cienia podejrzeń.
Chcesz powiedzieć, że establishment, przełożeni to jakieś lawendowe lobby?
Lawendowe lobby to obrazowa metafora. Możemy użyć innych formuł. Ale nie o słowa idzie. Opowiadam tutaj o moich obserwacjach, ale wnioski są wzmocnione lekturą opracowań, o których wspomniałem. Jak widzisz, odzywa się we mnie nauczyciel filozofii: fakt, iż można zidentyfikować dominującą grupę, nie oznacza od razu, że każdy kościelny przełożony w Polsce jest gejem czy lesbijką. Rządzi statystyka, prawdopodobieństwo. Przełożeni rotują - co kilka lat w klasztorach są wybierani nowi - ale pojedyncze przypadki nie zmieniają obrazu całości.
W moim życiu zakonnym spotkałem się z sytuacjami, w których kryterium sympatii czy zazdrości gejowskiej było trafnym kluczem wyjaśniającym. I powiem szczerze, gdy zobaczyłem to wyraźnie po raz pierwszy, trochę się załamałem. Nie minęło wiele czasu i doszedłem do wniosku, że zostałem oszukany. Wstąpiłem służyć Bogu w świątobliwej i nobliwej instytucji, a tu tymczasem pomyłeczka. Niby stowarzyszenie religijne, ale tak naprawdę klub gejowski maskowany pobożnością. Dla mnie było to wstrząsające.
Kiedy opuszczałem tę religijną organizację, miałem w pamięci owo wprowadzenie mnie w błąd. Całe moje zobowiązanie, śluby dotyczyły innego przedmiotu - grupy religijnej, a nie klubu gejowskiego. Zostałem oszukany co do przedmiotu umowy. Stan faktyczny okazał się inny od deklarowanego. Trudno mi było w związku z tym znaleźć w sobie jakieś poczucie winy, że nie dotrzymałem słowa, skoro pacta sunt servanda obustronnie. Winna jest druga strona, choć paradoksalnie pojedynczy ludzie w systemie kościelnym też są jego ofiarami. Funkcjonując w systemie, są sprawcami, ale są sprawcami, bo najpierw stali się ofiarami, inicjowani w kościelny świat udawania. Osobliwe perpetuum mobile.
Przez system kościelny oszukany zostałem na wiele sposobów. Stąd wrażenie mam dosyć jednoznaczne: kościelne instytucje żyją z uwodzenia, naciągania, koloryzowania. Korzystają przy tym z dobrej wiary, naiwności adeptów, później funkcjonariuszy, które z czasem, po demaskacji systemu, przeradzają się w cyniczne zgorzknienie. A królową jest oczywiście Święte Powszechne Udawanie.
Kiedy konkretnie dotarło do ciebie, że gejowskie sympatie rządzą?
Pamiętam taką konfrontację dwóch samców alfa: z jednej strony Zięba, z drugiej - kolega klasztorny, który właśnie wrócił ze studiów zagranicznych z doktoratem. No i ten kolega postawił się Ziębie. Poszło na noże, publicznie, przy wszystkich niekrytykowalny autorytet Zięby został skrytykowany. Dwa koguty, które skoczyły sobie do główek. Zięba obraził się i obrażony opuścił pomieszczenie. Ludzie nie bardzo wiedzieli, o co chodzi.
Ale o co się pokłócili?
Jakieś nieistotne, nieczytelne kwestie w stylu, że on jednak może, a ten mówi, że nie może. W momencie eureki (epifanii), kiedy szereg danych ułożył mi się w spójny obraz, zrozumiałem, że te dwa samce spierały się o dostęp do młodych chłopców. Kto może być ich mentorem, a kto nie. Kto ma dostęp bezpośredni, a kto za pozwoleniem. Z kim oni będą się zadawać, kogo uznawać za gwiazdę swego życia. Czyli spór o dostęp do świeżego uroczego męskiego mięska. Walka o towarzystwo i atencję młodzieniaszków. Nie wyobrażaj sobie w swojej głowie jakiejś bezecności nieczystej. Zaloty mają różne etapy. Oni walczyli o duchową opiekę nad młodzieżą, duchowe ojcostwo. Bolało jednego, że do drugiego przychodzą klerycy i się zwierzają.
To wygląda mi na walkę o władzę. Subtelną walkę o władzę, o duchowe przywództwo
Rzecz miała szerszy kontekst. Z jednej strony pojawił się konflikt ambicjonalny, ale z drugiej też pojedynek o wyłączność, ekskluzywność dostępu. Mówiłem już o tym - istniała chmara młodych i pięknych, wręcz harem, a spór dotyczył tego, który eunuch ma nim zarządzać. To był lejtmotyw Zięby: bycie mistrzem, przewodnikiem, tym, do którego chłopcy się zwracają. A więc odbyła się tutaj walka o faktyczną pozycję przywódcy stada, energetycznie napędzana sympatiami i antypatiami Männerliebe, jak trafnie, cytując niemieckich historyków, opisywał w swoich wystąpieniach zjawisko miłości męskiej w starożytnej Grecji profesor Włodzimierz Lengauer. Ja sam mam olbrzymią sympatię dla ludzi poszukujących męskiej miłości, nie mam nic przeciwko gejom, przeciwnie. Społeczeństwo wolne od fobii na tym tle uważam za normalniejsze. Bo te fobie oznaczają zwykle nakręcanie jednych ludzi przeciw drugim. Jednakowoż praktyka ekspresji przez duchownych własnej homoseksualności - głównie z powodu przymusu ukrywania się, bycia w głębokim podziemiu, atmosfery potępienia - ma charakter patologiczny.
To bardziej popęd seksualny czy dominacja, chęć zdobywania?
Można to sobie zwizualizować. Chyba już o tym mówiłem… Otóż siedzę sobie w zakonnych stallach naprzeciwko innych braci w trakcie jutrzni czy nieszporów i patrzymy tak na siebie kilka razy dziennie przy okazji różnych modlitw. Masz tu trzydzieści panienek, średnia wieku - dwadzieścia jeden lat. No i zwizualizuj sobie, co czuje osoba homoseksualna. A guru szuka dostępu. Dostęp polega na tym, że jakiś kleryk, poszukujący, atrakcyjny, idzie porozmawiać z ojcem o życiu duchowym, chce mu się zwierzyć, zaprosić do swojego wnętrza, czasem wnętrza grzechu, grzechu nieczystości. Kapuś donosi, no i Zięba już wie, że ktoś mu tego chłopca przejął, i jest zazdrosny. Powtórzę, nie chodzi od razu o jakiś męski erotyzm, choć on zawsze jest możliwy. Kolejnym krokiem byłoby przytulenie, w którym doznajemy miłości Jezusa, i tak dalej, bo całość musi być polana pobożnościowym sosem ekspiacyjnym. Zięba miał potrzebę tworzenia emocjonalnej zależności, ale wydaje mi się, że był dostatecznie cwany, by nie wchodzić w zachowania ryzykowne, gdyż te zawsze wyjdą na światło dzienne. Była to raczej gra w ersatze. Ostrożność była tu roztropnością. Inna interpretacja sytuacji, mniej szydercza: Zięba był pobożny, wypierał własną seksualność i zaspokajanie emocjonalnych potrzeb ubierał w język religijny. To jest, ogólnie rzecz biorąc, dla zakonnika wygodniejsze, prostsze, bardziej naturalne. (...)
Posłuchaj: